Gdzie jest ta cieniuteńka granica między martwieniem się o kogoś a wtrącaniem w jego życie?
Do jakiego stopnia można kogoś nakłaniać, sugerować, podpowiadać, żeby poszukał sobie partnera, żeby chociaż spróbował?
Kiedy rodzice mają prawo wymagać od swoich dorosłych już dzieci, żeby te porzuciły stan wolny i poślubiły kogoś?
A kiedy tego prawa rodzice nie mają? Kiedy powinni zostawić życie swoich dzieci ich woli?

Pragniemy by bliskie nam osoby ułożyły sobie życie osobiste tak jak my, by były w szcześliwych związkach.
Oczekujemy, nakłaniamy, modlimy się, podpowiadamy by rozpoczęły poszukiwania bo to już czas najwyższy, bo z miesiąca na miesiąc, z roku na rok będzie trudniej. Będzie się mniej atrakcyjnym/ną, będzie mniej możliwości, będzie trzeba ‘przebierać’ w odrzutkach (rozwodnikach, wdowcach, często z dziećmi z poprzednich związków).
Nierzadko na siłę wręcz rodzice próbują swatać, wyszukiwać, naciskać by to już z tym, by to już ta, by się więcej nie zastanawiać tylko biec do ołtarza.

Ale jaką my wszyscy, którzy chcemy małżeństw dla naszych ‘wolnych’ bliskich mamy gwarancję, że ci odnajdą się w związkach, że trafią na cudownych partnerów, że będzie im wspaniale z drugą połową?
Czy lepiej mieć najgorszego nawet męża niż być samotną (okrutne polskie: starą panną)?
Czy lepiej mieć najgorszą nawet żonę niż być starym kawalerem?
Czy przejście przez życie samotnie będzie super smutne czy nie musi wcale takie być?

Jeśli pod wpływem okrutnej presji otoczenia ona wyjdzie za owego kawalera, a ten się okaże skończonym patafianem, co wtedy? Czy lepiej jako matka słyszeć w rozmowie: “Mamo nie znalazłam nikogo, może będę singielką”, czy lepiej słyszeć w rozmowie: “Mamo on znowu się napił z kumplami/przespał z sekretarką/pobił mnie”?
Jeśli pod wpływem okrutnej presjii otoczenia on wyjdzie za ową pannę, a ta okaże się skończoną patafianką, co wtedy?
Nie powiemy: “Synu, mówiłam ci, żebyś się jeszcze nie żenił”, bo przecież nikt inny tylko właśnie my (rodzice) spragnieni dumy przed sąsiadami i wnuków, naciskaliśmy na ten ślub.

Gdzie jest ta cieniuteńka granica, między sytuacją kiedy trzeba dziecku coś doradzić, trzeba wysłuchać i zaakceptować wybór, nawet jeśli jest wbrew naszym oczekiwaniom, a presją, stereotypami i “co ludzie powiedzą”.

Wyszłam za mąż w wieku lat 30stu (starą panną już byłam według rodzinnych tradycji) z miłości, za mężczyznę dużo ode mnie starszego (rozwodnika z dzieckiem). Tym samym musiałam stawić czoło okrutnym polskim stereotypom. Ale żyje mi się szczęśliwie.
A mogłam przecież zaciążyć w wieku nastoletnim, poślubić owego ojca dziecka, a po roku wszystko by się rozpadło. Ale przez tą chwilunię, ten czas wesela i może narodzin dzieciątka, otoczenie byłoby usatysfakcjonowane, prawda? Bo młoda, bo matka, bo żona. A za chwilę rozwódka – też dużo lepiej niż stara panna.

Zaściankuje w tym temacie nasza Polska i dlatego jest jak jest.
Pod presją głównie rodziców, albo niechcianych ciąż biegną młodzi do ołtarza, Bogu przysięgają do śmierci być razem, a nie dają rady dokńczyć w zgodzie miesiąca miodowego.

Czy warto zatem na siłę szukać drugiej połowy?
Czy jak ma do nas dołączyć to prędzej czy później sama się znajdzie?
Ale czy znajdzie się na FB czy trzeba pupę ruszyć i wyjść z domu?
Czy w to szukanie muszą się angażować rodzice?
Czy powinni, jeśli widzą, że ich dziecko jest kompletnie zagubione w tym temacie?
Czy lepiej usłyszeć od dorosłego dziecka: “Nie mam nikogo bo nigdy nie naciskaliście, bo nigdy nie sugerowaliście, bo teraz już jest za poźno na cokolowiek”?
Czy lepiej usłyszeć od dorosłego dziecka: “Sami chcieliście tego ślubu, to teraz mam co mam, jest strasznie, tylko rozwodem się to może skończyć”?

Jako rodzic martwisz się o przyszłość swojego dziecka, chcesz by dobrze ułożyło mu się w życiu.
Naciskasz na to by rozpoczęło życie w związku, bo tak podobno łatwiej.
Ale co jeśli ten związek nie będzie dobrym?
Weźmiesz na siebie odpowiedzialność za swoje naciski?

Jako rodzic martwisz się o przyszłość swojego dziecka, chcesz by dobrze ułożyło mu się w życiu.
Nie naciskasz, nie sugerujesz, nawet nie pytasz o ewentualnego prartnera.
Ale co jeśli ten czas młodości minie dziecku bezpowrotnie, a ono nie odnajdzie się w samotności?
Weźmiesz na siebie odpowiedzialność za swój brak zainteresowania, za obojętność, za “niech robi co chce”?

Gdzie jest złoty środek?
Kiedy możemy singlowi pomóc, a kiedy nie powinniśmy?
Czekać aż poprosi nas o taką pomoc, czy reagować wcześniej, czy uszanować postępowanie a raczej jego brak w ochocie na ślub?

Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na moje pytania.
Chociaż nie jestem rodzicem, zadaję je sobie często.

Znam singli świadomie zdecydowanych na swój wolny stan cywilny.
Ale znam też takich, którzy chcieliby to zmienić, którzy absolutnie nie chcą iść samotnie przez życie.
Co z nimi? Jak im pomóc?


Comments

I do vs. I don’t — 4 Comments

  1. Internet złoty środek na wszystko, ja tak poznałam męża i żyjemy szczęśliwie już 11 lat.

  2. Czasy kiedy to rodzice zajmowali się znalezieniem drugiej połówki dla swojego dziecka minęły dawno temu – co wcale nie znaczy że niektórzy nie próbują :)
    Osobiście wolałbym żeby mi ktoś ze znajomych/przyjaciół czasem przedstawił jakąś fajną singielkę :)

  3. ja tez z tych, ktore sa juz dawno po trzydziestce i jakis czas temu swojego zyciowego partnera znalazly wlasnie w sieci

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *