Przerwa

Kilkudniowa przerwa w nadawaniu spowodowana sprawami ogolnozyciowymi.

Zajeta jestem okrutnie, szkola, praca, goscie…
Jak sie ogarne to nadrobie pisarskie zaleglosci.
Stay tuned!

Koniec błogich wakacji

Do pracy jutro wracam wypoczęta, natchniona, stęskniona.
Taką fajną mam tą robotę, że właśnie jutro gdy ją zaczynam po długim urlopie mamy End-of-Summer Pot-Luck czyli mnóstwo jedzenia i mało pracy:-) Na dodatek ta tradycyjna impreza rozpoczynająca jesienny semestr połączona jest z celebrowaniem urodzin pracowników szkoły, którzy obchodzą je w lipcu i sierpniu. Yey me!
To ja zmykam do kuchni coś na tą imprezę przygotować.

Pociąg

Za wszelką cenę (gryzienia się w język, lubi pisania długich notek, a potem ich usuwania przed publikacją) pragnę na moim blogu unikać tematów polityczno-tragicznych.
Nie chcę by mój blog stał się forum dla tych wszystkich tematów i przepychanek, które na co dzień wypełniają po brzegi wszelakie portale informacyjne. Chcę by mój blog był odskocznią od tego typu treści.

Ale czasami nie potrafię lub nie chcę się powstrzymać i dzisiaj jest to czasem.

Pociąg się wykoleił. Nie dowiedziałabym się o tym gdyby mi nie powiedział mój mąż, który uważnie śledzi wydarzenia na świecie. Ja nic nie wiem, on wie wszystko i on właśnie doniósł o tragedii.

Leżymy w łóżku, ja czytam książkę, Grzegorz komentarze pod onetowym reportażem z wypadku. Filtruje i streszcza mi te ciekawsze. W całym tym politycznym jazgocie komentujących zdarza się, że czasem ktoś napisze całkiem sensowną opinię lub fakt. Czasem napisze ktoś coś wielce humorystycznego. Wtedy wybuchamy śmiechem.

Jakaś przesądna komentująca napisała, że matka jej od dziecka powtarzała, że nie należy wsiadać do pierwszego za lokomotywą wagonu. I ta nie wsiada i żyje. Na to inni komentujący, że co gdy ostatni skład się niefortunnie odczepi, albo inny pociąg w niego przywali – nie ma reguły na to w którym wagonie jest najbezpieczniej podróżować.
I teraz uwaga, komentarz wszechczasów, taki luźny, bez tłumaczenia, przekonywania, wyjaśniania:

Najlepiej podróżować w wagonach środkowych.
Wagony środkowe jadą najszybciej, bo te z przodu je ciągną a te z tyłu pchają.

Popłakaliśmy się ze śmiechu:-)))))

Z innej (tej poważnej) beczki. Niezwykle smutne jest, że to już 20 lat po upadku okrutnego systemu, jaki zniewolił nasz kraj, a my nadal korzystamy z tych przestarzałych komunistycznych produktów. Stare tory, stare lokomotywy, stare wagony, wszystko z czasów PRLu, przez tyle lat nie byliśmy w stanie wyprodukować nowego. Ile jeszcze lat musi upłynąć byśmy się w końcu mogli pochwalić naszym bądź zakupionym od unijnych sąsiadów nowym produktem czy rozwiązaniem.

Ja osobiście czekam na dzień, kiedy na polskie tory wjadą wagoniki DB (Deutche Bahn) i będzie się podróżować tanio i luksusowo. Taką jestem Polką, że gdyby to tylko ode mnie zależało to Polską Pocztę, Polskie Koleje i budowę polskich dróg oddałabym pod zarządzanie choćby Niemcom! Żeby był ordnung!

Głód

Pytanie mam do mam:-)
Czy jak się jest w ciąży to jest się notorycznie głodnym?
Bo ja i bez ciąży jestem zawsze, ale to zawsze okrutnie złakniona wszelkiego rodzaju jedzenia, to co gdy przyjdzie mi być w ciąży? Czy wtedy naprawdę zjem konia z kopytami? Bo teraz ostatkiem woli się powstrzymuję…

Prenumerata

Różni się znacznie prenumerata czasopism w Stanach od tej naszej polskiej.

Dobrze pamiętam z dzieciństwa czas teczek w kioskach Ruchu. Jak się przyjaźniło z panią kioskarką to teczka co tydzień wypełniała się gazetami i czytelnik nie musiał się martwić, że coś mu umknie, że ktoś inny wykupi. Brak przyjaźni z wyżej wymienioną oznaczał walkę, bieganinę po kioskach, usilne starania, by tą czy ową popularną ale niskonakładową gazetę zdobyć. Zawsze pozostawała opcją prenumeraty pocztowej, ale wiadomo to kosztowało więcej, gdyż zamawiający pokrywał koszty przesyłki.
Babcia moja zawsze prenumerowała Przyjaciółkę. Bywały lata gdy zamawiała również inne magazyny poświęcone kobietom, życiu na wsi, czy kościołowi. Ja prenumerowałam między innymi Świat Młodych, Płomyk, Filipinkę.

W Stanach przeciętny kolorowy tygodnik lub miesięcznik dla pani domu kosztuje od 3 do 7 dolarów. Niedługo po mojej przeprowadzce do Kalifornii w ramach nauki języka kupiłam sobie dwa bardzo popularne miesięczniki: Martha Stewart Living Magazine i REAL SIMPLE. W każdym z nich znalazłam oferty na prenumeratę – kartki wielkości pocztówki, z opłaconymi kosztami przesyłki i zamówieniem danego czasopisma na najbliższe 12 miesięcy – wypełniasz, odsyłasz i czekasz aż listonosz przyniesie pierwszy z nich. Zapłacić można od razu, przesyłając czek lub poczekać gdy wraz z pierwszym zaprenumerowanym czasopismem przysłana zostanie ichniejsza faktura i opłacić ją wtedy.

Zapragnęłam zaprenumerować te dwa miesięczniki. Okazało się, że cena gazety, która kupiona w kiosku kosztuje 6 dolarów, w prenumeracie wynosi zaledwie 1 dolara. I nie ma żadnych kosztów przesyłki, żadnych podatków. Roczna prenumerata większości amerykańskich miesięczników to zaledwie 12 dolarów.
Jak to działa? Jak te wydawnictwa zarabiają?
Jak wychodzą na swoje?
Otóż czytelnik nie jest głównym źródłem dochodu takiego czy innego magazynu. Czytelnik jest niezwykle ważny ale nie jego rolą jest utrzymanie gazety. Ta bowiem utrzymuje się z wpływów reklamodawców. Ci natomiast inwestują w dany magazyn (wykupują powierzchnie reklamowe) tylko gdy wydawca potrafi wykazać się odpowiednim nakładem i co ważniejsze liczbą sprzedanych sztuk. I w tym wypadku rzesza prenumeratorów stanowi zawsze najpotężniejszy argument w walce o reklamodawce.

Zatem jeśli mam zapłacić 5 dolarów za jeden interesujący mnie miesięcznik zdecydowanie wolę go zaprenumerować. Wygodniej i taniej!

W ubiegłym roku zaprenumerowałam kilka innych magazynów i siłą marketingu najprawdopodobniej zostałam upragnionym celem tych wszystkich gazet, których jeszcze dotąd nie kupowałam. Po tych kilku kolorowych miesięcznikach jakie przynosi mi listonosz najprawdopodobniej określono mój profil (młoda gospodyni, zainteresowania: gotowanie, moda, wnętrza, ogrody) i teraz w skrzynce znajduję całą górę gazet, których absolutnie nie prenumeruję, za które nie zapłaciłam ani centa!
To nieistotne. Istotne jest, że jestem ich odbiorcą i można się mną (kolejną czytelniczą sztuką) pochwalić przed reklamodawcą. To on bowiem zapłaci za to, że ja otrzymam gazetę, z reklamą jego produktu na okładce.
Tak to tutaj działa.

Amerykańskie wydanie miesięcznika Vogue w Empiku można kupić za jeśli się nie mylę około 70-100zł, tutaj kupując w kiosku zapłacę 6 dolarów, w rocznej prenumeracie będzie kosztować dolara. Mimo świetnej ceny nie prenumeruję z osobistych przekonań.

Półroczne sprawozdanie z noworocznych postanowień

Jenda wielka skucha z tymi postanowieniami u mnie, bo tak:
– krem pod oczy stosowałam do czasu kiedy zaczęło mi się wydawać, że bardziej mi szkodzi niż pomaga – o tym w odzielnej notce
– auta oczywiście nie prowadzę, a wręcz przeciwnie z dnia na dzień powiększa mi się moja samochodofobia, podróż na południe Kalifornii, na bezpiecznych autostradach, z dobrym kierowcą u boku, była i tak wielce mnie stresująca
– w temacie poczęcia dziecięcia to mogę podać do publicznej wiadomości tylko tyle, że zabraliśmy się do tak zwanej roboty.

Jakby ktoś nie halo to tutaj jest notka, do której powyższy tekst nawiązuje:

http://blogfilipinki.com/2011/01/19/noworoczne-obiecanki-cacanki/

Nadejszla wiekopomna chwila

Bardzo ważna przesyłka z Mediolanu dotarła dzisiaj.
Jakieś lekkie perturbacje spotkały ją na cle w Filadelfii. Już myślałam, że rząd amerykański pobierze odpowiednie tantiemy za możliwość posiadania tej wspaniałości, ale obyło się bez dodatkowych opłat, ufff.

Ilekroć znajdę się w posiadaniu numeru nadania przesyłki, którą można śledzić, istotnie ją śledzę. Już kiedyś wspominałam, że logistyka działania poczty, FEDEXu czy UPSu niezwykle mnie fascynuje. Najchętniej sama bym sie nadała w jakimś większym pudle, żeby osobiście tego doświadczyć. Te wszystkie przystanki, skanowania listu przewozowego, ilość ludzi zaangażowana by przesyłka z punktu A dotarła do punktu B – to wszystko bardzo mnie ekscytuje.
W ostatnim tygodniu strona UPSu dzięki mnie była chyba najczęściej odwiedzaną stroną, gdy tylko zasiadałam przez kompem, sprawdzalam czy paczucha jest już bliżej mnie, a że na ajfoniku mogę robić dokładnie to samo, to i robiłam:-)

Oto trasa bardzo ważnej przesyłki

Cel

Mówi się, że w życiu trzeba mieć cel, nawet nie jeden.
Że jeśli się nie ma czegoś co chce się osiągnąć, do czego chce się dążyć, to życie przelatuje bez większego sensu, a potem kończy bez dokonań, bez sukcesów.

Zadałam sobie pytanie o mój cel i pierwsza odpowiedź jaka pojawiła się w mych myślach, to kompletny jego brak. Nie walczę, nie dążę, nie osiągam.
Życiowa bezcelowość?
Życiowym celem jest nieposiadanie życiowego celu?

Żyję jak żyję.
Chodzę do szkoły bo lubię, nie dlatego, że mam ściśle wyznaczony cel zdobycia dyplomu.
Chodzę do pracy bo lubię, nie dlatego, że wyznaczyłam sobie jakąś ścieżkę kariery, po której muszę kroczyć.
Chcę mieć dziecko, ale nie jest ono dla mnie celem do osiągnięcia.

Wyzwania, poprzeczki i cele są w życiu wielu ludzi niezwykle ważne. Nie potrafią żyć bez listy zadań na dzisiaj, jutro i całą swoją przyszłość. Ja to rozumiem, ja to szanuję, ale ja tak nie mam.

Dawno temu na lekcji religii usłyszałam od księdza, że głównym życiowym celem każdego chrześcijanina powinno być dążenie do świętości. Trudne to zadanie, żyć tu na Ziemi tak by po śmierci rozpocząć piękne życie wieczne w domu Boga. Trudne to zadanie, ale nie niewykonalne. Nie mając innych rozpraszających mnie celów kiedyś postanowiłam, że spróbuję. Próbuję każdego dnia i tylko Ten na górze wie czy do wyznaczonego celu się zbliżam, czy oddalam. Mam na jego osiągnięcie całe moje życie.

W liście od nowego biskupa naszej diecezji, przeczytałam wspaniały fragment nauki świętego Roberta Bellarmine, który głęboko wzięłam sobie do serca:

“If you are wise, then, know that you have been created for the glory of God and your own eternal salvation. This is your goal; this is the center of your life; this is the treasure of your heart. If you reach this goal, you will find happiness. If you fail to reach it, you will find misery.

May you consider truly good whatever leads to your goal and truly evil whatever makes you fall away from it. Prosperity and adversity, wealth and poverty, health and sickness, honors and humiliations, life and death, in the mind of the wise man, are not to be sought for their own sake, nor avoided for their own sake. But if they contribute to the glory of God and your eternal happiness, then they are good and should be sought. If they detract from this, they are evil and must be avoided.”

Może kiedyś na łożu śmierci przyjdzie mi przyznać, że przeleciało to życie przez palce i nie mogę się pochwalić moimi osiągnięciami, ale może nie… może właśnie te niepopularne cele jak szczęśliwe życie i dążenie do świętości okażą się więcej warte niż dyplomy, sukcesy, kariery… who knows?…

Z Serii: Wynalazki – miarki

Gotuję i piekę a w tym towarzyszą mi miarki.
Szklany lub plastikowy pojemnik z zaznaczonymi przedziałami mililitrów zawsze stanowił wyposażenie mojej kuchni, ale odkąd mieszkam w Stanach, oprócz takiego kubka, mam również miarki-łyżki.

Proponuję siostrze do jej nowej kuchni, ale ona uważa, że to za dużo miejsca zajmuje.
Racja, to kolejny wcale nie niezbędny gadżet, ale proszę jak one się ładnie jedna w drugą wkładają i nie zajmują wcale tak wiele miejsca w szufladzie.

Rewelacyjny wynalazek dla gotujących i piekących, gdy ci w przepisach nie mają podanej wagi składników lecz ilość w łyżeczkach, łyżkach i szklankach.