Czasami chciałabym coś wykrzyczeć.
Wszystkim! Całemu światu!
Albo konkretnym osobom.
Niektórzy robią to na fb, krzyczą na lewo i prawo, to o tym, to o tamtym, mierzą się potem z komentarzami, dyskutują, argumentują, przekonują.
Nie lubie tego typu polemik.
Lubię mojego bloga, który skupia dobrowolnych jego czytelników.
Wychodzę z założenia, że jeśli się komuś tu nie podoba, to zawsze może zaniechać lektury.
Mam wrażenie, że niktórzy moi czytalnicy mają ze mną wiele wspólnego, podobnie myślą, mają podobne wartości, życiowe priorytety. A nawet jeśli w czymś się nie zgadzamy, to panuje tu pewna kultura i nikt nikogo źle za odrębne zdanie nie traktuje. Tego nie można powiedzieć niestety o klimacie fb.

Moje “na końcu języka” publikuję tutaj…

Dzisiaj poruszę tamat opisywany przeze mnie wielokrotnie.
Znowu pytam o pewną granicę.

Gdzie jest granica między wtrącaniem się w rodzicielstwo znajomych, a czystym wtrącaniem się w nie swoje sprawy?
Niby powtarzam sobie niczym mantrę amerykańskie live and let live, ale wciąż łapię się na pytaniu o pewną swoistą odpowiedzialność.
Jeśli oto wiedzę, że pewini rodzice absolutnie nie dają sobie rady z wychowaniem swoich pociech, ku oczywiście ich największej niewiedzy, to czy powinnam im w jakiś sposób pomóc?
Oczywiście, że w głowach naszych pojawia się jedyna słuszna odpowiedź: tak!
No właśnie, ale jak?
Krytykować rodzica, zwracać mu uwagę, upominać go, podpowiadać, sugerować, rekomendować książki lub wizytę u specjalisty?
Nigdy!
Rodzic sam wie najlepiej!
A jeśli ty niedaj Boże rodzicem nie jesteś to oczywiście, że gówno wiesz!

Zatem przypatruję się temu i owemu i wiem, że dziecko cierpi, wiem bo widzę, wiem bo się tego uczyłam, wiem bo sama miałam niezafajnych rodziców! Ale cicho sza nic nie wolno powiedzieć. Trzeba czekać na rozwój wypadków, cierpliwie, tak by się pewnego dnia wypełniło owe ‘a nie mówiłam’ – nie, nie mówiłam przecież nikomu, siedziałam cicho, żyłam i dawałam żyć innym, nie wtrącałam się w nie swoje sprawy. A dzisiaj owe dziecko już nie dziecko, to już nastolatek albo dorosły z rozwaloną relacją rodzinną, uciekające w nałogi, w konflikcie z prawem. Oczywiście to najgorsze scenariusze, ale i te mniej czarne wydają się być smutne, widziane oczyma tej, która kiedyś obserwowała maleństwo w dysfuncyjnym domu, ale zrobić nic nie mogła (nie chciała?).

Dzisiaj dzieckiem nie jestem.
Dzisiaj nie jestem rodzicem, ale często zastanawiam się jakbym postąpiła gdybym nim była.
Dzisiaj wiem, że gdyby wiele lat temu znalazł się jakiś odważny dorosły i pogadał z moim ojcem, powiedział mu to i owo o jego chorych metodach wychowawczych to może coś by się wtedy w moim dzieciństwie odmieniło.

A może i nie…
Może właśnie rodzicielstwo ma to do siebie, że jakakolwiek, najmniejsza nawet słuszna i konstruktywna uwaga, rozwala rodzica do tego stopnia, że ten zamiast szukać zmiany swego zachowania, zacietrzewia się i tylko się w nim umacnia…

Ciężko mi machnąć ręką gdy widzę ewidentną przemoc stosowaną na dzieciach i nie myślę tu już tylko o szarpaninie czy biciu, bardziej okrutna jest przemoc psychoczna – niekończące się wymagania, extra wysoka poprzeczka, szantaże, oczekiwania i cała reszta metod, którymi władają rodzice na pozór tylko kochani.

Całe szczęście, że rodzice o których teraz szczególnie myślę, nie czytają tego bloga, bo by mi się pewnie nieźle oberwało za tą notkę. Chociaż z drugiej strony, ci właśnie nie pomyśleliby, że to o nich mowa, tak utwierdzeni w swojej doskonałości, nigdy nie poddaliby się wglądowi w swoje postępowanie. Taki los. Biedne ich dzieci, chociaż nie finansowo…


Comments

Na końcu języka — 1 Comment

  1. Ciezka sprawa…jezeli ja znalazlabym sie w tej sytuacji to z chcecia przyjelabym konstruktywny krytycyzm od kogos kto ma na ten temat wiedze (wiec moze czasami jest warto dobrze komus doradzic)… niestety jednak wiekszosc rodzicow przyjleloby owa dobra rade jako negatywna :( a szkoda! Taka rozmowa wymagala by duzo dyplomacji!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *