Bardzo poważnie brzmi temat tej notki, ale mój zabieg do poważnych nie należał.
Internistka jakiś czas temu obejrzała dokładnie moją dolegliwość i zaproponowała zabieg.
Ale moje ubezpieczenie nie pokrywa kosmetyczno-widzimisiowych operacji, zatem doktor nalegała bym podkreśliła, że ten mały guzek na przedramieniu mnie boli i bardzo mi przeszkadza.
Kilka razy zapytała:
– Boli?
– Tak, boli i przeszkadza.

Otrzymałam skierowanie do szpitala w San Rafael.
Tam spotkałam się z pielęgniarką, którą mogłabym przyrównać do przesłodkiego deseru co sam wchodzi do buzi.
Była prze-sympatyczna, extra-profesjonalna, i w ogóle brak mi słów.
Opowiedziała mi wszystko o mojej dolegliwości, co zdanie podkreślając, że niczego nie muszę się bać, że to nie rak, że zabieg jest bardzo prosty.
Sama już nie wiem czy była taka ultra dokładna w wyjaśnieniach bo nie wiedziała czy ja łapię jej angielski, czy to po prostu tutejszy standard w podejściu do pacjenta.
Otrzymałam wizytówkę jej i doktora, który przeprowadzi zabieg i oczywiście kilka razy podkreślone zostało, że gdybym tylko miała jakieś pytania to oni są tutaj by mi na nie zawsze odpowiedzieć.

Termin zabiegu ustaliliśmy na po-wakacjach.
Będąc w Polsce odebrałam maila z wyznaczoną datą zabiegu, ale gdyby mi nie pasowało to tutaj jest telefon, żeby przełożyć.
Po powrocie w stercie tradycyjnej poczty znalazłam kopertę ze szpitala z tą samą info.
Na dwa dni przed zabiegiem zadzwonił automat z potwierdzeniem daty i godziny zabiegu i nazwiskiem doktora.

Wczoraj o 9:30 stawiamy się w recepcji oddziału chirurgicznego.
Po kilku minutach wychodzi pielęgniarka i zaprasza mnie do pokoiku, w którym ma nastąpić usunięcie tego czegoś (lipoma) z mojej lewej ręki.
Przedstawia się, zadaje kilka rutynowych pytań, podaje mi jednorazową koszulę.
Po chwili wchodzi doktor, przedstawia się, pyta jak się mam i takie tam, zadaje kilka rutynowych pytań, omawia zalety, wymienia ewentualne ryzyko krwawienia czy infekcji i jeszcze raz pyta się czy wyrażam zgodę na wykonanie zabiegu.
Wyrażam.
Kładę się na wznak, z lewą ręką pod głową, bo tak będzie wygodniej utrzymać dłoń w bezruchu.
Każdy ruch doktora jest poprzedzony jego wyjaśnieniem co i po co robi.
Najpierw zastrzyk ze znieczuleniem.
Potem dokładna sterylizacja miejsca nacięcia skóry.
A potem to już opowieści różnej treści, typu skąd jestem, gdzie pracuję, żebym sobie oddychała i najlepiej myślała o czymś przyjemnym.
Mija zaledwie kilka minut i doktor pyta czy chciałabym zobaczyć moją lipomkę, ja oczywiście, że tak.
Taki tam glut, nic ładnego:-)
Lipoma idzie do biopsji, jak nie zadzwonią ze szpitala za jakiś czas, to znaczy, że nie ma znamion komórek nowotworowych. Nigdy nie ma, ale sprawdzają zawsze:-)
Pan doktor pyta czy coś jeszcze chciałabym wiedzieć, żegna się uprzejmie i odchodzi.
Pielęgniarka wręcza mi kilka stron z instrukcjami, informacjami, numerem telefonu w razie gdyby coś.
Wychodzę z pokoiku do poczekalni w której czeka mój mąż.

Miło, szybko, profesjonalnie.


Comments

Byłam pacjentką oddziału chirurgicznego amerykańskiego szpitala — 2 Comments

  1. To tak jak w Polsce. Tylko nie dają tej koszuli jednorazowej. Za to zamiast poczty tradycyjnej przyjeżdża kurier Jaguarem.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *