Dawno, dawno temu, medytowałam z gdańską wspólnotą buddyjską zen. Moje medytacje pomagały mi doznawać chwilowego (2-3 godzinnego) spokoju w bardzo niespokojnym wtedy życiu. Do sangi (miesjca medytacji) chodziłam dwa razy w tygodniu by siedząc na poduszcze (klęcząc, bo kwiatu lotosu nigdy nie potrafiłam zrobić) wpatrywać się w białą scianę i skupiać się jedynie na oddechu. Pamiętam, że medytacja nie była łatwym zadaniem, ale bardzo lubiłam ten czas. Z tą wspólnotą spędziłam kiedyś weekend na odosobnieniu, gdzie medytacja z małymi przerwami trwała przez cały dzień, począwszy od 108 pełnych pokłonów wykonanych o 4:30 rano.

Pamiętam “prywatną” audiencję z Roshim Jakusho Kwongiem, który odwiedzał każdego roku polskie wspólnoty. Roshi mieszka w Stanach Zjednoczonych, w Kalifornii, w Santa Rosa. Już nie pamiętam dokładnie treści naszej rozmowy, pamiętam tylko, że mówiłam wtedy po polsku, że obok nas siedział tłumacz i że po skończonej rozmowie, poprosiłam Roshiego o czerwony sznureczek. Wszyscy, którzy medytowali w owej wspólnocie nosili czerwone sznureczki z supełkiem. Roshi powiedział mi, że nie ma dla mnie przygotowanego sznureczka, ale po chwil ściągnął swój z szyji i zawiesił go na mojej.

Kawałek czerwonej nitki z supełkiem… niby nic…

Och gdybym pisała tą notkę teraz w warszawskim mieszkaniu, na pewno opatrzyłabym ją skanmi zdjęć, które robiłam wtedy Roshiemu i wspólnocie…

Po wielu, wielu latach, gdy poznałam Grzegorza i pakowałam się do pierwszego wylotu za ocean, przez telefon poinformowałam znajomą buddystkę, że będę mieszkać w miasteczku P niedaleko Santa Rosa. Ewa od razu wiedziała, gdzie to jest, była tu na naukach u Roshiego.

Mały świat?

Wielka energia?

Spotykam w Gdańsku buddyjskiego duchownego z dalekiej, większej niż Polska Kalifornii, modlę się i medytuję o szczęście w życiu i ono, to szczeście, czeka na mnie w sąsiedztwie owego buddysty.

Mały świat?

Wielka energia?

Wiara w lepszą przyszłość?

Niełatwa praktyka?

Dlaczego dzisiaj o tym wszystkim piszę?
Kilka tygodni temu na sali gimnastycznej uczelni, w której pracuję znalazłam ulotkę zawierającą tę oto treść:

zen

Roshi Kwong in my life again!

No może nie całkiem w moim życiu, bo na wykład ten się nie wybrałam, ale znowu tak obok, uśmiałam się z tej swoistej bliskości. Może gdy kiedyś przywiozę zdjęcia z Polski to wybiorę się z odwiedzinami do Roshiego i opowiem mu swoją historię, teraz będę mogła już swobodnie rozmawiać z nim po angielsku – tłumacz nie będzie potrzebny.

Dla zainteresowanych:
http://www.smzc.net/pages/home.html
http://www.pustka.pl/x.php/1,287/Roshi-Kwong.html


Comments

Zen — 2 Comments

  1. Góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze ;)

  2. No masz… zawsze mnie ciekawilo jak to jest medytowac, a tu mam specjalistke. Podobno na poczatku strasznie trudno jest sie skupic. Co sie wtedy czuje jak juz sie uda wejsc w stan medytacji (mozna tak powiedziec “stan medytacji” ????). Czy latwo jest potem samemu z tego stanu wyjsc ?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *