– Synu, nie wydaje ci się,że powinieneś się uczyć?
– I pracować? I robić coś ze swoim życiem? Panie Franz, myślę, że kariera to wynalazek XX wieku i nie chcę jej. Nie musi się pan o mnie martwić, mam wykształcenie.

To fragment dialogu między Chrisem, głównym bohaterem filmu “Into the Wild” (polski tytuł “Wszystko za życie”) a niejakim Panem Franzem, którego Chris spotyka w drodze na Alaskę. Film oglądaliśmy na angielskim, ponadto obejrzałam go dwa razy w domu. Dobry, choć nie w stu procentach, ale polecam. Jutro na lekcji będziemy debatować na temat kim jest Chris, egoistą czy marzycielem.

Ale wracając do powyższego dialogu…
Co to znaczy kariera?
Co to znaczy mieć wyższe wykształcenie?
Czy oba te ‘wynalazki’ prowadzą nas do szczęścia?

Czy ludzie z dyplomem wyższej uczelni są szczęśliwsi niż ci którzy dobrnęli tylko do matury?
Czy profesor ze Stanfordu jest szczęśliwszym człowiekiem od kwiaciarki z Mińska Mazowieckiego?
Czy wyższe wykształcenie, do którego mi się nie spieszy zapewni mi szczęście?
Czy gdy uzyskam tytuł magistra psychologii czy lingwistyki moje szczęście będzie jeszcze większe niż teraz?

A co jeśli studiowanie zabije, stłamsi, zdusi wszystkie moje dotychczasowe wartości?

Czy studia otwierają nas na wiedzę, czy ograniczają nas? Wpychają nas w określoną dziedzinę i potem nic już więcej nie możemy… możemy tylko zacząć studiować od nowa… nowy kierunek…

Czy edukacja to naprawdę edukacja czy może indoktrynacja?
Czy podołałabym na studiach z moimi przekonaniami, poród tej całej zakłamanej zgrai hipokrytów, liberałów, socjalistów, zielonych…?

Nie chcę się już więcej uczyć w szkole.
Nie chcę studiować na uczelniach zdominowanych przez pedagogów, którzy przekonują do ich kretyńskich filozofii. Nie chcę by moje nauczycielki były feministkami. Nie chcę by moi nauczyciele z tematów typu ochrona środowiska robili religię.

Wzrusza mnie bardzo gdy widzę jakąkolwiek graduation. Tłum studentów odbierających swoje dyplomy, a potem podrzucających radośnie swoje czapki w górę. Chciałabym taki moment przeżyć. Ale czy dla tego właśnie momentu warto się sprzedawać. Warto spierać się, walczyć, argumentować? Warto siedzieć cicho, nie angażować się, nie wychylać, pięć lat ukrywania, że się uważa inaczej?

Myślałam o byciu psychologiem.
Myślałam o byciu lingwistą.
Może nawet psychologiem lingwistą.

Teraz jedyne co mi przychodzi na myśl to teologia.
Może studiując teologię nie musiałabym na każdym kroku słyszeć o tym jak ważni są na świecie geje, lesbijki, muzułmanie, feministki i wszystkie TE grupy. Ale nie ludzie, nie człowiek sam w sobie bez przynależności, człowiek bez podziału na rasę, religię, politykę czy orientację seksualną.

Teologi też nie będę zgłębiać.
Nie będę studiować.
Niepotrzebne mi studia do szczęścia, czy nie-szczęścia.
Podobnie z karierą.

Mogłabym być listonoszem.
Listonoszem roznoszącym przesyłki do wszystkich, którzy na nie czekają. Do tych wszystkich, którzy jak ja każdego dnia biegną do skrzynki z tym niesamowitym uczuciem jakiegoś swoistego oczekiwania i tej niepewności “a może, mimo telefonów i internetu, ktoś jednak napisał mi list, może znajdę go dzisiaj w skrzynce, może listonosz go tu dla mnie zostawił?”
Listonoszem, który sam pisałby miłe listy i kartki i zostawiał je tym wszystkim z ‘jego rejonu’.
Listonoszem, który dostarczałby tylko same dobre informacje. Rachunki, podatki dla rządu, wezwania na niefajne przesłuchania – to wszystko dostarczane by było do śmieci:-)

Kim zatem będę gdy dorosnę?
Będę szczęśliwa!
To wszystko.
:-)


Comments

Kim będę gdy dorosnę? — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *