Trzy śmierci

Ludzie umierają.
Odchodzą nasi najbliźsi, umierają głowy państw, giną sławy, zabiera choroba, starość, tragiczne wypadki wielkich i maluczkich tego świata.
Każde życie kończy się śmiercią.
Tyle tylko, że niektóre życia kończą się zbyt wcześnie.

Byłam na wielu pogrzebach. Gdy mieszkałam u dziadków na wsi, co chwila chodziłam na cmentarz, bo kult zmarłych był zawsze mocno pielęgnowany w naszej rodzinie.
W liceum pochowaliśmy koleżankę z klasy.
Dobrych kilka lat temu nowotwór wygrał walkę z Kasią Domańską, o tym pisałam na blogu.
W naszej obecnej parafii uczestniczyliśmy w kilku pogrzebach, różnią się od tych znad Wisły, ale śmierć jest ta sama.

Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością – przypominają mi się słowa J. Donne’a za każdym razem gdy odejście kogoś bezpośrednio mnie dotknie.

Są trzy osoby, które absolutnie bliskie mi nie były, a jednak (o ironio!) często się zastanawiam co mogłoby się wydarzyć, co jeszcze pięknego mogliby stworzyć, jakby żyli, gdyby dane im było wygrać walkę o życie. Te trzy śmierci najbardziej mnie smucą, najbardziej zastanawiają, najbardziej martwią – osoby te tak młodo odeszły z tego świata.

Kolejność przypadkowa:
Stanisław Bareja
Michael Jackson
Freddie Mercury

O Stanisławie Barei najwięcej informacji zaczerpnęłąm z książki Macieja Replewicza „Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła”. Książkę polecam wszystkim, nawet tym, których tówrczość wspomnianego reżysera nie zachwyca. Z lektury tej dowiedziałam się przede wszystkim jak okrutnie traktowany był przez ówczesne władze, ale jak się temu traktowaniu nie poddawał. Jak uparcie kolaudacja, za kolaudacją bronił swoich filmów, jak argumentował za poprawnością scen i dialogów i nieugieńcie promował swoje obrazy. Ślicznie potrafił omotać władzę, zwłaszcza działając w opozycji bez niepotrzebnego rozgłosu, bez patosu, bez medali za odwagę czy wpadek w ręce i akta SB.
Do końca wierny swoim ideom. Człowiek absolutnie wielki.
Nie dożył upadku systemu, którego nie popierał a wyśmiewał w swoich produkcjach.
Ale gdyby dożył, to co by robił, co by tworzył?
A prywatnie jaką stronę polityczną by poparł? Jakby zareagował na tych opozycjonistów, którzy wkrótce po upadku bloku sowieckiego wmieszali się w polityczny tłum i teraz szokuje to, że popierają partie, które wyrosły na socjaliźmie.
Chciałabym żeby żył, chciałabym znać odpowiedzi na powyższe pytania…
Bareja zmarł mając 58 lat.

http://www.youtube.com/watch?v=46dHzMD2R1Q

http://www.youtube.com/watch?v=fvQzLFPtJrU

Michael Jackson, w moim przekonaniu nigdy nie przestanie być Królem Popu.
Niezwykły muzyk, tancerz, kompozytor!
Szkoda, że już nie zobaczymy jego kolejnych wyczynów.
Jackson zmarł mając 51 lat.

http://www.youtube.com/watch?v=GRP0vUJ6UW0

O Freddiem nie rozpisze się, bo niewiele o nim wiem. Muzy w jego wykonaniu słuchałam dużo w liceum, chyba właśnie dlatego, że zmarł. Znajomi uwielbiali go bardzo, więc się niejako pod ten fanklub podłączyłam, ale warto było, bo twórczość Freddiego była naprawdę wielka.
Co robiłby dzisiaj? Gdzie by zaszedł ze swoją sławą?
Mercury zmarł mając 45 lat.

Danie alla muszla

Mimo iż jestem ogromną fanką sushi i surowe ryby w połączeniu z ryżem (nigiri lub maki) mogłabym jeść codziennie, to skorupiaki i mięczaki (tzw. owoce morza) we wszelkiego rodzaju daniach absolutnie mnie nie pociągają.
Zastanawiałam się czemu tak mam, bo przecież nie chodzi tu bynajmniej o smak owych morskich stworów – w potrawach sushi kawałek ośmiornicy, krewetki czy kraba przełykam z zadowoleniem:-)
Przez jakiś czas przyglądałam się przepisom i zdjęciom potraw z owoców morza. Niczym Pomysłowego Dobromira stuknęła mnie w głowę myśl: przyczyna mojej dezaprobaty nie leży w smaku, a w wyglądzie owych dań. Nie potrafię zaakceptować muszli i skorup w mojej zupie, makaronie czy ryżu.
Śmieszy mnie samą ten fakt, bo oto sznycelka z kością wcinam ze smakiem, bądź skrzydekło kurczaka w rosole nic mi nie wadzi, to jednak ta muszla, ten zewnętrzny układ kostny skorupiaka lub mięczaka strasznie mnie niesmaczy.

Może to brak tradycji, nie wychowałam się na daniach z owoców morza.
Może to złudzenie optyczne (albo i nie złudzenie), że oto na talerzu same muszle leżą, a gdzie właściwy posiłek.
Może jeszcze coś innego tkwi w mojej głowie, że się przekonać nie mogę do owych potraw, w domu naszym ich nigdy nie przygotowuję, a i w restauracjach, które się specjalizują w tych rarytasach, ja wybiorę mięso ‘tradycyjnej’ ryby lub zwierza czterokopytnego:-)

Weźmy na przykład to oto zdjęcie – żródło wikipedia:

Niejednej osobie ślinka pocieknie na widok takiego posiłku, a ja zdecydowanie wolałabym w zamian ziemniaczki z koperkiem, mizerię, jajko sadzone i może kalafiora:-)
Coś jest pięknego w tych muszlach, ale gdy te muszle łączą się z makaronem, warzywami, sosami, to robią się według mnie takie bleeeeee. No jakby ktoś śliczne kamienie kazał mi jeść.

Taką oto jestem kulinarną abnegatką w temacie owoców morza:-)

A Wy?

Trudna decyzja:-)

Uzbierałam pokaźną kupkę dolarów ‘depozytując’ czeki z wypłat w banku.
Czas na wydatki.
Postanowiliśmy niewielką część tych wieloletnich oszczędności przeznaczyć na wycieczkę w miejsce, które według mnie jest najpiękniejszym kawałkiem tego świata jaki dane mi było zobaczyć.
We wrześniu chcemy polecieć na Hawaje.

Pytanie zadał mąż, jako główny organizator wycieczki: czy chciałabym pojechać w to samo miejsce, czyli na wyspę Maui, czy może tym razem powinniśmy wybrać się na inną wyspę np. Kauai.

Foty z Maui

Zapewne to pytanie rozbawi moich czytelników, ale pragę je poddać publicznej debacie.
Proszę pomóżcie mi zdecydować, bo jak widać sama nie bardzo potrafię.
Niespełna 5 lat temu, we wrześniu, spędziliśmy tydzień w Lahainie i bezapelacyjnie miejsce to mianowałam Rajem na Ziemi. Ciągnie mnie by ponownie ten Raj odwiedzić, martwi mnie jednak, że tym razem zostanę tam na zawsze:-)
Ale co jeśli Kauai jest równie piękną wyspą? Może warto wybrać się właśnie tam?

Są na pewno pośród moich czytelników osoby, które jeśli odkryją jedno wspaniałe miejsce to pragną do niego powracać choćby każdego lata, każdego dłuższego weekendu. Sentymentalne pordróże mogą być równie ekscytujące jak te w nowe miejsca.
Co wybrać?
Gdzie polecieć?
Pomóżcie:-)

O przyjęciach weselnych z przymróżeniem oka ;-)

Zapytasz osobę po 50tce, 60tce i starszą jak poznała swoją żonę/męża, wielce prawdopodobne, że odpowiedź będzie: ‘na weselu’. Chodziło się kiedyś na huczne wesela i poznawało się tam mnóstwo ludzi. Wesele było okazją do spotkania: swojej dalszej rodziny, członków nowej rodziny, która węzłem małżeńskim się oto powiększyła, oraz wszelakich przypadkowych i nieprzypadkowych gości nie związanych krwią z Parą Młodą.
Nawet jeśli miejsce przy suto zastawionym długim stole przypadło nam pośród jakiś ciotek i wujków i pradziadków to i tak zawsze okazji było wiele by się z tego towarzystwa wyrwać na tzw. podryw. A niejednokrotnie właśnie te ciotki, wujaszkowie i pradziadkowie sami podsuwali upatrzonych kandydatów/kandydatki. Takie tam weselne swatanie, ale niejednokrotnie działało!

Obecne wesela zawsze zapięte na ostatni guzik, od gości oczekuje się, że przybędą ‘z osobą towarzyszącą’, każda dziewucha w towarzystwie kawalera, każdy kawaler już nie kawaler bo w towarzystwie żony. Jak tu kogoś poznać, poderwać, po latach poslubić? No nie da się!

Singielki zabierają na wesela swoje koleżanki, też singielki, licząc, że może coś się dla nich znajdzie, ale niestety na weselu okazuje się, że wszyscy faceci są zajęci. I podobnie w przypadku kawalerów, nawet jeśli starszy, czy młodszy brat Panny Młodej nadal kogoś szuka, to jak niby ma znaleźć jeśli wszystkie zaproszone dziewczyny pojawiają się ze swoimi wybrankami? No nie da się!

Pozostajemy z pytaniem czy warto singlom chodzić na takie ‘parzaste’ wesela?
Jak się będą czuły singielki widząc zazdrosne o swoich facetów dziwuchy?
Jak się będą czuli single widząc, że każda pieknna panna ma już swojego towarzysza?

A może trzeba nową modę zmienić i powrócić do dawnych tradycji. Może Państwo Młodzi wraz z rodzicami nie powinni wymuszać na swoich gościach przybycia z osobą towarzyszącą, a wręcz nakłaniać i zapraszac właśnie towarzystwo niesparowane. Taka weselna samopomoc samotnym:-)

Z innej weselnej beczki – proszę tego nie brać serio:
Zapraszają Państwo Młodzi gości weselnych a owi pojawiają się wraz z osobami towarzyszącymi, które szczerze (po chamsku wręcz) mówiąc niewiele dla urządzających przyjęcie stanowią. Obce są im te postacie, często poznane w oka mgnieniu w chwili składania życzeń. Są, jedzą, bawią się, ale w sumie nic więcej nie wnoszą do tego szczególnego wydarzenia. Młodzi przypominają sobie te postacie oglądając zdjęcia z wesela, ale nadal nic o nich nie wiedzą. A jak im przyjdzie kiedyś zapytać osobę zaproszoną, która przybyła w owym towarzystwie, o to co słychać to słyszą: ‘eee, ale o kim mówicie?; eeee, dawne czasy; eee nie warto jej/jego wspominać’. No jak nie warto jak on/ona na co drugim zdjęciu w naszym albumie?!:-)

I tak to bywa proszę Państwa z weselami, nieprawdaż?
:-)

Subiektywne Euro refleksje – część trzecia

Odetchnął z ulgą mój mąż gdy Czesi odpadli, bo go lekko martwiło moje nagłe zainteresowanie bramkarzem tej drużyny. Przejżawszy wszelkie dostępne w necie zdjęcia owego Petra w hełmie i bez, oświadczyłam, że według mojej osobistej kategorii jest on piłkarzem numer jeden Euro 2012 i że w związku z tym go kocham:-)
Najbardziej chyba uwiodło mnie jego trzęsienie się jak galareta celem utrzymania rozgrzanych mięśni. Był przezabawny!
Czesi wrócili do domu, ja utraciłam obiekt eurowestchnień, mąż zadowolony:-)
Na pamiątke owych westchnień chciałam tu zamieścić zdjęcie, ale bawić mi się nie chce w prawa autorskie.

O Niemcach: Co mieli nie wygrać, u siebie przecież grali:-) Mowa o Gdańsku.
Dla tych wszystkich niepoważnych Amerykanów, którzy jeszcze czytają prasę (jest ich już coraz mniej, bo prasa oczywiście strasznie tutaj propaganduje) ukazał się nagłówek: Niemcy wykluczają Grecję z Euro.
Bardziej inteligentny czytelnik domyśli się, bądź doczyta, że chodzi o Euro Cup 2012, ale cała reszta uzna, że Niemcy właśnie wygrały wojnę z Grecją i przegranych wyrzucają z UE:-)

Czy niemiecka drużyna poleci samolotem do stolicy, czy pojadą autokarem po wspaniałej eurotrasie Gdańsk – Warszawa?

Pole glofowe, z którym sąsiadujemy ma lepsze, sprawniejsze maszyny do wypompowywania wody niż eurostadiony. Troszkę wstyd mi się zrobiło, gdy zobaczyłam dwóch gość z ‘forkami’ do drenażu murawy. Piątek był, poźny wieczór, pewnie jedyny specjalista od obsługi odpowiedniej maszyny może popił już sobie, w końcu to ‘nasi grają’, ale dobrze, że znaleźli innego, bo komentatorzy meczu na ESPN podśmiewali się z tych dwóch zaledwie ‘forków’.

Zastanawia nas ta moneta, która na początku meczu decyduje o tym kto gre zaczyna i na jakiej połowie jest jego brama.
Czy to jakiś wielki złoty Eurodolar wyprodukowany w mennicy UEFA?
A co jeśli to może oszukana moneta z dwiema reszkami?
Czemu nigdy jej nie pokazują do kamer?

Mój największy chyba problem…

… tkwi w tym, że nie lubię się ruszać.
Jest we mnie taka swoista ociężałość, lenistwo, niechęć wręcz, do wysiłku fizycznego.
Lubię siedzieć, lubię spacerować i lubię tańczyć, poza tymi czynnościami cała reszta akrywności mnie przeraża, odraża i męczy.

Zdrowy tryb życia to nie tylko dobra dieta, to także wiele ruchu, to przebywanie na świeżym powietrzu, pośród naturalnego światła. Lubię świeże powietrze, ale to które mam w ogrodzie w zupełności mi wysatrcza, nie mam tak jak inni niepohamowanej ochoty/potrzeby jeździć co chwila nad ocean, w góry czy lasy.

Historia mojego problemu sięga czasów odległych, niebawem stuknie 35 lat. Poczęta przez rodziców bynajmniej nie atletów, przyszłam na świat z kilkoma wadami. Jedną z nich był słaby wzrok. Miałam dwa latka gdy na nos mój trafiły pierwsze okularki. Były walki z zezem, było bardzo osłabione (niedowidzące) lewe oko. Zanim jednak rodzice odwiedzili okulistę, trafiłam do ortopedy, który zdiagnozował jakąś dolegliwość moich bioder. Jedno z nich (prawdopodobnie lewe) nie rozwijało się prawidłowo, skutkiem czego nie mogłam rozpocząć prób chodzenia. Umieszczona w specjalnych ortopedycznych poduszkach stymulujących biderko do rozwoju, unieruchomiona zostałam na wiele miesięcy. W wieku gdy dziecko eksploruje otaczający go świat raczkując, wspinajac się, stawiając pierwsze kroki, ja unieruchomiona czekałam aż moje bioderko przebudzi się do życia. Dwa latka miałam gdy postawiłam swoje pierwsze samodzielne kroki. Dzisiaj cieszę się ogromnie, że tamte poduchy zmobilozowały kości do rozwoju i że tamta dolegliwość mi już nie dokucza.

Ale czy aby na pewno nie dokucza?

1. Jakiś czas temu trafiłam do chiropraktyka doktora Goldsmith, lekarza absolutnie genialnego.
Zaledwie po kilku testach uciskowych i po tym jak ułożone były moje stopy na leżance, rozpoznał że cała lewa strona mojego orgnizmujest wyraźniej słabsza od prawej.
Nasze młode ciała, które cało wychodzą z wszelkiego rodzaju urazów, ciała które same niejako naprawiają się, dają o sobie niestety znać gdy się starzejemy. Mój doktor stosując prewencję nie dopuszcza do tego by “łupało w kościach” na starość, on dba o swoich pacjentów szczególnie gdy ci pojawiają się u niego za młodu. Pan doktor powiedział, że niedorozwój bioderka mój organizm pokonał z sukcesem, nie kuleję przecież, nie bolą mnie kości i stawy, nie widać tego incydentu na codzień, ale dużą cenę i tak zapłacilam choćby tym, że lewa strona jest słabsza od prawej i to się odbija tym, czego gołym okiem nie widać.

2. O braku koordynacji ruchowo-wzrokowej różne książki napisano, zatem nie mi tu diagnozować moją przypadłość z dzieciństwa. Słaby wzrok i nierozwijające się bioderko sprawiły, że od początku byłam dzieckiem troszkę innym. Dzieckiem o wysokim poziomie lęku. Wszystkiego się bałam i nadal tak jest!
Gdy w przedszkolu spadłam ze ślizgawki, nigdy już potem nie darzyłam ich i siebie zaufaniem.
Gdy wujek posadził mnie na konika, ja zaczęłam okrutnie krzyczeć, że to zwierze się rusza i że nie chcę na nim siedzieć.
Gdy za wzorem innych dzieci na osiedlu próbowałam zrobić fikołka na trzepaku i spadłam oczywiście, raniąc sobie buzię, nigdyjuż potem owych fikołków nie probowałam robić.
Pływać nie potrafiłam, bo się wody bałam.
Jeżdżenie na rowerze do dzisiaj jest dla mnie stresujące:-)
Huśtawki były zawsze dla innych dzieci, ja się denerwowałam, że ktoś może mnie za mocno popchnąć i spadnę. Tak zwane huśtanie z podbitkami przyprawiało mnie o dziecięce zawały serca.

Dzisiaj by się to nazwało Sensory Processing Disorder, wtedy nikt nie miał na to nazwy, ot boi się dziewczynka tego i tamtego to niech siedzi i patrzy.

Niedawno byłam świadkiem takiej oto sytuacji: Basen pełen dzieci w różnym wieku, dołącza do nich kobieta (prawdopodobnie Meksykanka) z małym chłopcem, powiedzmy dwulatkiem. Chłopiec widzi rodzeństwo w basenie, niby chce do nich dołączyć, ale krzyczy ogromnie gdy mama zanurza jego nóżki w wodzie. Po schodach basenowych schodzą trochę głębiej na co chłopczyk reaguje jeszcze większym krzykiem. Mama polewa go wodą, ten nadal płacze. Uczepiony szyi mamy, trzyma się mocno i ani trochę nie myśli by się od niej odłączyć. Mama łapie malucha za nos, zanurza się razem z nim pod wodę, na ułamek sekundy – możecie sobie wyobrazić co za histeria, dziecko ryczy już na maxa, ale mama nie ustępuje. Ociera mu buźkę, śmieje się, wychodzi trochę bliżej brzegu, tam ciocie śmiejąc się przekonują, że nic się złego nie stało. Mama powtarza próbę jeszcze kilka razy. Za każdym razem słyszę płacz dziecka i ogólne niezadowolenie, ale za każdym razem jest ono jakby ociupinkę mniejsze. Taki proces budowy zaufania między matką a maluchem, między maluchem a wodą. Ten chłopczyk przestał w końcu płakać, skupił się na rodzeństwie, na zabawkach w basenie i na tym by być blisko mamy. Ale woda nie była już dla niego niczym strasznym. Ten chłopczyk zapewne niebawem nauczy sie pływać.

Ktoś mógłby tą sytuację nazwać przemocą (niejedna amerykańska matka). Ktoś mógłby się z tej sytuacji dowiedzieć jak się uczą maluchy, jak je uczyć, jak budować zaufanie, jak nakłaniać, przekonywać, asekurować, czasem naciskać.
Czy jeśli ta mama zobaczywszy pierwsze łezki na twarzy syna poddała się i wyszła z nim na brzeg basenu to byłaby dobrym rodziecem, dobrym nauczycielem?
Gdzie jest ta cienka granica między zmuszaniem i przemocą, a zmuszaniem w dobrym celu?
Gdzie jest ta cienka granica między uszanowaniem, że dziecko czegoś się boi, czegoś nie chce robić, a machnięciem ręką na naukę, rozwój dziecka i zaprzestaniem dobrego rodzicielskiego zmuszania?

Moi rodzice coś przeoczyli.
Tak jak napisałam nie byli atletami, nie biegali, nie ćwiczyli, nie dbali o świadome urlopy z dziećmi na świeżym powietrzu.
Nie zależało im na tym bym potrafiła jeździć na rowerku, na tym bym potrafiła pływać, nie mówiąc już o nartach czy innych sportach.
Lekcje wychowania fizycznego były dla mnie najgorsze. Inne dzieci skakały pod sufit, ja najchętniej zapadłabym się pod ziemię byleby tylko nie musieć ćwiczyć.

Teraz gdy jestem dorosła, nie powinnam obwiniać za mój obecny stan rodziców. Mam swój rozum i wiem co dla zdrowia fizycznego jest najlepsze: Owy ruch, którego wykonanie niestety wiele mnie kosztuje. Walczę ze sobą, zmuszam się, przekonuję, że warto, że trzeba, że to dla mojego dobra. Ale w środku nie mam absolutnie żadnej motywacji, a większy wysiłek fizyczny (ćwiczenia gimnastyczne) wciąż sprawiają mi fizyczny i psychiczny ból.
Zazdroszczę tym wszystkim, których widzę szczęśliwych na siłowni, tym wszystkim, którzy potrafią się dobrze czuć po dużym wysiłku, tym wszystkim, którym nie przeszkadzają zakwasy i pot, tym wszystkim, którzy niejako we krwi mają aktywny wypoczynek. Zazdroszczę tym, którzy wymieniają swoich rodziców jako motory swoich sportowych hobby.

Jaką byłabym mamą?
Zalęknioną i absolutnie asekuracyjną?
Tego nie, bo to się może stać, tego też nie, bo tamto się może stać?
Ja się tego boję, więc nie mogę cię do tego namawiać, nie pomogę ci, nie będę asekurować.
Jak motywować dziecko do uprawiania sportu, jeśli się samemu w tym temacie nic nie robi?
Jakim być wzorem, jak dopingować, jak się cieszyć z ewentualnych sukcesów dziecka, jeśli nic z tych rzeczy nas ‘nie kręci’?
A może byłabym soccer mom, taką która właśnie za wszelką cenę będzie wspierać malucha do kopania w piłkę?
Może stałabym się przeciwnością moich rodziców i nawet jeśli sama nie potrafiłabym nauczyć malucha pływać, to poprosiłabym o pomoc profesjonalistów?
Może przy okazji dziecka sama bym ‘się ruszyła’ i odkryła radość w ruchu i przebywaniu na świeżym powietrzu…

Od czterech lat chodzę na siłownię (nie cierpię tego słowa, wolę mówić, że chodzę na gimnastykę) i jest to jedno z najtrudniejszych obecnie zadań w moim życiu:-) Mam osobistą trenerkę, która okrutnie się nade mną znęca, ale dzięki niej nie osiągnęłam wagi obrzydliwie otyłych ludzi i nawet rozwijają mi się mięśnie, których w życiu nie miałam:-)
Jeszcze tylko żebym sama siebie przekonała, że dam radę w tej rutynie wytrwać i żebym się w końcu przekonała do korzystania ze sprzętu bez motywacyjnego krzyku mojej trenerki. No i żebym odnalazła w tej okrutnej jak dotąd rutynie jakąś radość – oj byłoby mi lżej…

Brawa wielkie dla tych rodziców, którzy wiedzą jak bardzo ruch jest ważny w życiu dziecka i robią wszystko by ich pociechy w dzieciństwie nauczyły się kochać aktywność fizyczną. Dzieciństwo jest przecież po to by wszelkie ‘sensory’ rozwinąć, przećwiczyć, zahartować i przygotować do dorosłego, odważnego życia.

Muzeum zapraszają

Może się czepiam…

20120622-134638.jpg

Czy coś tu brzmi nie tak?
Czy nie lepiej byłoby: Muzeum w Łazienkach zaprasza…
Lub: Łazienki zapraszają…

Ten wpis brzmi tak jakby ktoś na siłę chciał być poprawny, ale absolutnie zapomina o brzmieniu.
Mąż mówi, że to trochę jakby wyuczony polskiej gramatyki obcokrajowiec tweetował w imieniu Warszawy i stąd takie błędy.
Ja natomiast nie rozumiem czemu tam brakuje zwykłego redaktora, kogoś po polonistyce, kto każdy taki wpis mógłby poddać ocenie.
Moje zwyklaste notki mają przynajmniej czterech redaktorów, od których odbieram uwagi o większych błędach, czemu zatem PR Warszawy nie może sobie takich osób zwerbować do pomocy?

Kaczuszki

Wróciliśmy do domu tradycyjnie parkując auto w garażu.
Nagle na podjeździe przebiegły szybciorem jakieś stowrzenia.
Błyskawicznie wyszliśmy z garażu by się tym istotom bliżej przyjżeć.
Mama kaczka z dziesiątką małych. A gdzie tato? Nie ma; może właśnie go szuka?
Ale tutaj na ulicy go nie znajdzie. Tutaj najwyżej może stracić sowje maleństwa.

http://youtu.be/PRDC6c6yVBE

Jak tu przekonać mamę kaczkę z maluchami, że chcemy jej pomóc?
Nie da się.
Ona w panice ucieka, a za nią jej gromadka.
Ale ucieka w złą stronę.
Muszę ją zagnać do garażu, żeby tylnymi drzwiamy wyszła na podwórko za domem, tam już będzie miała blisko do stawiku na polu golfowym.
Kaczka wchodzi z małymi pod samochód i próbuje uciekać, ale znowu na ulicę.
Szeroką miotłą delikatnie wepchniętą pod auto wskazuję im drogę do wyjścia na basen.
Udało się!
Kaczucha z małymi od razu wskakuje do basenu.
Tu jest bezpieczna.
Woda to jej środowisko, tu nie skrzywdzi jej człowiek, tu nie złapie jej kot.

Ale oto kaczucha ma problem: jak basen opuszczą jej maluszki, które są świetnymi pływakami, ale nie potrafią jeszcze fruwać? A poziom wody nie pozwala na proste wydostanie się na brzeg basenu.
Mama kaczka wyskakuje kilka razy, ale maluchy nie mogą, to ponad ich możliwości.

Robimy rampę.
Jakiś czas mamie kaczce i jej dzieciom zajmuje wykombinowanie czemu owy obiekt miałby ułatwić im wyjście z basenu.
Wiele prób maluchy wykonują by zdobyć rampę i potem by wejść po niej na brzeg.
Raz wyszło 6 kaczuszek i mama ruszyła z nimi w kierunku pola golfowego. Ale gdy pozostała czwórka zaczęła głośno piszczeć w basenie to mama błyskawicznie do nich powróciła. Wskoczyła do basenu, a za nią rządek maluchów.
Od nowa.
Tym razem 8 kaczuszek jest na brzegu, ale dwie wciąż w basenie, mama wraca i za nią pozostałe dzieci.
I tak kilkanaście razy.
Myślałby człowiek, że może zobaczy obraz tak zwanej selekcji naturalnej, że mama kaczka podda się i zostawi tą nieudaczną dwójkę, a postawi na 8 silnych dzieci. Absolutnie. Ta wraca za każdym razem i upewnia się ze wszystkie są koło niej.

Po wielu nieudanych próbach nadchodzi upragnony sukces. Wszystkim kaczuszkom udaje się opuścić basen.
Na ile te maluchy zdają sobie sprawę w jakim były zagrożeniu?
Dla ich matki to był wielki sprawdzian i walka o jej maleństwa, dla samych maleństw to lekcja wychodzenia z basenu po rampie i chyba świetna zabawa.

Nie uwieczniłam wielu z tych cieżkich prób na filmie, nie uwieczniłam tej ostatniej zakończonej sukcesem, bo chciałam swymi oczami podziwiać samotną matkę z maluchami tak dzielnie walczącą o wolność, a skupienie na kamerze ajfona odebrałoby mi tą radość patrzenia bezpośrednio na ptaki i dopingowania ich w dążeniu do celu.

Udało się!
Kaczucha z maluchami podreptała do stawiku na polu golfowym, a następnego dnia mąż mój widział ją znowu na środku ulicy oczywiście z pisklakami.
Może to jednak Kaczka Dziwaczka?:-)

P.S. Wybaczyć mi proszę jakość filmów oraz dobór muzyki. Te trzy utwory przyszły razem z moim komputerem (win7) więc pozwoliłam sobie z nich skorzystać, mam nadzieję, że nie łamię prawa:-)

I do vs. I don’t

Gdzie jest ta cieniuteńka granica między martwieniem się o kogoś a wtrącaniem w jego życie?
Do jakiego stopnia można kogoś nakłaniać, sugerować, podpowiadać, żeby poszukał sobie partnera, żeby chociaż spróbował?
Kiedy rodzice mają prawo wymagać od swoich dorosłych już dzieci, żeby te porzuciły stan wolny i poślubiły kogoś?
A kiedy tego prawa rodzice nie mają? Kiedy powinni zostawić życie swoich dzieci ich woli?

Pragniemy by bliskie nam osoby ułożyły sobie życie osobiste tak jak my, by były w szcześliwych związkach.
Oczekujemy, nakłaniamy, modlimy się, podpowiadamy by rozpoczęły poszukiwania bo to już czas najwyższy, bo z miesiąca na miesiąc, z roku na rok będzie trudniej. Będzie się mniej atrakcyjnym/ną, będzie mniej możliwości, będzie trzeba ‘przebierać’ w odrzutkach (rozwodnikach, wdowcach, często z dziećmi z poprzednich związków).
Nierzadko na siłę wręcz rodzice próbują swatać, wyszukiwać, naciskać by to już z tym, by to już ta, by się więcej nie zastanawiać tylko biec do ołtarza.

Ale jaką my wszyscy, którzy chcemy małżeństw dla naszych ‘wolnych’ bliskich mamy gwarancję, że ci odnajdą się w związkach, że trafią na cudownych partnerów, że będzie im wspaniale z drugą połową?
Czy lepiej mieć najgorszego nawet męża niż być samotną (okrutne polskie: starą panną)?
Czy lepiej mieć najgorszą nawet żonę niż być starym kawalerem?
Czy przejście przez życie samotnie będzie super smutne czy nie musi wcale takie być?

Jeśli pod wpływem okrutnej presji otoczenia ona wyjdzie za owego kawalera, a ten się okaże skończonym patafianem, co wtedy? Czy lepiej jako matka słyszeć w rozmowie: “Mamo nie znalazłam nikogo, może będę singielką”, czy lepiej słyszeć w rozmowie: “Mamo on znowu się napił z kumplami/przespał z sekretarką/pobił mnie”?
Jeśli pod wpływem okrutnej presjii otoczenia on wyjdzie za ową pannę, a ta okaże się skończoną patafianką, co wtedy?
Nie powiemy: “Synu, mówiłam ci, żebyś się jeszcze nie żenił”, bo przecież nikt inny tylko właśnie my (rodzice) spragnieni dumy przed sąsiadami i wnuków, naciskaliśmy na ten ślub.

Gdzie jest ta cieniuteńka granica, między sytuacją kiedy trzeba dziecku coś doradzić, trzeba wysłuchać i zaakceptować wybór, nawet jeśli jest wbrew naszym oczekiwaniom, a presją, stereotypami i “co ludzie powiedzą”.

Wyszłam za mąż w wieku lat 30stu (starą panną już byłam według rodzinnych tradycji) z miłości, za mężczyznę dużo ode mnie starszego (rozwodnika z dzieckiem). Tym samym musiałam stawić czoło okrutnym polskim stereotypom. Ale żyje mi się szczęśliwie.
A mogłam przecież zaciążyć w wieku nastoletnim, poślubić owego ojca dziecka, a po roku wszystko by się rozpadło. Ale przez tą chwilunię, ten czas wesela i może narodzin dzieciątka, otoczenie byłoby usatysfakcjonowane, prawda? Bo młoda, bo matka, bo żona. A za chwilę rozwódka – też dużo lepiej niż stara panna.

Zaściankuje w tym temacie nasza Polska i dlatego jest jak jest.
Pod presją głównie rodziców, albo niechcianych ciąż biegną młodzi do ołtarza, Bogu przysięgają do śmierci być razem, a nie dają rady dokńczyć w zgodzie miesiąca miodowego.

Czy warto zatem na siłę szukać drugiej połowy?
Czy jak ma do nas dołączyć to prędzej czy później sama się znajdzie?
Ale czy znajdzie się na FB czy trzeba pupę ruszyć i wyjść z domu?
Czy w to szukanie muszą się angażować rodzice?
Czy powinni, jeśli widzą, że ich dziecko jest kompletnie zagubione w tym temacie?
Czy lepiej usłyszeć od dorosłego dziecka: “Nie mam nikogo bo nigdy nie naciskaliście, bo nigdy nie sugerowaliście, bo teraz już jest za poźno na cokolowiek”?
Czy lepiej usłyszeć od dorosłego dziecka: “Sami chcieliście tego ślubu, to teraz mam co mam, jest strasznie, tylko rozwodem się to może skończyć”?

Jako rodzic martwisz się o przyszłość swojego dziecka, chcesz by dobrze ułożyło mu się w życiu.
Naciskasz na to by rozpoczęło życie w związku, bo tak podobno łatwiej.
Ale co jeśli ten związek nie będzie dobrym?
Weźmiesz na siebie odpowiedzialność za swoje naciski?

Jako rodzic martwisz się o przyszłość swojego dziecka, chcesz by dobrze ułożyło mu się w życiu.
Nie naciskasz, nie sugerujesz, nawet nie pytasz o ewentualnego prartnera.
Ale co jeśli ten czas młodości minie dziecku bezpowrotnie, a ono nie odnajdzie się w samotności?
Weźmiesz na siebie odpowiedzialność za swój brak zainteresowania, za obojętność, za “niech robi co chce”?

Gdzie jest złoty środek?
Kiedy możemy singlowi pomóc, a kiedy nie powinniśmy?
Czekać aż poprosi nas o taką pomoc, czy reagować wcześniej, czy uszanować postępowanie a raczej jego brak w ochocie na ślub?

Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na moje pytania.
Chociaż nie jestem rodzicem, zadaję je sobie często.

Znam singli świadomie zdecydowanych na swój wolny stan cywilny.
Ale znam też takich, którzy chcieliby to zmienić, którzy absolutnie nie chcą iść samotnie przez życie.
Co z nimi? Jak im pomóc?