Uwielbiam podróże sentymentalne śladami PRLu. Według mnie na taką podróż najlesze jest buszowanie po allegro.pl, zatapianie się w tych wszystkich aukcjach, które przypominają tamte odległe już czasy. Przedmiotów w kategorii Pamiątki PRLu są tysiące i oczywiście nie sposób ich wszystkich na nowo mieć. A nawet jeśli i sposób, nawet jeśli moglibyśmy sobie pozwolić na kupno każdej aukcji to w sumie po co? Co nam po tych przedmiotach teraz? Mam kilka tych specyficznych “dekoracji” w warszawskim mieszkanku i to w zupełności wystarczy.

Jest jedak coś czego za żadne pieniądze nie da się kupić. Są to te wszelkie zabawy, przedmioty i sytuacje, biorące w nich udział, które nie koniecznie trzeba łączyć z ustrojem politycznym Polski, ale że takowy wtedy panował, śmiało można nazwać te zabawy peerlowskimi.

Mała dziewczynka mieszkała na nowym gdyńskim osiedlu gdzie roiło się od dzieciarni. Teraz na tym samym osiedlu dzieci zapewne się nie znają, bo siedzą w swoich domach przed telewizorem lub komputerem. Wtedy niemożliwym było znać się z każdym, bo było tych dzieci bardzo duuuużo. Mała dziewczynka miała koleżanki w swoim bloku i kilka w innych blokach, ale znała je bo chodziły z nią do jednej klasy. Analogicznie, dzieci z innych bloków, znały dzieci z sąsienich klatek, oraz te z sąsiednich bloków bo się z nimi było w jednej klasie. I tak sieć (dzisiejsze dzieci może użyłyby w tym miesjcu pojęcia network) znajomości rosła z każdą nową zabawą.

Mała dziewczynka wzięła raz udział w pewnej absolutnie wspaniałej zabawie zorganizowanej w sąsiednim bloku na klatce w której mieszkała jej koleżanka z klasy. Klatka schodowa zamieniła się na potrzeby zabway w przychodnię zdrowia. Kiedyś nie było mowy o tych wszystkich stereotypowych myślach, które przychodzą do głowy gdy się użyje zwrotu “zabawa w lekarza”. Może tamte dzieci były jednak bardziej niewinne niż obecne pokolenie?
W pamięci dziewczynki jest obraz innego dziecka, które odgrywało rolę pani rejestratorki. Kolejne dziecko “brało na prześwietlenie”, które polegało na, uwaga: wejściu na półpiętro klatki, gdzie na pewnej wysokości, bardzo wygodnej dla maluchów, wisiały skrzynki na listy, trzeba było pod te skrzynki wejść, a dziecko wcielone w rolę radiologa z całej siły uderzało pięścią w te skrzynki wiedząc przy tym, że jedna z nich nie należy do żadnego z mieszkańców tej klatki schodowej i jest zawsze pusta oraz bez zamka. Zatem gdy po uderzeniu się otwirała radiolog wyciągał z niej małą karteczkę na której był dziecięcy oczywiście rysunek ludzika. Z tą karteczką schodziło się do rejestracji by umówić się na kolejną wizytę. I tak w kółko. Wiele śmiechu przy tym, wiele przepychanek, bo oczywiście dużo (kolejka) dzieci i każdy chciał się trochę pobawić, i każdy chciał się wcielać w poszczególne role, i każdy chciał mieć jak najszybciej wyniki swojego “rentgena”.

Wspaniała dziecięca wyobraźnia pracowała wtedy pełną parą. To były czasy!


Comments

Z pamięci pewnej małej dziewczynki… — 2 Comments

  1. Z przyjemnością napiszę, że aktualnie z wyobraźnią dzieci nie jest tak źle ;) I patrząc na zabawy tłumu dzieciaków na pogodnym gdańskim osiedlu z optymizmem patrzę w przyszłość ;) Komputery jeszcze nie zjadły im całkowicie życia ;)

  2. Suuuper!
    Nadzieja w maluchy i przyszłość powróciła. Dobrze, że jeszcze są rodzice, którzy “uznają” podwórkowe zabawy swoich pociech.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *