…i nie dzwoniący bez przerwy telefon świadczy o jego sukcesie.

Pomyślałam sobie ostatnio, że ilość odbieranych telefonów wcale nie świadczy o ważności, wielkości, popularności czy bogactwie człowieka…

Wydawać by się mogło, że wszyscy ci ciężko zapracowani biznesmeni wiszą od rana do wieczora na swoich komórkach, a i w nocy zapewne takowe im wibrują lub dzwonią, bo świat przecież podzielony jest na strefy czasowe. To, że nasza giełda zamknięta, nie znaczy, że ta nowojorska czy tokijska też śpi. O nie, trzeba mieć się na baczności. Telefon niczym karabin prostujący na defiladzie żołnierza, prostuje mniejszego lub większego biznesmena. Być w gotowości na klientów, na podjęcie decyzji, na spotkania z ludźmi, którzy mogą okazać się bardzo potrzebni w odniesieniu zawodowego sukcesu. Obowiązkowo być z zasięgu operatora sieci komórkowej i internetu.

I czemu niby piszę o tych oczywistościach?
Bo jak się okazuje może być inaczej.
Można żyć bez telefonu dzwoniącego co chwila.
Można żyć bez internetu.
Można odpoczywać w spokoju, poznawać ludzi nie pod kątem ewentualnych biznesowych kontaktów.
Można zjeść kolację w restauracji bez telefonu leżącego koło widelca.

Otóż przed czterema laty, we wrześniu, spotkałam się po raz pierwszy z Grzegorzem.
Spędziliśmy razem dwa dni w jesiennym Paryżu.
Wiedziałam już wtedy o nim, że odniósł ogromny zawodowy sukces, że ciężką pracą zarobił niemało dolarów, że w swojej branży uchodzi za guru.
Niejako za sprawą stereotypu, który opisałam na wstępie, gotowam była na te wszystkie niecierpiące zwłoki rozmowy telefoniczne lub/i na włączonego laptopa przy eleganckiej kolacji.
Otóż moi drodzy nic takiego nie miało miejsca.
Mój towarzysz ani razu nie odebrał telefonu komórkowego, ani razu z niego nie skorzystał, choćby by zamówić taksówkę – w ekskluzywnych restauracjach taksówkę zamawia przecież maître d’hôtel.
Nie było potrzeby sprawdzania poczty elektronicznej, logowania się na portale giełdowe (a przecież akcje na giełdzie posiadał), czytania najnowszych wiadomości z branży.

Nie jest tajemnicą, że taką postawą w tym zwariowanym świecie rewolucji technologicznych i natłoku komunikacji, bardzo mi zaimponował. Byłam tylko ja. I on. Nie ważne co w tamtych chwilach działo się na jego bankowym koncie, co na światowych giełdach, co w elektronicznych poczcie.
Ważni byliśmy tylko my i otaczający nas, jakże piękny wtedy, Paryż.


Comments

Nie szata zdobi człowieka… — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *