Mała dziewczynka bała się wielu rzeczy.
Przede wszystkim bała się oderwać od ziemi. Dosłownie. Wszystko co związane z byciem w jakikolwiek sposób oderwanym od ziemi, choćby na ułamek sekundy, przerażało ją okrutnie. Dziewczynka ta nie potrafiła jeździć na rowerku, bo rowerek wymagał oderwania stóp od ziemi. Dziewczynka nie potrafiła robić prostych fikołków na podłodze lub trzepaku, bo to też wymagało odbicia się stopami od podłoża. Klasyczna ślizgawka na placu zabaw mroziła jej krew w żyłach. Wspinanie się po drzewach tak jak jej rówieśnicy graniczyło z cudem i udawało się tylko gdy gałąź była naprawdę nisko nad ziemią.
Jej rodziców jakby nie interesowała ta sytuacja, dziewczynka nawet nie była pewna czy oni o tym wiedzą. Dorośli mają tyle spraw na głowie, po co mieliby się interesować lękami i ich przyczną u swojej córki. Nie było w nich wsparaci dla niej, nie było czasu spędzonego na przekonywaniu, że nie ma się czego bać, na ewentualnej asekuracji gdy chciała jednak dorównać rówieśnikom. Ani jej mama ani tata nie znaleźli wolnej chwili na to by nauczyć ją jeździć na rowerze. Żadne z nich nie wynalazło bezpiecznego sposobu by w domu poćwiczyć z nią fikołki wymagane i oceniane na lekcjach wuefu.
Dziewczynka rosła i bała się bardziej. Bała się nart, bała się wody (pływania), bała się jazdy konnej, skoków w dal i przez kozła za pomocą odskoczni.
Niektorzy nauczyciele wuefu próbowali przekonać ją, że nie ma się czego bać, poświęcali jej czas by asekurować ją przy tych ćwiczeniach, które wymagały ‘oderwania się’ od ziemi. Ale nigdy jej rodzicie – im jakby nie zależało na usprawnieniu jej córki, na pracy nad jej irracjonalnymi lękami.

Dziewczynka miała lat 9 gdy jej 65 letni dziadek ze strony mamy postanowił nauczyć ją jeździć wieć kupił jej rower. Powolny to był proces, ale cierpliwość dziadka wygrała. Dziewczynka nauczyła się samodzielnie jeździć. Nadal się bała ale już trochę mniej.
Dziewczynka miała lat 11 gdy jej 70 letnia babcia ze strony taty położyła na podłodze wszystkie koce jakie miała i próbowała niczym na gimnastycznych materacach uczyć wnuczkę fikołków. Dziewczynka bardzo przeżywała, że się z niej cała klasa na wuefie wyśmiewa, a gdy są zawody gdzie jedną z przeszkód są fikołki to tylko przez nią cała jej grupa przegrywa. Babcia wyjaśniła dziewczynce jak robić bezpieczne fikołki, asekurowała ją za każdym razem gdy ta fikała i zapewniała ją, że nic jej nie grozi jeśli tylko odpowiednio się do tego skuli.

Dlaczego rodzice dziewczynki nie interesowali się brakiem jej pewnych umiejętności, tego nie wie, mimo że dzisiaj jest już dorosła. Czasem tak niewiele trzeba by malucha czegoś nauczyć, do czegoś przekonać, o czymś zapewnić.
Dziadkowie dziewczynki nie mieli możliwości naczyć ją jezdy na nartach, pływania, jazdy konnej. Nie wspinali się z nią po drzwach. Nie mieli kozła i odskoczni. Na tyle ile mogli i tak dokonali ogromnej zmiany w jej życiu, dzisiaj nadal potrafi robić fikołki (chociaż już nie musi robić ich wcale) oraz jeździ na rowerze (bo tego się podobno nigdy nie zapomina).

Wdzięczna dziadkom, nie rodzicom.


Comments

Z pamięci małej dziewczynki… — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *