Dziękuję za cierpliwość.
Żyję, mam się dobrze, cztery dni w tygodniu intensywnie pracuję, trzy dni w tygodniu odpoczywam i regeneruję siły na te cztery intensywne dni. I tak czas nieubłagalnie upływa.

Fragment maila:
“Powiem Ci, ze przeżywam maxymalny przesyt technologii.
W pracy non stop przy kompie, co uwielbiam, ale jak przychodzę do domu to komputer omijam z daleka.
I gdy sobie postanawiam, że w weekend nadrobię mailową korespondencję ze znajomymi i rodziną, to oczywiście że odkładam to na ‘potem’ które nigdy nie nadchodzi.”

Drugiego listopada odbyłam rozmowę z oficerem imigracyjnym. Spotkanie to, do którego byłam dobrze przygotowana, okazało się sporym stresem. Pani oficer zadawała pytania na które znałam odpowiedzi, ale sposób w jaki pytała (szybko, zdecydowanie, automatycznie, świdrując mnie swoim wzroniem na wylot) powodował, że nieustannie się bałam, że odpowiem źle. Że popełnię błąd nawet w swoje własnej dacie urodzenia. Uff, cieszę się, że mam już to za sobą. Teraz czekam na dalsze informacje: albo zaproszą mnie na uroczystą przysięgę, albo poproszą o dosłanie jakiś dodatkowych dokumentów. Albo deportują do Polski:-)

Do Polski już bym nie wróciła. Smutno mi to pisać, ale życie w Ameryce rozpieściło mnie do granic możliwości. Jeśli musiałabym wyjechać ze Stanów, to już prędzej znalazłabym się w Australii niż w kraju nad Wisłą.
Pisałam już o tym wiele razy: zawsze będę Polką, zawsze będę mówić po polsku, będę czytać polską literaturę, będę wracać do moich ulubionych polskich komedii, będę utrzymywała kontakt z Polakami w karju i za granicą, będę gotować polskie potrawy, pielęgnować polską tradycję w moim domu, być może przyjadę kiedyś do Polski na trochę dłużej niż tydzień, ale żeby stać w kolejce na polskiej poczcie, żeby walczyć w polskiej spółdzielni mieszkaniowej o prawa lokatora, żeby kupować bilet i podróżować PKP, żeby płacić podatki dla rządu pana Donalda i jego następców… oj nie, nie, nie!
Emigracja nie jest niczym lekkim, łatwym i przyjemnym. Nie każdy się do tego nadaje. Czasami dylematy i rozterki emigranta powodują niemałe łzy. Ale jedno jest w moim przypadku pewne: mimo pewnych trudności łatwiej jest mi być emigrantem w obcym kraju niż Polakiem w Polsce.

Dochodzi 21:00 a ja dopadam. Za nic nie potrafię przedłużyć mojego wieczornego życia. Po godzinie 20stej robie się okrutnie śpiąca i jedyne na co mam jeszcze siłę to umyć zęby i przebrać się w piżamę. Ludzię potrafią jeszcze tyle rzeczy zrobić między 20stą a choćby północą, mają wieczory wypełnione po brzegi, ja nie jestem w stanie dokończyć strony czytanej książki. Zamykam oczy i momentalnie zasypiam głęboko.
Dwa razy w tygodniu wstaję o 6stej rano. We wtorki i czwartki pracuję w innym biurze i jeżdzę autkiem z nauczycielem, który mieszka w naszym mieście, ale pracuje również w głównym kampusie. Ze wstawaniem nie mam większych problemów.
Problem mam wieczorami… ale czy to istotnie problem? Nic mi nie stoi na przeszkodzie, żeby wcześnie chodzić spać, to przecież zdrowe, zasypiać regularnie, zgodnie ze swoim zegarem. Tylko tak śmiesznie troche, że ludzie w moim wieku tyle jeszcze robią wieczorem, a ja jak babcia Marysia, z kurami zasypia:-)

Raz na jakiś czas wybudzam się z moich nocnych koszmarów i ciężko mi ponownie zasnąć. Nie lubię bezsennych nocy, ale niestety czasami mi dokuczają. Wtedy przychodzi z pomocą mój mąż opowiadając przeróżne super nudne teorie fizyczne. Coś co jest jego życiową pasją, co studiował w kraju i za granicą, potrafi opowiadać tak monotonnym, nudnym głosem, że częstokroć udaje mi się zasnąć.

Huragan Sandy nie dotarł do naszego wybrzeża. W ogóle huragany tu nie docierają. Możemy mieć w każdej chwili wielkie lub niewielkie trzęsienie ziemi, no i tsunami, które do naszego domu nie dotrze – mieszakmy w bezpiecznej odległości od oceanu.
Nie obejrzałam ani minuty wiadomości o tym co wydarzyło się w Nowym Jorku i okolicznych stanach.
Widziałm kilka zdjęć, które ktoś opublikował w necie. Znioszczone żywiołem niższe dzielnice NY i zaledwie kilka przecznic dalej wciąż kolorowe, huczne bogactwo. Coś jest nie tak w tamtym mieście… Coś jest nie tak z tamtymi ludźmi…
W jednej dzielnicy mieszkańcy bez prądu, w drugiej rozświetlone reklamy, neony, restauracje i sklepy dla milionerów i możnych tego świata tętnią życiem. Tłumy turystów. Coś jest nie tak… Człowiek człowiekowi nie udzieli pomocy, choć jest tak blisko… Pomoc nadchodzi z innych rejonów kraju… no bzdura jakaś… pomagać takiemu bogatemu stanowi… mówię stanowcze “nie!”
Czerwony Krzyż też stał się jedną wielką biurokratyczną machną, która z dnia na dzień traci zaufanie społeczeństw. Bo ile z tych ofiarowanych datków trafia do naprawdę potrzebujących, a ile idzie na pensyjki tak zawnych koordynatorów?
Śmierdząca polityka!

Dziewieć lat mija od pierwszego wpisu na tym blogu.
Może przyjedziemy w 2013 na grudniowe święta do Polski i wtedy zorganizuję zjazd czytelników moich zapisków z okazji okrągłej rocznicy? Kto wie… Tyle lat, tyle się wydarzyło, takie wielkie zmiany: krajów w których mieszkałam, pracodawców, stanu cywilnego, spojrzenia na świat i życie, może niebawem nawet obywatelstwa…

Nie dam rady już nic więcej napisać.
Idę spać:-)


Comments

Takie tam… — 1 Comment

  1. No nareszcie, tego mi brakowało w codziennym przeglądaniu netu, dzięki:-)
    A na spotkanie to ja już się piszę, o ile koniec świata temu nie przeszkodzi.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *