… tkwi w tym, że nie lubię się ruszać.
Jest we mnie taka swoista ociężałość, lenistwo, niechęć wręcz, do wysiłku fizycznego.
Lubię siedzieć, lubię spacerować i lubię tańczyć, poza tymi czynnościami cała reszta akrywności mnie przeraża, odraża i męczy.

Zdrowy tryb życia to nie tylko dobra dieta, to także wiele ruchu, to przebywanie na świeżym powietrzu, pośród naturalnego światła. Lubię świeże powietrze, ale to które mam w ogrodzie w zupełności mi wysatrcza, nie mam tak jak inni niepohamowanej ochoty/potrzeby jeździć co chwila nad ocean, w góry czy lasy.

Historia mojego problemu sięga czasów odległych, niebawem stuknie 35 lat. Poczęta przez rodziców bynajmniej nie atletów, przyszłam na świat z kilkoma wadami. Jedną z nich był słaby wzrok. Miałam dwa latka gdy na nos mój trafiły pierwsze okularki. Były walki z zezem, było bardzo osłabione (niedowidzące) lewe oko. Zanim jednak rodzice odwiedzili okulistę, trafiłam do ortopedy, który zdiagnozował jakąś dolegliwość moich bioder. Jedno z nich (prawdopodobnie lewe) nie rozwijało się prawidłowo, skutkiem czego nie mogłam rozpocząć prób chodzenia. Umieszczona w specjalnych ortopedycznych poduszkach stymulujących biderko do rozwoju, unieruchomiona zostałam na wiele miesięcy. W wieku gdy dziecko eksploruje otaczający go świat raczkując, wspinajac się, stawiając pierwsze kroki, ja unieruchomiona czekałam aż moje bioderko przebudzi się do życia. Dwa latka miałam gdy postawiłam swoje pierwsze samodzielne kroki. Dzisiaj cieszę się ogromnie, że tamte poduchy zmobilozowały kości do rozwoju i że tamta dolegliwość mi już nie dokucza.

Ale czy aby na pewno nie dokucza?

1. Jakiś czas temu trafiłam do chiropraktyka doktora Goldsmith, lekarza absolutnie genialnego.
Zaledwie po kilku testach uciskowych i po tym jak ułożone były moje stopy na leżance, rozpoznał że cała lewa strona mojego orgnizmujest wyraźniej słabsza od prawej.
Nasze młode ciała, które cało wychodzą z wszelkiego rodzaju urazów, ciała które same niejako naprawiają się, dają o sobie niestety znać gdy się starzejemy. Mój doktor stosując prewencję nie dopuszcza do tego by “łupało w kościach” na starość, on dba o swoich pacjentów szczególnie gdy ci pojawiają się u niego za młodu. Pan doktor powiedział, że niedorozwój bioderka mój organizm pokonał z sukcesem, nie kuleję przecież, nie bolą mnie kości i stawy, nie widać tego incydentu na codzień, ale dużą cenę i tak zapłacilam choćby tym, że lewa strona jest słabsza od prawej i to się odbija tym, czego gołym okiem nie widać.

2. O braku koordynacji ruchowo-wzrokowej różne książki napisano, zatem nie mi tu diagnozować moją przypadłość z dzieciństwa. Słaby wzrok i nierozwijające się bioderko sprawiły, że od początku byłam dzieckiem troszkę innym. Dzieckiem o wysokim poziomie lęku. Wszystkiego się bałam i nadal tak jest!
Gdy w przedszkolu spadłam ze ślizgawki, nigdy już potem nie darzyłam ich i siebie zaufaniem.
Gdy wujek posadził mnie na konika, ja zaczęłam okrutnie krzyczeć, że to zwierze się rusza i że nie chcę na nim siedzieć.
Gdy za wzorem innych dzieci na osiedlu próbowałam zrobić fikołka na trzepaku i spadłam oczywiście, raniąc sobie buzię, nigdyjuż potem owych fikołków nie probowałam robić.
Pływać nie potrafiłam, bo się wody bałam.
Jeżdżenie na rowerze do dzisiaj jest dla mnie stresujące:-)
Huśtawki były zawsze dla innych dzieci, ja się denerwowałam, że ktoś może mnie za mocno popchnąć i spadnę. Tak zwane huśtanie z podbitkami przyprawiało mnie o dziecięce zawały serca.

Dzisiaj by się to nazwało Sensory Processing Disorder, wtedy nikt nie miał na to nazwy, ot boi się dziewczynka tego i tamtego to niech siedzi i patrzy.

Niedawno byłam świadkiem takiej oto sytuacji: Basen pełen dzieci w różnym wieku, dołącza do nich kobieta (prawdopodobnie Meksykanka) z małym chłopcem, powiedzmy dwulatkiem. Chłopiec widzi rodzeństwo w basenie, niby chce do nich dołączyć, ale krzyczy ogromnie gdy mama zanurza jego nóżki w wodzie. Po schodach basenowych schodzą trochę głębiej na co chłopczyk reaguje jeszcze większym krzykiem. Mama polewa go wodą, ten nadal płacze. Uczepiony szyi mamy, trzyma się mocno i ani trochę nie myśli by się od niej odłączyć. Mama łapie malucha za nos, zanurza się razem z nim pod wodę, na ułamek sekundy – możecie sobie wyobrazić co za histeria, dziecko ryczy już na maxa, ale mama nie ustępuje. Ociera mu buźkę, śmieje się, wychodzi trochę bliżej brzegu, tam ciocie śmiejąc się przekonują, że nic się złego nie stało. Mama powtarza próbę jeszcze kilka razy. Za każdym razem słyszę płacz dziecka i ogólne niezadowolenie, ale za każdym razem jest ono jakby ociupinkę mniejsze. Taki proces budowy zaufania między matką a maluchem, między maluchem a wodą. Ten chłopczyk przestał w końcu płakać, skupił się na rodzeństwie, na zabawkach w basenie i na tym by być blisko mamy. Ale woda nie była już dla niego niczym strasznym. Ten chłopczyk zapewne niebawem nauczy sie pływać.

Ktoś mógłby tą sytuację nazwać przemocą (niejedna amerykańska matka). Ktoś mógłby się z tej sytuacji dowiedzieć jak się uczą maluchy, jak je uczyć, jak budować zaufanie, jak nakłaniać, przekonywać, asekurować, czasem naciskać.
Czy jeśli ta mama zobaczywszy pierwsze łezki na twarzy syna poddała się i wyszła z nim na brzeg basenu to byłaby dobrym rodziecem, dobrym nauczycielem?
Gdzie jest ta cienka granica między zmuszaniem i przemocą, a zmuszaniem w dobrym celu?
Gdzie jest ta cienka granica między uszanowaniem, że dziecko czegoś się boi, czegoś nie chce robić, a machnięciem ręką na naukę, rozwój dziecka i zaprzestaniem dobrego rodzicielskiego zmuszania?

Moi rodzice coś przeoczyli.
Tak jak napisałam nie byli atletami, nie biegali, nie ćwiczyli, nie dbali o świadome urlopy z dziećmi na świeżym powietrzu.
Nie zależało im na tym bym potrafiła jeździć na rowerku, na tym bym potrafiła pływać, nie mówiąc już o nartach czy innych sportach.
Lekcje wychowania fizycznego były dla mnie najgorsze. Inne dzieci skakały pod sufit, ja najchętniej zapadłabym się pod ziemię byleby tylko nie musieć ćwiczyć.

Teraz gdy jestem dorosła, nie powinnam obwiniać za mój obecny stan rodziców. Mam swój rozum i wiem co dla zdrowia fizycznego jest najlepsze: Owy ruch, którego wykonanie niestety wiele mnie kosztuje. Walczę ze sobą, zmuszam się, przekonuję, że warto, że trzeba, że to dla mojego dobra. Ale w środku nie mam absolutnie żadnej motywacji, a większy wysiłek fizyczny (ćwiczenia gimnastyczne) wciąż sprawiają mi fizyczny i psychiczny ból.
Zazdroszczę tym wszystkim, których widzę szczęśliwych na siłowni, tym wszystkim, którzy potrafią się dobrze czuć po dużym wysiłku, tym wszystkim, którym nie przeszkadzają zakwasy i pot, tym wszystkim, którzy niejako we krwi mają aktywny wypoczynek. Zazdroszczę tym, którzy wymieniają swoich rodziców jako motory swoich sportowych hobby.

Jaką byłabym mamą?
Zalęknioną i absolutnie asekuracyjną?
Tego nie, bo to się może stać, tego też nie, bo tamto się może stać?
Ja się tego boję, więc nie mogę cię do tego namawiać, nie pomogę ci, nie będę asekurować.
Jak motywować dziecko do uprawiania sportu, jeśli się samemu w tym temacie nic nie robi?
Jakim być wzorem, jak dopingować, jak się cieszyć z ewentualnych sukcesów dziecka, jeśli nic z tych rzeczy nas ‘nie kręci’?
A może byłabym soccer mom, taką która właśnie za wszelką cenę będzie wspierać malucha do kopania w piłkę?
Może stałabym się przeciwnością moich rodziców i nawet jeśli sama nie potrafiłabym nauczyć malucha pływać, to poprosiłabym o pomoc profesjonalistów?
Może przy okazji dziecka sama bym ‘się ruszyła’ i odkryła radość w ruchu i przebywaniu na świeżym powietrzu…

Od czterech lat chodzę na siłownię (nie cierpię tego słowa, wolę mówić, że chodzę na gimnastykę) i jest to jedno z najtrudniejszych obecnie zadań w moim życiu:-) Mam osobistą trenerkę, która okrutnie się nade mną znęca, ale dzięki niej nie osiągnęłam wagi obrzydliwie otyłych ludzi i nawet rozwijają mi się mięśnie, których w życiu nie miałam:-)
Jeszcze tylko żebym sama siebie przekonała, że dam radę w tej rutynie wytrwać i żebym się w końcu przekonała do korzystania ze sprzętu bez motywacyjnego krzyku mojej trenerki. No i żebym odnalazła w tej okrutnej jak dotąd rutynie jakąś radość – oj byłoby mi lżej…

Brawa wielkie dla tych rodziców, którzy wiedzą jak bardzo ruch jest ważny w życiu dziecka i robią wszystko by ich pociechy w dzieciństwie nauczyły się kochać aktywność fizyczną. Dzieciństwo jest przecież po to by wszelkie ‘sensory’ rozwinąć, przećwiczyć, zahartować i przygotować do dorosłego, odważnego życia.


Comments

Mój największy chyba problem… — 2 Comments

  1. Im jest się starszym tym mniej się chce tę aktywność fizyczną uprawiać, ja tak mam, ale zmuszam się czasami i ćwiczę, nawet przyrząd zakupiłam.

  2. Jest jeszcze mozliwosc, ze majac dziecko odkrylabys w sobie nieznane dotad poklady odwagi. Przy leku o zdrowie i dobry rozwoj dziecka, lek przed hustawka, woda czy jazda na rowerze to pikus. Przed urodzeniem pierwszego dziecka bylam strasznym tchorzem i do glowy by mi nie przyszlo zeby obcej osobie zwrocic uwage,a teraz ???? Dzieki moim dzieciom nauczylam sie bronic wlasnego zdania, odpowiadac obrona na tak. A to wszystko po to, ze stajac sie rodzicami, stajemy sie rowniez wzorcem dla naszych dzieci.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *