Wiele lat temu, głównie dzięki psychoterapii odkryłam, że życie jest wielce niesprawiedliwe. Nie ma sprawiedliwości i tyle. Jednym żyje się lepiej, innnym żyje się gorzej. Jednym dane jest zdrowie, innym choroba. Jedni spełnią się w życiu, inni tylko egzystują. Szarpałam się strasznie z poczuciem naprawienia tego “złego” w mej opinii stanu.
Coby tu zrobić, żeby na świecie była jednak sprawiedliwość?
Po długich walkach, okupionych niezliczonymi łzami, sama sobie odpowiedziałam: Nic! Nic się nie da zrobić, jest jak jest i nie da się tego w globalnym rozumieniu zmienić.

Z tą świadomością zaczęło mi się żyć niejako łatwiej. Już tak nie walczyłam o tą sprawiedliwość, już się tym nie szarpałam, już to zaakceptowałam. Tak, jednym żyje się łatwiej, innym ciężej (ja byłam wtedy w tej drugiej grupie).

Od niespełna roku “przerabiam” nieco inną lekcję: Przeżywanie życia za innych.
O jejciuuu jakby mi się chciało wszystkim mówić jak mają żyć. Och, jakbym chciała być uprawniona do kontrolowania, ewaluowania i krytykowania (bądź chwalenia) postępowania ludzi, którym ewidentnie w życiu (w moim przekonaniu) coś nie wychodzi. Chciałabym dyktować swoje recepty na życie i wymagać ich realizacji! Chciałabym wychowywać, zmuszać, rozkazywać!
Wiem, że okrutnie to brzmi, ale uwierzcie mi moja wizja rezultatów “na siłę wpajanych przeze mnie wzorców zachowań” daje ogromną nadzieję na lepszą przyszłość tym wszystkim, którym obecnie nie wróżę szczęścia.

Zatem jeśli ktoś bradzo mi bliski robi coś co absolutnie nie jest zgodne z moją filozofią, zachowanie owe rozwala mnie do granic możliwości. A tym bardziej, gdy ten ktoś pyta mnie nieustannie o porady i prosi o wsparcie, ale potem jakoś wcale się do mych sugestii nie stosuje.
TO PO CHOLERE PROSISZ O POMOC?!

Ech, odwieczne amerykańskie: “żyj i pozwól żyć innym”, jakaż to ciężka według mnie zasada do codziennego użycia… Gryzę się w język, próbuję za wszelką cenę uspokoić krzyczące myśli w głowie mojej, ograniczam kontakt, przestaję pisać, cichnę… wszystko to po to by “dać żyć jak on/ona chce”. A że se przy okazji ten ktoś rozwala swoje życie… No cóż… wtedy z pomocą przychodzą mi przysłowia typu: “każdy jest kowalem swojego losu”; “uczymy się na swoich błędach”…

Są dwa uda:
albo się uda
albo się nie uda

Skoro mnie się udało, to czemu te ktosie nie mogą się na mnie wzorować?
Skoro “I have all the answers!” to te ktosie ich nie słuchają?!
Ja się wiele nauczyłam od innych, czemu te ktosie nie potrafią?

Czy mam monopol na rację?
Nie we wszystkim.
O milionie spraw nie mam pojęcia.
Ale są sytuacje, w których to ja mam bezwzględną rację i głupotą tych ktosi jest się mnie nie słuchać.

Może istotnie na głupotę ludzką czasami dobrym lekartstwem byłby zamordyzm…
Tak, mogłabym być “wspaniałym” kontrolującym dyktatorem.

Ale, że nie mogę (i że oczywiście nie jest to dobry pomysł) muszę nieustannie gryźć się w język, za wszelką cenę uspokoić krzyczące myśli w głowie mojej, ograniczać kontakt, nie pisać, wyciszać… na blogu też…


Comments

Lekcja życia — 1 Comment

  1. Jest pani bardzo mądrą osobą. Czytam od dawna. Kiedyś przeczytałam cały blog. Pozdrawiam serdecznie

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *