Nowa sprawa na wokandzie.

Poproszono mnie niedawno o poradę w pewnej delikatnej kwestii jaką jest prezent, z którego otrzymania nie jest się szaleńczo szczęśliwym.
Odpowiedzi udzieliłam błyskawicznie, ale równie błyskawicznie przekonałam się, że pewne standarty, które tytaj są na porządku dziennym, do kraju nad Wisłą jeszcze nie dotarły. Sytuacja prosta i szybka w rozwiązaniu tutaj, w Polsce może przysporzyć nie lada problemów, a nawet jeśli zakończona pomyślnie to niestety zajmie nam sporo cennego czasu.

W Stanach problem ten rozwiązano, że tak powiem przed wiekami. Kupując jakikolwiek przedmiot w celu podarowania go innej osobie, wystarczy oznajmić ten fakt przy zakupie. W okolicach świąt lub w sklepach, w których głównie nabywa się prezenty, faktu tego nie trzeba oznajmiać, jest on niejako automatycznie antycypowany przez sprzedających i to oni się pytają czy przygotować odpowiedni paragon.
Odpowiedni paragon to nic innego jak zwykły rachunek, ale można przy jego okazaniu bez najmniejszego problemu dokonać wymiany bądź zwrotu towaru i otrzymać UWAGA: w dowolnej postaci wartość pieniężną.
Jeśli owa nieprzekonana do prezentu osoba chce go oddać udaje się do sklepu UWAGA: nie musi być to ten akurat sklep, w którym dokonano zakupu, wystarczy, żeby “napis na sklepie” był ten sam. Zatem jeśli babcia w nowojorskim Macy’s kupi wnusi z Chicago różowy sweterek, to niezadowolona z koloru, z rozmiaru, czy w ogóle ze sweterka wnusia, nie musi lecieć do Nowego Jorku by owy prezent oddać. Nie musi też kłopotać babci. Ot idzie do najbliższego Macy’s i niewygodny prezent oddaje. Owa wnusia nie musi też dzwonić do babci z prośbą by ta przyleciała do niej z kartą, którą zapłaciła. Ze zwrotem pieniędzy nie ma tutaj najmniejszego problemu. Każdy sprzedawca z uprzejmością zapyta o preferencje w tej kwesti: cash or on your card?

Jak sprawa ma się w mojej ojczyźnie?
Dochodzą mnie słuchy, że są sklepy w których standarty amerykańskie nie stanowią tabu. Są sklepy, które bez problemu wymienią bądź przyjmą towar, z którego ich klient jest niezadowolony. Wiele przecież nie trzeba, rachunek, paragon, kod kreskowy, komputer, czytnik – pik, pik, klik, klik oto należna kwota, dziękuję i zapraszam do ponownych zakupoów. A pewnie, że coś kupię skoro jestem tak dobrze traktowana!:-)

Ale co proszę Drogich Czytelników z całą masą sklepów, którym powyżej opisane traktowanie sprawia nie mały kłopot? Co z personelem, który w tym temacie reprezentuje ciemnogród?

Pozostający z tym pytaniem,
Adwokat Diabła

P.S.
Historia rozpoczynająca tą notkę ma dobre zakończenie. Prezent zakupiony w sklepie ZARA udało się wymienić na inny w tej samej cenie – ufff – to już prawie jak w Ameryce:-)


Comments

Z życia (w Ameryce) wzięte… — 1 Comment

  1. Moja Żona walczyła z Zarą przez pół roku. “Pani przyniesie. Pani pójdzie sobie tam. Pani wróci. Pani poczeka, bo nie ma menadżerki. Pani poczeka, bo z centrali nie ma odpowiedzi. Pani się czepia.” I jak w ryja nie dać? Ot, polskie standarDy.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *