To jeszcze nie listopad ale myślałam ostatnio o zmarłych z mojej rodziny.
O moich przodkach.
O babciach i dziadkach, o ich rodzicach, o ciotkach i wujkach, dalekiej rodzinie, której nigdy nie poznałam, bo odeszła z tego świata na długo zanim ja sie tu pojawiłam.

Obserwuję świat dookoła i widzę jak na różne sposoby ludzie pielęgnują pamięć o zmarłych, próbują ich wskrzeszać, szukają kontaktu, odwołują się do nich, modlą się za nich, poszukują ich w energii, karmie, reinkarnacji i za pomocą zupełnie nieznanych mi technik…

Szorowanie grobów, spacery po cmentarzach z kwiatami i zniczami to jedna z najpopularniejszych w Polsce form owego ‘kontaktu’…
Rytuały zapożyczone od innych kultur, te indiańskie, hinduskie i jeszcze inne…
Wiara w wędrówkę dusz: zapewne nowonarodzony chłopiec ma w sobie cząstkę nieżyjącego pradziadka czy wujka…
Tak, ludzie szukają kontaktu z przodkami na różne bardziej lub mniej popularne sposoby.

Ja odnalazłam swój. Ten jedyny wyjątkowy czas gdy intensywnie myślę o tych wszystkich bliskich i dalekich członkach mojej rodziny, którzy odeszli z tej ziemi. Łączę się z nimi w owej czynności, bo pewna jestem, że oni też kiedyś w swoim życiu tym się zajmowali (i z pewnością częściej niż ja).
Gdy robię przetwory z owoców, gdy kiszę ogórki, gdy piekę ciasta, gdy kroję warzywa na świąteczną sałatkę, wtedy czuję, że jestem w odpowiednim nastroju by wspominać tych, którzy przed wieloma laty robili dokładnie to samo by przygotować sezonowe posiłki dla siebie, swoich bliskich i kolejnych pokoleń.

Zatem nie ma we mnie tego typowego dla innych ciśnienia by odwiedzać cmentarze z płynem do mycia grobów, nie ma we mnie ciekawości i potrzeby by zapłacić wróżce, czarownicy czy szamance by ta nawiązała kontakt z moją babcią, nie ma we mnie tej naiwnej wiary w to, że gdy poddam się specjalnym rytuałom to zapewne poznam moich odległych przodków.

Wystarczy mi duży garnek wydrylowanych wiśni czy śliwek, które gotują się na wolnym ogniu a ja od czasu do czasu muszę to mieszać by nie przywarło do dna. Ciepło, kolor, zapach przetworów. Potem ten moment przelewania gorącej owocowej mazi do słoików, zakręcanie ich i czekanie na to aż ostygną. Odkładanie ich do spiżarki.
Krojenie chrzanu i czosnku, zalewanie ogórków słoną wodą, czekanie aż będą małosolne, a potem kiszone.
Tak, każda minuta poświęcona takim czynnościom to taki mój czas łączenia się z przodkami, z tradycją, z bardzo odległymi czasami… Bardzo ważne są dla mnie te chwile.

20120819-133416.jpg


Comments

Zawekowane podróże sentymentalne — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *