P.S. do notki Fatykieta
Patrzę ja na fejsbukową ścianę znajomej, która ma dzisiaj urodziny, a której wysłałam z tej okazji kartkę tradycyjną pocztą, że ta moja znajoma, na każdy hepiberzdejowy wpis odpowiada podziękoawaniami! Jejuuu! Ale numer! Cały dzień przed kompem? Albo z fejsbukowym telefonem?
:-)))

8-10 lat temu komputer z internetem był dla mnie dosłownie wszystkim.

Już z tego absolutnego zafascynowania wyrosłam.
Już by mi się naprawdę nie chciało na każdy post odpisywać.
Już mam co innego do robienia w moje urodziny i nie tylko.

Tak się ostatnio zastanawiałam gdyby z jakiegoś powodu padł na świecie net, czy by mi tego brakowało. Czy brakowałoby mi tej wirtualnej przestrzeni, tej błyskawicznej komunikacji z rodziną i przyjaciółmi, tego ogromnego zasobu różnorakiej wiedzy?
Wciąż myślę, że tak.
Ale tęsknię za możnością szczerego odpowiedzenia: “nie, dałabym sobie radę, tak jak dawałam gdy internetu nie było w moim życiu.”

Internet stracił w moim odczuciu na swojej wartości. Tak jak napisałam powyżej, kiedyś szalałam, teraz jestem w stanie świadomie wypełnić sobie czas czymś innym niż serfowanie po wirtualnej przestrzeni. Nadal z ogromną częstotliwością sprawdzam elektroniczną pocztę (na moim ajfonie), nadal jeśli czegoś nie wiem to googlam, nadal robię elektroniczne przelewy, zapisuję się na szkolne kursy na itp, itd.
Ale cała reszta?
Cała reszta mogłaby dla mnie nie istnieć.

W komentarzach zaplątał się łańcuszek-konkurs na bloga, gdzie według regulaminu, należy na swoim blogu opublikować to i owo, a przede wszystkim 16 innych blogów, które się samemu nominuje. 16? Hehehehe, poza moim blogiem żadnego innego nie czytam regularnie. Czasem gdzieś z sentymentu kliknę, czasem coś interesującego google pokaże, więc się na chwilkę zaczytam, ale żeby z zainteresowaniem i wieronością coś śledzić. Niestety już nie.

Poruszyłam z mężem kwestię tej niepomiernej wiedzy, jaką ma internet. Przeanalizowaliśmy sobie jak było kiedyś, jak jest teraz. Zwłaszcza jeśli chodzi o moje blogowanie.
O wszystko, absolutnie wszystko czego nie wiem, mogę zapytać google z nadzieją, że odpowiedzi, które otrzymam będą prawdziwe. Google jest mi niezwykle potrzebne do pisania tego bloga, bardzo często pisząc notki wspieram się wynikami moich internetowych poszukiwań.
Choćby niedawno gdy wspominałam coś o Bloku Wschodnim, musiałam się upewnić jakie państwa do niego należały, czy aby dobrze to pamiętam, dobrze rozumiem. Nie chciałam źle napisać, wikipedia w ułamku sekundy dała mi odpowiedź, które państwa należały do tego sprzymierzenia.

Kiedyś można było sobie pozwolić na błąd. Na ten merytoryczny czy choćby ortograficzny. Ot napisać: ‘nie jestem pewna, czy Bułgaria wchodziła w skład państw Układu Warszawskiego’, teraz tak nie przystoi – teraz niejako obowiązkiem jest sobie to sprawdzić i ZAWSZE być pewnym. Ortografy też mają być ZAWSZE wygumowane spelczekerem, jedynie literówki puszcza się płazem.

Naiwnie myślałam, że fejsbuk jest już wszystkim. Że nic ponad to nie powstanie. Że ludzie nasycą się sieciowymi społecznościami i z braku ochoty nic innego nie będzie ich interesować. O jakże się mylę.
Już jakieś dwa zaproszenia do Google+ otrzymałam…
Już mąż pracuje nad czymś co ma być sto razy genialniejsze od fb…
Już nie ogarniam…
Już nie chcę…
Już nie potrzebuję…
Już mi wystarczy:-)

O zapomniałam, google images ówielbiam!!!


Comments

A jednak! — 1 Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *