OSTRZEŻENIE:
Notka opisuje treści z najnowszego filmu o Jamesie Bondzie. Proszę nie czytaj tego tekstu, jeśli pragniesz pozostać w niewiedzy co do zakończenia owego filmu.

W ubiegłą niedzielę z ogólnego braku laku wybraliśmy się do kina. Dla mnie wyprawa do kina to przede wszystkim porcja dobrego popkornu, a potem dopiero film. Ale, że chodzimy tak rzadko (zaledwie trzeci raz w tym roku) to dla mnie chyba każda widziana na wielkim ekranie produkcja jest dobra.

W najnowszym Bondzie podobało mi się:

  • że sporą rolę odegrała moja absolutnie ulubiona akrotka Juditch Dench, to ze względu na nią chciałam ten film obejrzeć;
  • jak się Pan Bond ubiera – te garniturki szyte na miare, te płaszczyki czarne, te szaliki niedbale zawiązane pod szyją, te koszulki i blezerki;
  • gonitwa na pociągu, te skoki między wagonami, te bijatyki tuż przed wjazdem do tunelu, że niby takie coś jest fizycznie w ogólne możliwe:-)
  • stwierdzenie, które z pewnością będę często używać w języku angielskim: “Just for the sake of variety (let her talk).”

W najnowszym Bondzie nie podobało mi się:

  •  że moja absolutnie ulubiona aktorka Juditch Dench umiera w końcowej scenie, nie mogłam wprost uwierzyć, że ją uśmiercają. Postanowiłam z tego powodu już więcej nie chodzić na filmy do kina!
  • że film był katastrofalnie za głośny, przez sporą jego część dłonie moje zakrywały uszy. Postanowiłam sobie, że nastepnym razem przyniosę zatyczki do uszu – to było jeszcze zanim postanowiłam, że już więcej nie będę chodzić do kina, ponieważ Juditch Dench umiera.
  • uderzające podobieństwo ostatniej akcji do tej z filmu “Kevin sam w domu”.
  • głupota fabuły: bo skoro już nie ma wroga w komunistycznym ZSSR, skoro wszystko musi być politically correct, zatem wrogiem nie mogą być terroryść z krajów muzułmańskich, lub narkotrafikanci z krajów latynoskich – to się wymyśla jakąś bajkę na resorach, która kupy się nie trzyma i zamiast ją po półtorej godziny ładnie zakończyć to się dorzuca coraz to nowe wątki ani trochę nie związane z głównym tematem. No bleee. Już sama nie wiem, czy scenarzyści takich filmów są skończonymi idiotami, czy może właśnie oni jako grupa całkiem inteligentnych pisarzy wie, że głupi kartofel i tak wszystko obejrzy, więc intelektualnie to się wcale nie trzeba postarać. Im bardziej proste i głupsze tym lepszy odbiór – może takim mottem rządzi się teraz światowe kino… Ja protestuję, ja nie chcę oglądać takiego chłamu!

Kilka osób powiedziało mojemu mężowi, że jest podobny do Daniela C.
Sama nie wiem, ciężko porównać tak bez filmowego mejkapu:-)


Comments

Doble 0 seven — 2 Comments

  1. A ja widze rowniez podobienstwo na zdjeciach i to duze…ja fajnie!

  2. Obejrzałem wczoraj. Nie czepiaj się fabuły, bo to jest Bond. A Bond to rozrywka z cyklu ‘zdejm musk i się zrelaksuj’. No i przecież Bond zazwyczaj za przeciwnika ma jakiegoś szajbusa, a nie konkretne państwo czy grupę religijną.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *