Mody.
Nie napiszę, że się nie znam na modzie, że nie potrafię się ubrać, bo to nie prawda. Potrafię.
Ale nie wszystko rozumiem.
Tych kilka ostatnich lat (a może zawsze tak było?) kiedy świat ciuchów według mojej opinii zatracił wszelkie limity dobrego smaku, sprawiło, że nie lubię kupować ubrań (nie sprawia mi to jakieś specjalnej frajdy). Wchodzę do H&M lub ZARY, przesuwam kolejne wieszaki z ubraniami i za głowę się łapię – jak takie rzeczy można nosić? i jeśli można, to czemu niby? i kto by chciał takie dziwactwa na siebie wkładać?

Tłumy.
Skoro coś jest w sklepie to z pewnością znajdą się tacy co to kupią i będą nosić i będzie ta rzecz pewnie ostatnim krzykiem mody.
Moim ostatnim krzykiem (rozpaczy) jest pytanie jak to wszystko ogarnąć? Jak się na tym wszystkim (po) znać?

Ważne jest dla mnie by wyglądać schludnie i by poszczególne części ubrania tworzyły wraz ze mną jakąś porządną całość. Lubię stroje klasyczne, proste, najlepiej w jednym kolorze. Nie lubię ubrań z dziurami, nawet jeśli się za te dziury zapłaciło (patrz niektóre dżinsy). Nie lubię sfilcowanych swetrów lub takich zmechaconych (zmechacenia łatwo się pozbyć stosowną do tego golarką). Nie lubię przydeptanych spodni i butów.
Nie zakładam rajstop, pończoch czy skarpet do sandałków. Nie ubieram butów sportowych do spódnic i sukienek (za wyjątkiem trampek do spódnicy dżinsowej).

Można mi zarzucić monotonność (nudę) w ubraniach, które noszę. Monotonność kolorystyczną, stylową, a także… nawet nie wiem jak to nazwać – niektóre ubrania nabyte były przed wieloma laty, wciąż w mojej szafie są ciuchy, które kupiłam w Salzburgu (7-9 lat temu!).
A już największą monotonność spotkać można w moich akcesoriach.
Tak! Akcesoria jako takie mogłyby dla mnie wcale nie istnieć:-)
Mam jakieś tam korale i pseudo-naszyjniki, bransoletki (to taki niewygodny wynalazek, często zbyt hałaśliwy), mam kolczyki i pierścionki i nawet broszki mam od niedawna (o nich będzie w oddzielnej notce). Wszystko to w niewielkiej ilości.

Rozpisałam się, a miało być w sumie tylko o paskach.
Nie rozumiem takiego oto stylu:


Dla mnie pasek zawsze był tylko i wyłącznie czymś co miało zapobiec spadaniu spodni. Albo paseczek od skuienki, który stanowił z nią całość. Ale pasek jako ozdoba mojego stroju? Nieeeee.
Popatrzmy na tą marynarkę do Zary, czego niby jej brakuje? Dlaczego modelka musiała się obwinąć jeszcze tym paskiem? I podobnie z poprzednim zdjęciem, na sukience sweterek i dopiero na to pasek? Nieeeee.

Dzisiaj poraz pierwszy odważyłam się założyć na czarny golf pasek zapinany z tyłu, na przodzie mający wzorek ze srebrno złotych koralików. Przemogłam się. Poddałam modzie. Ale czy dobrze się czułam? Czy takie ozdobne zastosowanie pasków stanie się moim zwyczajem? Nieeee.

P.S. Z moich polsko – amerykańskich obserwacji wynika, że Polki ubierają się milion razy ładniej (elegancko, stylowo, ze smakiem) niż Amerykanki. Jak przyjeżdżam do Warszawy i spaceruję po mieście to nadziwić się nie mogę jak ładnie ubrane są kobiety, które mijam.


Comments

Nie rozumiem — 2 Comments

  1. ufff, a już myślalam, że tylko ja mam takie oderwane od rzeczywistosci odczucia, ze aktualne trendy nie nadają się do codziennego użytkowania ;)

  2. Ajajaj ja tez nie rozumiem duzo rzeczy w modzie, Sukienka i tramki ble….ale pasek na ubraniu mi nie przeszkadza.
    Co do Amerykanek i Europejek to Europejki goruja w elegancji !

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *