Krytycznie o moim pisaniu

Gdańska sis mi pisze: “podobały mi się twoje ostatnie notki na blogu. lubię twój styl pisania, chociaż teraz chyba jest taki bardziej krytyczny i reporterski. kiedyś to były bardziej takie felietoniki mi się wydaje..”

Tak, krytykuję nie tylko na blogu, w myślach i w wypowiedziach też.
W moim ciekawym i jakże dobrym teraz życiu nastał czas ostrej krytyki i sama zastanawiam się czemu tak jest.

Nie lubię, nie zgadzam się, nie podoba mi się, nie mogę, nie chcę, czemu tak a nie siak, czemu siak a nie tak…
– tak oto zaczynają się moje myśli, moje wypowiedzi, moje zapiski nawet tutaj.

Taki problem przerabiam ostatnio: chciałoby mi się wszystkich ujednolicić. Niechaj wszyscy będą tacy sami, najlepiej niech będą tacy jak ja. Niech tak samo myślą, niech tak samo robią, niech tak samo i w to samo wierzą, i takie same mają opinie. Nie, żebym to ja się uważała za alfę i omegę, nieomylnego geniusza, nie, nie, chodzi mi tylko o to, żeby było jednakowo, bo jakoś mi się wciąż wydaje, że jakby wszyscy byli tacy sami, to byłoby nam łatwiej na tym świecie.
O jakaż to jedna wielka utopia! – wciąż przypomina mi o tym mój dobry mąż.
Oczywiście, że to wiem, oczywiście, że takie samo myślenie wszystkich bez wyjątku niekoniecznie doprowadziłoby do polepszenia ogólnej sytuacji, co więcej, być może ludzkość nigdzie by nie doszła gdyby nie rewolucjoniści, innowatorzy, wielcy myśliciele, czarownice, bohaterowie, liderzy.
Ale mi chciałoby się tak zaczarować świat choć na chwilę by zobaczyć jak to jest gdy wszyscy się rozumieją, gdy wszyscy wiedzą o co chodzi, gdy wszyscy jednomyślnie podejmują decyzje, gdy wszyscy to samo lubią, gdy nie ma żadnych nieporozumień, różnic zdań, podziałów. Wielki świat bez rozbieżności, odrębności, odmienności, niezgodności, czy kontrastów.

Nie chcę być krytykiem, nie chcę krytykować ludzkich opinii, zachowań, wyborów.
Żyj i pozwól żyć innym, to jedna z najważniejszych zasad tutejszego społeczeństwa.
Ale ja nie wyssałam tego z mlekiem matki i dlatego wszystko muszę opatrzyć swoją opinią, szkoda, że tak często krytyczną.
Może mi się to kiedyś odmieni…

A może po prostu wynika to z mojej złości na coś/na kogoś – w znakomitej większości przypadków nie jest to obiekt krytyki.

Zapiski o szczęściu i radości

Siedzę w pracy, w której jestem szczęśliwa.
Czemu?
Dlatego, że możne nie mam za dużo obowiązków/projektów dzisiaj.
Dlatego, że atmosfera panuje tutaj wspaniała.
Dlatego, że ludzie są sobie nawzajem mili, nie krzyczą, uśmiechają się, proszą i dziękują.

Jestem szczęśliwa w moim małżeństwie.
Każdy dzień to piękne godziny spędzone u boku Grzegorza, mężczyzny o niezwykłym spokoju ducha, cierpliwości, mądrości i głębokiej wierze.

Jestem szczęśliwa w każdym moim kolejnym dniu życia i tak właśnie chciałabym by było już zawsze. I wiem, że wiele zależny ode mnie, od tego czy pozwolę temu szczęściu trwać, kwitnąć, rozwijać się, czy je wygonię, zduszę, wyrwę ze swego życia, w jakimś poczuciu winy (bo nie powinnam być szczęśliwa, bo inni tak cierpią, bo wokoło choroby i śmierć, bo szczęście nie trwa wiecznie…)

Szczęściem dla mnie jest bezpieczeństwo.
Szczęściem jest dla mnie dom, w którym możemy spokojnie żyć.
Pieniądze na koncie, które gwarantują nam choćby jedzenie. Praca, która pozwala zarabiać te pieniądze.
Dobry mąż u boku, o którym już pisałam.
Dwa śmieszne koty, które kocham bez granic.
Ogródek z kwiatkami.
Doniczki na oknie, w których kiełkuje szczypior.
Skrzynka pocztowa, do której biegam by sprawdzić czy jest dla nas jakaś korespondencja.
Mój fotel uszaty, w którym każdego dnia mogę godzinami przesiadywać.

Szczęściem i radością jest dla mnie wypisywanie i wysyłanie kartek. To, że mnie na nie stać, że stać mnie na znaczki i że mam czas na to by je w odpowiednim momencie wypisywać i sprawiać tymi kartkami przyjemność innym (a nie wzbudzać ich poczucie winy, że oni do mnie nie odpisują).

Szczęściem i frajdą jest dla mnie pieczenie i gotowanie. To nie obowiązek! To radość z możliwości połączenia składników, rozwałkowania ciasta, wycięcia foremkami ciastek, pieczenia i częstowania innych.

Szczęściem jest dla mnie zdrowie, które mam, no może oprócz słabego wzroku i chorego lęku przed wieloma rzeczami.

Szczęściem jest dla mnie chodzenie do kościoła. To nie obowiązek! To radość z tej jednej niedzielnej godziny spędzonej w kościelnej ławce, pośród innych, którzy przychodzą bo wierzą, przychodzą dziękować i prosić w swoich modlitwach.

Szczęśliwa jestem, że mogę pracować i mogę leniuchować.

Pisanie i czytanie czyni mnie bardzo szczęśliwą, jeśli tylko nie muszę pisać i czytać czegoś do szkoły – to wzbudza we mnie często smutek i złość:-)

Oczywiście pośród moich powodów do szczęścia i radości wymieniam rzeczy, które po prostu sprawiają mi przyjemność. Bo szczęście to chyba coś przyjemnego prawda?

Co dla Ciebie znaczy szczęście?
Gdzie czujesz się szczęśliwa/szczęśliwy?
O czym marzysz jeśli marzysz o szczęściu?
Co to jest?
Gdzie to jest?

O czym by tutaj…

… napisać?

Dzisiaj poniedziałek, dochodzi 11sta, wolny dzień od pracy, ale do szkoły i tak muszę jechać na angielski.
Jadę różowym rowerem, bo mąż mój na konferencji w San Francisco a ja bez umiejętności prowadzenia auta, mogę sobie tylko popatrzeć na samochód zaparkowany w garażu. Takie życie w Ameryce – nie masz prawa jazdy to tak jakbyś był fizycznie upośledzony.

Niedzielne przed i po południe spędziliśmy w ogrodzie, ja grzebiąc wiosennie w ziemi, Grzegorz podcinając drzewa i krzaczory. Cebulaste ustąpiły miejsca innym ładnym kwiatkom. Ślimaki zjadły pół moich prymulek – niedobre stworzenia, musiałam rozsypać jakieś granulki, które podobno mają je odstraszyć. Teraz trzeba będzie dbać tylko o podlewanie. Jeszcze na jutro meteorolodzy zapowiadają deszcze, ale po nich ani kropla już nie spadnie tutaj aż do późnej jesieni.

Tyle na dzisiaj
Dobrego tygodnia!
Filipinka

Cyprian Kamil Norwid

1
Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie,
Że ci ze złota statuę lud niesie,
Otruwszy pierwéj…

Coś ty Italii zrobił, Alighiery,
Że ci dwa groby stawi lud nieszczery,
Wygnawszy pierwéj…

Coś ty, Kolumbie, zrobił Europie,
Że ci trzy groby we trzech miejscach kopie,
Okuwszy pierwéj…

Coś ty uczynił swoim, Camoensie,
Że po raz drugi grób twój grabarz trzęsie,
Zgłodziwszy pierwéj…

Coś ty, Kościuszko, zawinił na świecie,
Że dwa cię głazy we dwu stronach gniecie,
Bez miejsca pierwéj….

Coś ty uczynił światu, Napolionie,
Że cię w dwa groby zamknięto po zgonie,
Zamknąwszy pierwéj…..

Coś ty uczynił ludziom, Mickiewiczu?…
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . .
2
Więc mniejsza o to, w jakiej spoczniesz urnie,
Gdzie? kiedy? w jakim sensie i obliczu?
Bo grób twój jeszcze odemkną powtórnie,
Inaczej będą głosić twe zasługi
I łez wylanych dziś będą się wstydzić,
A lać ci będą łzy potęgi drugiej
Ci, co człowiekiem nie mogli cię widziéć…

3
Każdego z takich, jak ty, świat nie może
Od razu przyjąć na spokojne łoże,
I nie przyjmował nigdy, jak wiek wiekiem,
Bo glina w glinę wtapia się bez przerwy,
Gdy sprzeczne ciała zbija się aż ćwiekiem
Później… lub pierwéj…

P.S. do poprzedniej notki

A jednak można z klasą, z duszą, bez złości i agresji wyjaśnić czemu jest się przeciwko TEJ decyzji.
Polecam:
http://wyborcza.pl/1,105766,7768972,Na_Wawel_zywym_daleko.html
zamiast tych wszystkich kłótni i przepychanek…


Bardzo mi żal prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zostanie pochowany na Wawelu – w polskim narodowym muzeum. Będzie leżeć daleko od ludzi, w zimnej krypcie, do której wchodzi się za biletem wstępu (normalny – 12 zł, ulgowy – siedem, w grupie zorganizowanej – taniej o złotówkę) i w określonych godzinach (w porze letniej od 9 do 17, w zimowej – do 16). Małe pocieszenie, że ktoś, kto zechce go odwiedzić, będzie mógł jeszcze wspiąć się na Dzwon Zygmunta oraz zerknąć do Muzeum Katedralnego i skorzystać z przewodnika (po Grobach Królewskich oprowadza przez 10 minut).

Muzealny, zimny Wawel nie jest już dobrym miejscem pochówku dla nikogo. Więzi pamięć o ludziach, zamienia ją w pomniki. Niewiele w nim emocji, wiele rekwizytów, masek, napuszonej, sztucznej wzniosłości.

Jest bezruch i martwota. Żadnej idei, myśli, tchnienia, które – jak ponad sto lat temu chciał Stanisław Wyspiański – wyzwoliłyby Polskę i Polaków. Nieprzypadkowo część jego “Wyzwolenia” dzieje się na Wawelu – w tym wypełnionym śmiercią skansenie narodowych trucheł. Nieprzypadkowo już od dziesięcioleci nie grzebie się tu żadnych Polaków.

Szczególnie żal mi pani Marii. Ona – taka miła, ciepła, urocza – na pewno chciałaby być bliżej ludzi, których lubiła i którzy ją lubili i szanowali. Bliżej swoich sąsiadów z warszawskiej kamienicy, bliżej swojego mieszkania przy ulicy Czerwonego Krzyża, bliżej ulic i skwerów, które pokochała. Nie zasłużyła na pochówek w zimnej krypcie. Takich ludzi jak ona nie oblewa się spiżem, nie czyni z nich muzealnych eksponatów, tym bardziej, że ciągle pulsuje żywa pamięć o jej dobroci, wdzięku, reklamówce, w której nosiła za mężem kanapki, i geście, z jakim poprawiała fałdy na jego marynarce.

Pani Maria na pewno wolałaby, żeby ci, którzy chcieliby na grobie jej i jej męża położyć kwiaty i zapalić znicz, mieli do nich blisko. Tak jak np. do warszawskiej katedry św. Jana.

Do muzeum wszystkim żywym jest daleko.

Źródło: Gazeta Wyborcza
Autor: Aleksandra Klich

Jaja z pogrzebu

Czasami lepiej powstrzymać się od komentarza, zatem starałam się to robić od soboty – od polskiego popołudnia, amerykańskiego poranka, kiedy to dowiedzieliśmy się o katastrofie prezydenckiego samolotu.
Miałam kilka swoich myśli, kilka refleksji, obaw o przyszłość kraju i jego mieszkańców…
Ale nie chciałam ich upubliczniać.
Czytałam zawartość portali gazeta.pl i onet.pl czego na co dzień już nie robię, by przybliżyć sobie całą tą sytuację. Mnóstwo świeżych informacji, jeszcze więcej komentarzy internautów na te wszystkie informacje…

Jakiś odległy czas temu pracując w pewnej warszawskiej fabryce współpracownicy postanowili w niezwykle nietypowy sposób pożegnać koleżankę, która kończyła karierę w biurze, gdyż otrzymała lepszą propozycję pracy. Nietypowe pożegnanie przejawiało się w przygotowaniu stypy z pogrzebowym wieńcem włącznie. Niesmaczne według mnie dobranie ‘metody’ podziękowania za kilkuletnią współpracę. Gdyby mi się teraz chciało, w archiwach mojego komputera znalazłabym pewnie maile z moim sprzeciwem odnośnie tej sytuacji. Moje “proszę nie róbmy sobie jaj z pogrzebu; nie kupuje się cmentarnego wieńca dla osób żyjących; a co jeśli niedługo po tym naprawdę coś złego jej się przytrafi?-wtedy będzie wam do śmiechu?,taki sam wieniec kupicie?”
Nie wiem czy koleżance taka forma podziękowania i pożegnania odpowiadała, nigdy nie miałyśmy okazji o tym pogadać, ale ja do dzisiaj pamiętam mój sprzeciw: dlaczego nie można normalnie, dlaczego nie można z jajem, ale bez motywu pogrzebu?!

Dzisiaj ponownie chcę krzyknąć: Proszę nie róbmy sobie jaj z pogrzebu!

Niech umarli zostaną z godnością pochowani.

Nie!
Za proste by to było, za szlachetne, za spokojne.

Prawdą jest, że śp. Prezydent Lech Kaczyński lubianą osobą nie był.
Nawet ja nie wiem czy go lubiłam czy nie, ale jak to ktoś ładnie na innym blogu ujął politycy nie są od lubienia.
Nie głosowałam na niego, ale to, że wygrał już jakby bezpośrednio mnie nie dotyczyło… przecież wyjechałam do innego kraju.

Prawdą jest, że nie wypada się złościć na osoby zmarłe. Jaki był, taki był, ale zginął w tym tragicznym wypadku, w dodatku jego żona i tyle innych dobrych ludzi.
Zatem siedzą ci wszyscy, którzy go serdecznie nienawidzili cicho i zaciskają zęby, czasami tylko anonimowo dadzą ujść emocjom w jakimś ostrym internetowym komentarzu. A niekiedy z obłudą i hipokryzją ubolewają nad wielką stratą.

Aż tu nagle – hop!
Jest decyzja o pochówku na Wawelu.
No to teraz możemy się oficjalnie wkurwiać.
Protestować.
Otwarcie manifestować, że ABSOLUTNIE nie na Wawelu.

A dlaczego nie?
Bo tam królowie, bo tam Piłsudski, bo tam Sikorski!

Ale jakby tą całą zgraję przeciwników zapytać czym zasłynął Sikorski, albo, żeby przeliterowali nazwisko Piłsudskiego i wymienili choćby trzy jego wielkie zasługi dla tego kraju – ciekawe ilu byłoby chętnych do takiego testu z wiedzy o pochowanych na Wawelu.

Nie chcę, żeby moi czytelnicy pomyśleli, że jestem ZA decyzją Jarosława czy kleru.
Nie, tak nie jest.
Jest jednak tak, że (przepraszam za kolokwializm) zwisa mi to kalafiorem gdzie spocznie ciało prezydenta i jego małżonki. Naprawdę! Ani ja się nigdy pewnie nie wybiorę na ich grób z modlitwą, ani nie wybiorę się na groby królów czy wyżej wymienionego marszałka (dyktatora) Piłsudskiego i generała Sikorskiego, żeby mi tam sarkofag Lecha Kaczyńskiego przeszkadzał w modłach. Więc czemu niby mam się sprzeciwiać? Albo czemu mam popierać?

A jakby spojrzeć na to z innej strony, niby śp. prezydent nie miał takich zasług jak Piłsudski czy Sikorki, ale łączy ich trzech silny antysowietyzm/antyrosyjskość. Więc czemu nie?

Jest sobie okazja do jakiejś społecznej akceptacji nawet być może idiotycznych decyzji, jest okazja by pokazać światu, że potrafimy się połączyć, potrafimy uhonorować, potrafimy w pokorze pomilczeć – ale nie! Będziemy pisać do wszystkich mediów, nawet pokażemy zagranicy jacy jesteśmy twardzi, jak się tu w Krakowie nas gwałci niechcianymi zwłokami.
I ten świat na nas patrzy, ten świat który ma taką szansę poznać nazwisko ważnego Polaka (niektórzy Amerykanie na przykład nie wiedzą, że Kopernik i Skłodowska to Polacy), ale oto popatrzy na bandę protestujących na pogrzebie i przełączy TV na inny kanał…

I ten pieprzony Facebook z jego BECAME A FAN OF…
Fanem to ja mogę być zespołu rockowego, albo jakiegoś artysty, ale żałoby, znicza dla zmarłych, smutku z powodu tragedii? No i odwrotnie:fanem Nie na Wawelu…
Przepraszam – kretynizm!!!

Z pamięci pewnej małej dziewczynki…

Mała dziewczynka zawsze musiała robić to co jej kazali dorośli. Zawsze. Nie mogła odmówić, nie mogła zapomnieć, nie mogła argumentować na nie. Co dorosły rozkazał, musiało być zrobione.
Jeśli odezwała się choćby jednym słowem sprzeciwu nazywano to pyskowaniem i często spotykała ją za to kara. Więc słuchała.
Słuchała się.
Robiła to co jej kazano. Postępowała tak jak od niej tego wymagano. Zawsze w pokorze wykonywała polecenia dorosłych z jej rodziny, a gdy poszła do pracy, polecenia jej szefów.

Dzisiaj jako dorosła kobieta sama chce rozkazywać innym. O ironio, nie dzieciom, ale właśnie dorosłym, ludziom w jej wieku albo starszym od niej. Chce się jej zwracać uwagę, poprawiać, rozkazywać, wymagać.

Czasami na jej blogu pojawiają się prowokacyjne notki wychowawcze. Może to jedyna droga którą może do woli rozkazywać, nie ważne czy wirtualna przestrzeń ją słucha czy nie, nie ważne czy stosuje się do jej poleceń czy nie.

Dzisiaj bardzo żałuje, że jako mała dziewczynka nigdy nie mogła powiedzieć ‘nie, nie mam ochoty, nie mogę, nie chce mi się’.

Dzisiaj widzi wielu rodziców, którzy nigdy nie rozkazują swoim dzieciom, niezależnie czy te są małe czy duże.

Zastanawia się jak wyglądałoby jej życie teraz gdyby dzieciństwa nie spędziła jako wierny poddany niewolnik władzy dorosłych tego świata!?

Najważniejsze teraz pytanie

Dziecko.
Mieć czy nie mieć?
To pytanie zadaję sobie każdego dnia, mojemu mężowi też.
Dlaczego odpowiedź na nie jest dla mnie taka trudna?
Dlaczego podjęcie tej ważnej decyzji przychodzi (nie przychodzi) mi tak ciężko?

Small Talk

Jakiś czas temu przedstawiono mi pewnego mężczyznę z określeniem go jako mistrza small talk’ow.
Co to właściwie znaczy small talk?
I dlaczego takie małe, krótkie rozmowy o niczym, są jednak ważne?

Pani A każdego dnia wchodząc do biura, w którym pracuję, w pierwszych słowach wyraża swój zachwyt lub ubolewanie nad pogodą.
Pan B zawsze zapyta o miniony weekend.
Pani C na koniec każdego dnia pracy życzy dobrego wieczoru i mówi o swoich planach, bądź pyta o plany innych.
Pan D dzieli się krótkim, śmiesznym, neutralnym dowcipem.
Pani E przeczytała jakiś artykuł w gazecie i go komentuje pytając o zdanie innych.
Pan F zagorzały kibic śledzący poczynania różnych klubów sportowych relacjonuje w kilku słowach ostatnie mecze.

I tak dalej i tak dalej…
Każdy ma jakiś temat do swojej malej rozmówki z innymi. Czasem jest tych tematów wiele, czasem jak u Pani A tylko pogoda na zewnątrz biura (ooo it is cold outside, ooo it is warm outside, ooo it is so lovely outside, ooo it is raining, ooo the sun is gorgeous today, ooo I forgot my umbrella….).
No i oczywiście najpopularniejsze “Jak się masz?”

Dokładnie rok zajęło mi nauczenie się i głębsze zrozumienie jakże prostej, automatycznej formułki:
– How are you?
– Fine. Thank you! And you?
Dziecinnie proste dwa zdania, które przecież rozumiałam już przed wieloma laty, kiedy to w Polsce uczyłam się języka angielskiego.
Albo na zadane pytanie zapominałam odwzajemnić się pytaniem. Albo jako pierwsza zadawałam pytanie a potem nie potrafiłam sama odpowiedzieć na podobne lub takie samo pytanie, krótkim “I’m fine”.

Żeby nie wiem co nas bolało, żeby nie wiem jaka tragedia nas właśnie spotkała, zawsze odpowiadamy, że mamy siś dobrze. A co gdy odpowiemy inaczej? Wydaje mi się, że i tak nie zostanie to usłyszane, to jest takie automatyczne, że nikt raczej nie zwraca uwagi na odpowiedź, każdy słyszy ja zanim jeszcze zostanie wypowiedziana.

Mój problem:
I’m too talkative for small talks:-)
Tak. Zbyt wielka gadułą jestem na jakieś tam małe, krótkie rozmówki. Moje opowiadania mogą się ciągnąć jak spaghetti, godzinami:-)
Jak mam z kimś zamienić zaledwie jedno zdanie, to czasem wolę nic nie powiedzieć.
Ale jak się właśnie dowiedziałam, takie nic-nie-powiedzenie może okazać się w kulturze anglojęzycznej bardzo niegrzeczne.
Za bardzo niegrzeczna uchodzić nie chce, wiec trenuje te moje small talk’i i jak widzę większość z nich dotyczy moich okularów bądź podróży minionych lub planowanych (często jestem pytana o okulary i podróże).

* * *
Small talk can be a big challenge, but a little preparation and confidence is all you need. As a skilled small talker you will come across as a more open and friendly person, compared to someone who doesn’t say much during social situations. Just don’t overdo it because then people will find you annoying and too chatty.
from:http://www.ehow.com/how_10812_make-small-talk.html

In most English-speaking countries, it is normal and necessary to make “small talk” in certain situations. Small talk is a casual form of conversation that “breaks the ice” or fills an awkward silence between people. Even though you may feel shy using your second language, it is sometimes considered rude to say nothing. Just as there are certain times when small talk is appropriate, there are also certain topics that people often discuss during these moments.
from:http://www.englishclub.com/speaking/small-talk.htm

Jestem…

… bardzo nietolerancyjna.
Z dnia na dzień, zamiast akceptować, ja coraz bardziej nie toleruje.

So what?