Jest w Polsce (pewnie nie tylko) taki bardzo miły zwyczaj dawania kwiatów. Ale nie mam na myśli tutaj pięknych, ogromnych wiązanek z okazji typu urodziny, imieniny, ślub, czy pogrzeb. Te specjalne wydarzenia chyba na całym świecie łączą się w jakiś sposób z przekazywaniem kwiatów. Mi chodzi w szczególności o te wszystkie chwile bez większej, zaszczytnej okoliczności.

Oto witają nas na lotnisku/dworcu kuzynki z bukiecikiem stokrotek.
Oto spaceruję z mężem po warszawskiej starówce, oddalam się na chwilę zapatrzona w wystawy, a Grzegorz kupuje u starszej pani bukiecik nasturcji.
Oto spotykam się ze znajomymi i otrzymuję bukiecik białych chabrów.


To jest taki słodki symbol, który uwielbiam.
Malutki pęk kwiatków może być o wiele bardziej uroczy niż największe aranżacje z najbardziej egzotycznych gatunków roślin.

Brakuje mi tego zwyczaju w Stanach. W Ameryce wszystko musi być duże. Jechaliśmy na lotnisko po księży, którym po trzech latach pracy w Kalifornii przyszło w końcu wrócić do Kenii na zasłużony miesiąc wakacji. Ogromnie chciałam powitać ich właśnie takimi malutkimi symbolicznymi bukiecikami. Nie ma. Nie ma gdzie kupić i nie mam odpowiednich kwiatków w moim ogrodzie, by samemu takie przygotować.
Jedziemy do pobliskiego sklepu kupić bukiet róż, które mam zamiar podzielić na dwie części i odpowiednio przyciąć, by stanowiły coś na podobieństwo tego co widzicie na powyższych zdjęciach.
Róże są, ale nie te miniaturowe jakie bym sobie życzyła. Pani florystka postanawia mi pomóc. Owszem, pomaga, ale na amerykańską modłę.
Róże przycina, dodaje jakiś innych kwiatków, pakuje wszystko w celofan, obwiązuje wstążką i już.


Ech…
Niech będzie…
W końcu to tylko kwiatki na powitanie, które potem i tak zwiędną.

Zawsze będę pamiętać ten bukiecik stokrotek, który dostaliśmy w dniu ślubu. A w Stanach okazałyby się pewnie skandalem:-)


Comments

Bukieciki — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *