W tym roku na tradycyjny obiad z indykiem zostaliśmy zaproszeni do mojej byłej nauczycielki matematyki, obecnie koleżanki z pracy.
Ellen ma trzech synów i liczne kuzynostwo, jej dom wypełnił się wielopokoleniową rodziną po brzegi.

Jedzenie pyszne, atmosfera rodzinna i przede wszystkim ogólne przekonanie, że nie musi być super elegancko, żeby było dobrze.
Zdjęcia moje niewiele pokazują, ale i taki chyba był mój zamiar. Uchwycić chwilę krojenia indyka i bufetowego nakładania tradycyjnych potraw, schować telefon do torebki i przebywać z gośćmi snując ciekawe rozmowy.

Marzy mi się taka rodzina jaką ma Ellen, duża, nienaburmuszona, luźna, trzy pokolenia wymieszane ze sobą bez zbędnych podziałów, zero wrzasków, awantur, napięć dochodzących z kuchni bo gospodarze podminowani, zmęczeni, zestresowani.
Chciałabym mieć tutaj taką właśnie rodzinę, bliskie i dalekie kuzynostwo, które lgnęłoby do naszego domu w poszukiwaniu takiego rodzinnego ciepła, jakie odczuwałam podczas Święta Dziękczynienia.

Tacy czasem po polsku jesteśmy skupieni na formie. Takie muszą być piękne obrusy, wykrochmalone serwetki, dania przynoszone do stołu, jakość ich MUSI być zawsze na wysokim poziomie. Musimy być bardzo eleganccy, musimy siedzieć sztywno. Okupiamy tą naszą formę niepomierzoną ilością emocji. Stresujemy się, męczymy, warjujemy. Awantury, kłótnie, nieodzywania się, napięcia i hektolitry alkoholu na całe zło.
Czy naprawdę warto?
Pytam siebie, pytam Was.
Czy warto każdego roku, każdej ważnej rodzinnej okazji, doprowadzać siebie i rodzinę do tych nerwów okrutnych, tylko po to bo forma ma być na wysokim pozomie. Bo się nią zasłaniamy. Bo ją możemy (o ironio jakim ogromnym wysiłkiem) skontrolować.

Ten thanksgivingowy obiad nauczył mnie, że nie warto. Obrusy były zwyczajne, 3 okrągłe składane stoły, dla dwudziestu gości, zamiast jednego długiego, każde krzesło z innej parafii, potrawy nakładało się samemu w kuchni, każdy usiadł tam gdzie mu było wygodnie, jak to w wyluzowanej (casual) Kalifornii każdy w ubraniu codziennym, a nie odświętnym (oprócz nas bo jak zwykle byliśmy zbyt elegancko ubrani). Wszystko to czego przeciętny Polak by niezaakceptował złożyło się na wspaniały, niezapomniany wieczór.

I nie głoszę tutaj by nie dbać o formę, by stać się bylejakim. Nie! Forma też jest ważna i ja zawsze będę o nią dbała. Chodzi mi o to, że nie należy się za wszelką cenę tej formie poświęcać. Czasami lepiej sobie coś odpuścić, by w spokoju pocieszyć się gośćmi a nie martwić czy będzie im się podobać, jak mnie ocenią, jak wypadnę w porównaniu z innymi.

Śnieżnobiały haftowany obrus na wigilijnym stole i wkurwiona na maxa gospodyni, bo go prasowała pół nocy.
Albo:
Gdzieś nieodprana plamka z czerwonego barszczu, która budzi miłe wspomnienia poprzedniego spotkania i uśmiechnięta gospodyni otwarta na nowe plamy-wspomnienia.

20121125-212504.jpg

20121125-212518.jpg

20121125-212527.jpg


Comments

Święto Dziękczynienia — 1 Comment

  1. Ze zdjęć wygląda na takie Swięto Dzienkczynienia jakie znamy z filmów amerykańskich, och chciałabym kiedyś uczestniczyć w takim zjeźdxie, ale nie mam rodziny w Ameryce niestety:-(

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *