Nie jest żadnym wielkim odkryciem fakt, że owocna nauka języka obcego polega na absolutnym wsiąknięciu w ten język. Należy czytać, słuchać, rozmawiać, przebywać, myśleć, liczyć, modlić się, robić dosłownie wszystko tej w nowej mowie. A przynajmniej próbować.

Trzy tygodnie nowego semestru za mną.
W tym semestrze uczę się angielskiego poprzez kreatywne pisanie. Spotkania dwa razy w tygodniu w formacie warsztatowym mają na celu zdobycie wiedzy i prezentowanie jej w zakresie pisarstwa. Wszelakiego. Piszemy i czytamy swoje wiersze, krótkie opowiadania, długie powieści, sztuki, reportaże, pamiętniki.

Oprócz zadań domowych z lekcji na lekcję, jest takie jedno ogólne, które należny wykonywać zawsze i z którym większość studentów naszej klasy nie ma najmniejszego problemu, a ja natomiast mam ogromny.

Każdego dnia należy pisać minimum 10 minut co tylko się chce i gdzie tylko się chce, najlepiej w przeznaczonym do tego jurnalu. Odpowiedni zeszyt do moich pisarskich wprawek leży obok mnie i nie ma w nim jeszcze ani jednego słowa. A przecież powinno być już w nim przynajmniej 21 wpisów (3 tygodnie x 7 dni).

W ubiegłym semestrze musiałam na każdy angielski przeczytać sporej długości esej. Czy lubiłam to zadanie? Oczywiście, że nie! Może jeszcze gdyby te eseje były napisane po polsku, to tak.
Zatem miałam czytać po angielsku, ale mi się nie chciało, więc nie czytałam (czytałam na ostatnią chwilę i z niewielkim zainteresowaniem), ale z powodu ogromnych wyrzutów sumienia, że muszę czytać po angielsku a tego nie robię, nie czytałam również po polsku. Tak oto podobny schemat przeniósł się na obecny semestr.
Powinnam każdego dnia klecić angielskie zdania i smarować je w zeszycie (nikt tego nie będzie nawet czytał/sprawdzał, chodzi o warsztat, o wprawki), ale z takiego samego powodu co powyżej nie piszę i z tego samego powodu w następstwie poczucia winy, nie piszę również po polsku.

Ot niedobra ja!
:-)


Comments

Trudne zadanie — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *