Trudni się mój mąż sporządzaniem nalewek.
To już będzie trzeci rok jak wybiera owoce, zasypuje cukrem, zalewa wódką lub spirytusem, odcedza, butelkuje, chowa na kilka miesięcy w dziurę w podłodze (w Kalifornii domy nie mają piwnic, jedynie zejście przez niewielki otwór w parszywe otchłanie fundamentów).

Dotychczasowe nalewki na cytrusach i truskawkach były pyszne, ale marzeniem męża była pigwówka i wiśniówka. O pigwie będzie innym razem, dzisiaj będzie o wiśniach.

W ogrodzie naszym małym mamy dwa drzewa owocowe. Jabłonkę owocującą niezwykle smakowicie oraz wiśnię, której smaku owoców dotychczas nie znaliśmy. Z tą wiśnią zakupioną przez Grzesia dawno temu to było tak: drzewko kupione i wsadzone pod ryzykiem chronicznego nieurodzaju z racji złego klimatu (dla drzewa nie dla ogrodnika). Wiśnia drodzy państwo potrzebuje podobno mroźnej zimy by latem zaczerwienić się swym produktem. Zim mroźnych tutaj nie ma. Czasem jakiś niewielki przymrozek, dwie, trzy noce w styczniu lub lutym, za mało dla zaspokojenia potrzeb owej rośliny. Drzewko jednak w ostatnich latach obrodziło niewielką ilością owoców, jednak te zostały momentalnie odkryte i zjedzone przez ptaki, które karmimy kilogramami ziaren i błagamy by wiśni nam nie jadły. Ptaki absolutnie nieposłuszne dziobią i ziarna i ledwo czerwone wisienki. W ubiegłe lato, drzewo zabezpieczyliśmy przed skrzydlakami odpowiednią siatką, ale na nic się to zdało, gdyż ptaki nie takie głupie jakby się wydawało, znalazły sobie jakoś wejście i dalej jadły nasze wiśnie. Mało tego strachu nam narobiły, bo kilkakrotnie wplątały się w siatkę a my dalecy jesteśmy od ich uśmiercania. Wygrały. Siatkę dla ich bezpieczeństwa zdjęliśmy.
W roku bieżącym, cud jakiś wielki, wiśnia obrodziła jak nigdy. Gałęzie uginały się pod ilością owoców. Grzesiu cieszył się na myśl o produkcji domowej nalewki z owoców przez siebie zerwanych. Ustawiliśmy się na warcie, ale ptaki niejako z nami zaprzyjaźnione nic sobie z naszej obecności nie robiły. Każda wiśnia, której dane było się lekko zaczerwienić od razu wystawiona była na widmo pożarcia przez ptaszynę.
Pojechaliśmy do sklepu nabyć antyptasie zabezpieczenia. Czerwone jaskrawe paski folii miały zabezpieczyć drzewo przed nalotem, bo nalot ten miał się tych odblasków bać.
Okazało się jednak, że ptaki potraktowały te straszaki jako szczególny symbol fantastycznego pokarmu, jako wskazówkę dla ptactwa z całej okolicy, świergotały do siebie: ‘ej jak zobaczysz to drzewo z czerwonymi odblaskami to właśnie tam są najpyszniejsze i jedyne w okolicy (przypominam – owoce te nie są tutaj popularne) wiśnie, dziobaj ile wlezie!’
Mąż mój na serio biorący moje fantazje, postanowił przyspieszyć zbiory. Stwierdził mądrze, że albo teraz zerwie nawet jeśli nie są całkiem dojrzałe, albo nie będzie miał ani jednej sztuki tak potrzebnej mu do produkcji nalewki. Zostanie jedynie trochę pestek, z których też podobno całkiem niezła nalewka wychodzi (pestkówka), ale kto by chciał takie pestki obdziobane przez ptaki zbierać?
Odpowiednią ilość uratowanych wiśni zasypano cukrem, nakryto ściereczką, postawiono na słonecznym parapecie. Po odpowiednim czasie, wiśnie w syropie zalano dobrą czystą wódką.
Mąż zapytał żonę czy teraz powinien zakręcić słój, na co ta jęknęła, że nie wie, że może zapytać specjalistów od robienia nalewki, ale mąż sam sobie odpowiedział, że nie chce by dobry alkohol mu wyparował.
W sobotę 16 lipca, przed siódmą rano, Grzegorz wszedł do kuchni i oczom swym nie mógł uwierzyć.
Słój pęknięty (rozsadzony!), a jego słodka zawartość rozlana na blacie, kapała na podłogę.
Katastrofa!
A miało być tak pięknie…
Na drzewie oczywiście już same pestki.

Będąc w San Francisco zatrzymaliśmy się przy rosyjskich delikatesach, w których zaopatrujemy się głównie w polskie słodycze oraz polski spirytus (na pigwówkę), natknęliśmy się na wiśnie. Mąż błyskawicznie kupił by ponowić próbę z nalewką. Wiśnie ze stanu Waszyngton (tam mają prawdziwe zimy) trafiają do niektórych sklepów w Kalifornii zaledwie na kilka dni w lipcu. I tak się akurat złożyło, że my natrafiliśmy na taki sklep w odpowiednim czasie.

Odpowiednią ilość nabytych wiśni zasypano cukrem, nakryto ściereczką, postawiono na słonecznym parapecie.

Ciąg dalszy nastąpi…


Comments

Wiśniowa katastrofa — 3 Comments

  1. Marysiu nie leń się tylko pisz, bo ja uwielbiam czytać Wasze przygody domowe i te niedomowe. Zatem proszę nie trać natchnienia tylko pisz. Agnieszka

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *