Amuse-bouche

Z Wikipedii (pa angielsku bo nie znalazłam po polsku): An amuse-bouche [amyzbuʃ] or amuse-gueule [amyzɡœl] is a single, bite-sized hors d’œuvre. Amuse-bouches are different from appetizers in that they are not ordered from a menu by patrons, but, when served, are done so according to the chef’s selection alone. These, often accompanied by a complementing wine, are served as a little tingler for the taste buds both to prepare the guest for the meal and to offer a glimpse into the chef’s approach to cooking. The term is French, literally translated to “mouth amuser”. The plural form is amuse-bouche or amuse-bouches.

Pierwszy raz z tym konceptem spotkałam się we francuskiej restauracji. Jeszcze wtedy nie mój mąż zaprosił mnie do bardzo eleganckiej restauracji, która od innych eleganckich wyróżniała się przede wszystkim:
– dwoma rodzajami kart (menu) – dla mężczyzny z cenami, dla kobiety bez (czemu dama ma zaprzątać sobie głowę kosztami pięknej kolacji, niech się mężczyzna tym zajmuje)
– niespodzianką w postaci malutkiego (czasem kilku) niezamówionego przez nas dania – amuse-bouche.

Pysznymi amuse-buche zaskakiwano nas nie tylko w Paryzu, ostatni przepyszny niezamowiony kąsek wzmógł nasz apetyt w rewelacyjnej gdańskiej restauracji Fellini

Gdy mam czas i ochotę, bardzo lubię przygotowywać domowe wersje amuse-bouche. Goście przychodzą, rozmawiają, mąż otwiera wino, ja krzątam się jeszcze po kuchni, a ewentualny pierwszy głód zapokajnany jest (lub wzmagany – jak kto patrzy) przez te malutkie przekąski.


W ubiegłym tygodniu przyniosłam amuse-bouche do pracy, zniknął w brzuchach tutorów błyskawicznie:-)

Małe głosowanie

Zajmuję się w pracy tworzeniem różnych ankiet.
W tutorialu na zakończenie każdego semestru pytamy studentów jak oceniają nasz serwis, jakie mają sugestie, w jakich obszarach uzyskali pomoc, itp. Ankiety tworzone przeze mnie mają wiele pytań, różne możliwości odpowiedzi (zaznacz tylko jedną, wybierz kilka, skomentuj, itp.) Pod koniec maja podzielę się z Wami tymi wynikami.

Google umożliwia swoim użytkownikom bezpłane korzystanie z ich narzędzia – dzięki google survey – moja praca ogranicza się tylko do stworzenia ankiety – obróbką odpowiedzi zajmuje się program, który bardzo Wam polecam w pracowych bądź towarzyskich sytacjach gdy trzeba coś przegłosować lub dowiedzieć się czegoś od większej liczby osób (od mniejszej też).

Dzisiaj dla zabawy i zaspokojenia mojej ciekawości stworzyłam jednopytaniową ankietę, związaną z dwoma popularnymi napojami gazowanymi.

Pozwoliłam sobie zagłosować jako pierwsza:-)

Proszę dokonać wyboru:

Wyniki na dzien 9 maja:

Z pamięci małej dziewczynki…

Mała dziewczynka bała się wielu rzeczy.
Przede wszystkim bała się oderwać od ziemi. Dosłownie. Wszystko co związane z byciem w jakikolwiek sposób oderwanym od ziemi, choćby na ułamek sekundy, przerażało ją okrutnie. Dziewczynka ta nie potrafiła jeździć na rowerku, bo rowerek wymagał oderwania stóp od ziemi. Dziewczynka nie potrafiła robić prostych fikołków na podłodze lub trzepaku, bo to też wymagało odbicia się stopami od podłoża. Klasyczna ślizgawka na placu zabaw mroziła jej krew w żyłach. Wspinanie się po drzewach tak jak jej rówieśnicy graniczyło z cudem i udawało się tylko gdy gałąź była naprawdę nisko nad ziemią.
Jej rodziców jakby nie interesowała ta sytuacja, dziewczynka nawet nie była pewna czy oni o tym wiedzą. Dorośli mają tyle spraw na głowie, po co mieliby się interesować lękami i ich przyczną u swojej córki. Nie było w nich wsparaci dla niej, nie było czasu spędzonego na przekonywaniu, że nie ma się czego bać, na ewentualnej asekuracji gdy chciała jednak dorównać rówieśnikom. Ani jej mama ani tata nie znaleźli wolnej chwili na to by nauczyć ją jeździć na rowerze. Żadne z nich nie wynalazło bezpiecznego sposobu by w domu poćwiczyć z nią fikołki wymagane i oceniane na lekcjach wuefu.
Dziewczynka rosła i bała się bardziej. Bała się nart, bała się wody (pływania), bała się jazdy konnej, skoków w dal i przez kozła za pomocą odskoczni.
Niektorzy nauczyciele wuefu próbowali przekonać ją, że nie ma się czego bać, poświęcali jej czas by asekurować ją przy tych ćwiczeniach, które wymagały ‘oderwania się’ od ziemi. Ale nigdy jej rodzicie – im jakby nie zależało na usprawnieniu jej córki, na pracy nad jej irracjonalnymi lękami.

Dziewczynka miała lat 9 gdy jej 65 letni dziadek ze strony mamy postanowił nauczyć ją jeździć wieć kupił jej rower. Powolny to był proces, ale cierpliwość dziadka wygrała. Dziewczynka nauczyła się samodzielnie jeździć. Nadal się bała ale już trochę mniej.
Dziewczynka miała lat 11 gdy jej 70 letnia babcia ze strony taty położyła na podłodze wszystkie koce jakie miała i próbowała niczym na gimnastycznych materacach uczyć wnuczkę fikołków. Dziewczynka bardzo przeżywała, że się z niej cała klasa na wuefie wyśmiewa, a gdy są zawody gdzie jedną z przeszkód są fikołki to tylko przez nią cała jej grupa przegrywa. Babcia wyjaśniła dziewczynce jak robić bezpieczne fikołki, asekurowała ją za każdym razem gdy ta fikała i zapewniała ją, że nic jej nie grozi jeśli tylko odpowiednio się do tego skuli.

Dlaczego rodzice dziewczynki nie interesowali się brakiem jej pewnych umiejętności, tego nie wie, mimo że dzisiaj jest już dorosła. Czasem tak niewiele trzeba by malucha czegoś nauczyć, do czegoś przekonać, o czymś zapewnić.
Dziadkowie dziewczynki nie mieli możliwości naczyć ją jezdy na nartach, pływania, jazdy konnej. Nie wspinali się z nią po drzwach. Nie mieli kozła i odskoczni. Na tyle ile mogli i tak dokonali ogromnej zmiany w jej życiu, dzisiaj nadal potrafi robić fikołki (chociaż już nie musi robić ich wcale) oraz jeździ na rowerze (bo tego się podobno nigdy nie zapomina).

Wdzięczna dziadkom, nie rodzicom.

Z serii: Wynalazki – foldery

Kolejny dzien w pracy…

Jako sekretarka (o rany dawno nie uzywalam tego slowa) pracownik biura, office manager lub adnimistrative assistant pracuje od przeszlo 10 lat. Praca ta paralam sie na przemian ze sprzataniem, opiekna nad dziecmi lub osobami starszymi, ogrodnictwem.
Juz wiele razy wspominalam, ze prace w biurze uwielbiam tym bardziej gdy biuro to gromadzi milych pracownikow.

Moja praca w dziekanacie i tutorialu ogromnie rozni sie od tych poprzednich wykonywanych w Polsce i Austrii.
Przede wszystkim rozni sie atmosfera jak i kultura kraju, w ktorym teraz mieszkam.
Tu nie chodzi juz tylko o jezyk, ktorego musialam sie nauczyc, to jest zaledwie nikly procent wysilku jaki wlozylam w moj zawodowy skuces w obcym kraju.
Poza jezykiem przyszlo mi poznac i nauczyc sie wiele nowych regul, rol, protokolow, zachowan w danej sytuacji, logistyki, dynamiki i przede wszystkim nowych przedmiotow i ich zastosowania w codziennej pracy biura.

Mozemy na przyklad rozumiec co znaczy ang. folder – po polsku to samo slowo, ale czy wiemy do czego folder (hanging & filing) sluzy i jak go prawidlowo przechowujemy?
Mozemy na przyklad rozumiec co znaczy ang. inter department envelope – po polsku koperta, ale czy wiemy po co uzywana jest w wielodzialowych orgnizacjach?

Moglabym tak pisac i pisac o sytuacjach i przedmiotach, ktore w amerykanskim biurze sa na porzadku dziennym, a polska pani sekretarka nie ma o nich pojecia. Pewne rzeczy wkraczaja do naszego kraju za sprawa wiekszych i mniejszych zachodnich firm, ale jestem pewna, ze w biurach typu szkolny sekretariat, lub recepcja przychodni zdrowia, wynalazki ulatwiajace prace w Stanach niestety jeszcze dlugo nie beda ‘odkryte’.

Na powyzszych zdjeciach widac przygotowane przez mnie foldery.
Hanging folder to ten zewnetrzny, ktory wiesza sie w odpowiedniej szufladzie. Folder taki gromadzi w sobie filing folders, ktore natomiast gromadza w sobie stosowne dokumenty.
Prawidlowo przygotowany folder powinien posiadac opis, oznaczenie (label) czego dotyczy.
Foldery wykorzystywane sa w Stanach WSZEDZIE.
Wszystkie wizyty u mojego dentysty sa rejestrowane przez niego na stosownym dokumencie, ktory trafia nastepnie do folderu z moim nazwiskiem, ten trafia do specjalnej wielkiej szafy i czeka na moja kolejna wizyte.
Nasze koty maja swoje karty u weterynarza, a karty te trzymane sa w folderach z ich imionami.
Prawnik ma swoje foldery, ksiegowy swoje, kazde zawieraja inny rodzaj dokumentow, ale same w sobie sa identyczne, roznia sie tylko kolorem. Totalna unifikacja – super wygoda – extra organizacja.

Bylam kiedys w mojej spoldzielni mieszkaniowej na Pradze, pani sekretarka probowala znalezc jakis dokument, ktorego nie otrzymalam na czas i otworzyla szafe z segregatorami. Polki uginajace sie pod ciezarem segregatorow wypelnionych po brzegi papierami w koszulkach. Widok oplakany, zero odpowiedniego systemu oznakowania poszczegolnych segregatorow (alfabetycznie nazwiskami, ulicami, numerami lokali), segregatory ciezkie, niedomykajace sie. Przyszlo jej biednej szukac tego papieru jakis kwadrans z wynikiem negatywnym. Oj zdziwilabym sie gdyby w tym balaganie cos naprawde znalazla! Gdyby tylko znala system folderow, jej praca bylaby zorganizowana i o niebo latwiejsza.

Uwielbiam w mojej pracy przygotowywac foldery, przechowywac w nich dokumenty, byc zorganizowana w sposob, ktory kazdy tu zna. System ten stosuje rowniez w domu. Maz nabyl dla mnie odpowiednia szafe z szufladami do folderow (filing cabinet) i wlasnie tam przechowuje moje foldery z roznymi papierami.

W liceum na lekcji informatyki poraz pierwszy dowiedzialam sie o folderach na komputerze, w ktorych zapisuje sie elektroniczne dokumenty. Nauczyciel wyjasnial jak takie foldery tworzyc, jak je oznaczac, jak zapisywac w nich dokumenty, nastepnie jak te dokumenty odnajdywac w poszczegolnych folderach.
Do glowy mi wtedy nie przyszlo zapytac czemu ikonka folderu wyglada wlasnie tak jak wyglada. Przez wiele nastepnych lat pracowalam z roznymi komputerami, na ktorych tworzylam foldery, nazywalam je, przechowywalam w nich dokumenty. Piec lat temu przyjechalam do Stanow i wtedy dopiero przyszlo mi poznac nie-elektroniczne zrodlo systemu przechowywania/archiwizacji danych.
Niczym w bajce Pomyslowy Dobromir stuknela mnie w glowe odpowiedz na moje pytanie: dlaczego ikonka folderu wyglada jak wyglada:-)





I na koniec moich wywodow o folderach link dla ciekawych: http://www.filingcabinets.com/vertical-filing-cabinets/historyarticle.cfm

Taka Ameryka!

Dzisiejszy dzien przejdzie do historii!
Rozmowe kwalifikacyjna z vice prezydent college’u przeszlam pomyslnie. Zatem mam prace.

Prosze mi powiedziec w jakiej polskiej szkole dostalabym zatrudnienie?
Prosze mi powiedziec w jakiej europejskiej szkole dostalabym zatrudnienie?
Bez stosownego/wyzszego wyksztalcenia!
Bez certyfikatow (potwierdzajacych znajomosc jezykow obcych, programow komputerowych, BHP, sanepidu i innych bzdur).
Bez dyplomow.
Bez tytulow przed nazwiskiem.
Bez znajomosci odpowiednich osob, na odpowiednich stanowiskach.
Bez lapowek, przekupstwa, szantazu.

Nikt nie zapytal sie mnie o wyzsze wyksztalcenie.
Nikt nie zazadal do wgladu moich swiadectw, certyfikatow, dyplomow.
To tutaj nieistotne!
Wazne jest co sie potrafi, jakie sie ma doswiadczenie, a nie to ile sie mialo szostek na swiadectwie i jaki sie ma tytul.

Bill Gates i Steve Jobs nie dostaliby zatrudnienia w Europie z jednej glownej przyczyny – brak wyksztalcenia. W Stanach zbudowali finansowe mocarstwa.
Moj maz odniosl zawodowy sukces nie za sprawa magistra ktorego przywiozl z Polski, nikt w dolinie krzemowej nie pytal o jego dyplom, pytali o doswiadczenie.
Oto dlaczego Ameryka zostawia w tyle inne kraje pod wzgledem gospodarczym.
Tu sie liczy czlowiek i jego praca a nie to jakimi papierkami z uczelni sie zaslania.

Ciesze sie, ze ludzie z ktorymi na codzien pracuje zaufali mi i przyczynili sie do mojego zatrudnienia. Ciesze sie, ze widza we mnie odpowiednia osobe nawet jesli nie widza tych wszystkich dokumentow potwierdzajacych moje umiejetnosci, zreszta tych, ktore oczekiwanoby ode mnie w Polsce (dyplom z wyzszej uczelni) nawet nie mam:-)
Ciesze sie, ze tu mieszkam. Zdecydowanie latwiej sie tu pracuje, zdecydowanie latwiej mozna sie tu czegos dorobic, albo chocby godnie zyc!
Dostalam prace, mimo ze moj angielski wciaz jest sredni, a gratulowano mi, ze wypadlam lepiej niz nativespeakers.

Rzesze bezrobotnych z wyzszym wyksztalceniem z dobrych uczelni i oto ja – inteligentna, madra, niezwykle pracowita, zatrudniona przez edukacyjna placowke stanu Kalifornia.
Amerykanska duma ze mnie wychodzi, ale co mi tam, to moja pierwsza prawdziwa posadka w wielkich Stanach Zjednoczonych:-)

Nazwy sklepow

Sklep z antykami: Nothing New
Sklep z vintage meblami: Past Perfect

Te sklepy i ich nazwy akurat osobiscie widzialam, ale w necie roi sie od genialnych & przezabawnych nazw roznych biznesow. Ludzie maja swietne pomysly. Uwielbiam gre slow we wszelakich nazwach.

Powiedział mój mąż

– Rozmawialam z M. On chce, zebym programowal w C. To nawet dobrze bo ja wole C od Java.
– Dlaczego sa rozne jezyki programowania? – zapytalam
– To dlatego, ze kiedys programisci sie spotkali i zaczeli budowac wieze*…
– :-)
– Wszystko dlatego, ze ludzie poszukuja jezyka idealnego.

*czytaj: wieze babel

Zbyt skomplikowane…

W komentarzu pod poprzednia notka przeczytalam szczegolowe wyjasnienia w sprawie zdjeciowych praw autorskich. Dziekuje!

Too complicated!
Jesli widze w necie fajna fote i chce ja umiescic na moim blogu to powinnam podac jej zrodlo. No ale jesli fota ta znaleziona chocby na innym blogu juz posiada jakies zrodlo, to co teraz? Ktore zrodlo podaje?
Przeciez tak sie mozna bardzo zaplatac, a i tak prawdziwego zrodla sie nie znajdzie.

Poza tym, jesli notke opatrzam jakas fota, ktora w zasadzie reklamuje produkt, np. jak ta pokazujaca zegarkowe karteczki Post-it, to czy wspomniana firma nie powinna sie z tego cieszyc – przeciez ja bezplatnie rekomenduje/reklamuje jej produkt!

Bede bardzo ostrozna w temacie zdjec jakimi opatrzam moje pisanie. Ale wpadlam dzisiaj na pomysl, ze jesli cos szczegolnie bedzie mi sie podobac, chocby jakies zdjecie, to coz zlego w tym bym temu zdjeciu zrobila zdjecie i jako zrodlo podala siebie:-)

O tak:
20120420-204138.jpg
Zrodlo: moj ajfon:-)

A na powaznie – zrodlem foty na tej focie jest Wikipedia, a autorem jest mbc* ©Maciej Goździelewski.
Najbardziej w tej fotografii podoba mi sie batutka.

Zastanawialam sie rowniez co ze zdjeciami, ktore zamieszczam na tym blogu od niespelna 10 lat a nie naleza do mnie?
Maz mi wyjasnil, ze nawet jesli publikujac zdjecie bez podania zrodla zlamalam prawo to do wiezienia mi jeszcze daleko. Nikt bowiem nie trafia na wokande tylko z powodu niepodania autora. Zaden sad by sie w takie sprawy nie bawil. Najpierw osoba poszkodowana, czyli autor lub wlasciciel zdjecia powinien sie zwrocilc do mnie z nakazem:
1. przyznania kredytu lub
2. usuniecia jego wlasnosci.
Gdy temu stawie opor wtedy dopiero sad i ewentualne wiezienie.
Uff cela mi zatem nie grozi.

Skoro wspiminam o wiezieniu tutaj kiepska fota wnetrz Alcatraz

20120420-210658.jpg
Zrodlo: moj ajfon:-)

Szanowni autorzy lub wlasciciele zdjec zamieszczonych na filipinkowym blozku prosze piszcie do mnie, obiecuje zajac sie kazdym Waszym zdjeciem, w ktorego sprawie otrzymam stosowne polecenie.

*mbc – moj byly chlopak:-)