Od drugiego roku swojego życia, mała dziewczynka mieszkała z rodzicami w bloku na nowym gdyńskim osiedlu. Sprawa zakupu tamtego mieszkania pozostanie dla niej już na zawsze wielkim symbolem niezgody. Mama małej dziewczynki miła długie członkostwo w spółdzielni mieszkaniowej i przyznany przydział, jednak to tato małej dziewczynki miał pieniądze, żeby za ten przydział zapłacić. Tak, w tamtych czasach nie wystarczyły uczciwe pieniądze, trzeba było mieć jeszcze staż w spółdzielni i przydział przyznawany przez zakład pracy. Zatem tato bez mamy nie mógłby tego mieszkania nabyć i mama bez taty też nie byłaby w stanie pokryć kosztów związanych z zakupem. Ciekawe, że taka prosta zależność tak bardzo stała się niezrozumiała dla nich gdy po latach przyszło im się rozstać i podzielić majątek. Tato dziewczynki uważał, że mieszkanie jest w całości jego, bo on za nie zapłacił. Mama dziewczynki uważała, że skoro ona widnieje na liście lokatorów (kiedyś takowe wisiały na klatkach schodowych i każdy znał nazwisko swojego sąsiada), skoro mieszkanie zapisane w spółdzielni jest na nią, to tylko ona ma prawo do tego lokalu.

Notka ta nie miała być o mieszkaniu i skłóconych rodzicach małej dziewczynki, a o śmieciach i śmieciarzach.
Właściwie nie o śmieciarzach, tylko o Panach Śmieciarzach, czyli tych, którzy co tydzień przyjeżdżali wielką pomarańczową śmieciarką i opróżniali kubły z osiedlowych odpadów.

Blok, w którym mieszkała mała dziewczynka miał zaledwie cztery piętra. Jej mieszkanie usytuowane było na parterze w klatce środkowej, a przez okno jej pokoiku widać było metalowy trzepak i śmietnik. Śmietnik ogrodzony był białym murkiem zasłaniającym kilka wielkich metalowych (teraz już może plastykowych) pojemników. Ktoś sprytny zasadził wokoło tego punktu krzewy i drzewka, które z roku na rok coraz bardziej zazieleniały niemiłą dla ludzkiego oka przestrzeń śmietnika z jego zawartością.

Gdy mała dziewczynka bawiła się w swoim pokoju, a jej mama obok w kuchni gotowała, nie sposób było przeoczyć przyjazd Panów Śmieciarzy, kilku mężczyzn, którzy ‘wyjeżdżali’ kubłami zza murka by wystające ze śmieciary widły mogły kubeł unieść i opróżnić jego zawartość wsypując ją do wielkiego zbiornika. Całe to wydarzenie łączyło się z charakterystycznym dźwiękiem, swoistym rytuałem opróżniania tych ogromnych pojemników i z kilkoma drobnymi śmieciami, które zawsze zostawały na ulicy gdy śmieciarka już odjechała. Te śmieci wypadały przez szczeliny w momencie gdy kubeł był podnoszony do góry i przekręcany by wszystko się z niego wysypało. I kółka mu się wtedy tak nieporęcznie kręciły. Mała dziewczynka wszystkie te szczegóły obserwowała ze swojego okna.

Kto pamięta czasy, gdy nie było takiego wynalazku, jak worki na śmieci? Ko pamięta gdy tego wynalazku nie zastępowały plastikowe siatki ze sklepów/reklamówki, bo ich też jeszcze w Polsce nie było? Co się wtedy robiło w domowych gospodarstwach?
Najczęstszym chyba ‘wyścielaczem’ kosza na śmieci była gazeta. Gazeta, która obowiązkowo przyklejała się do dna wiaderka, bo przecież była ohydnie wilgotna. Trzeba było ją od dna odrywać, jeśli sama nie chciała się odkleić i wyrzucić z całą resztą śmieci:-) Bleeee:-) Takie to były ciekawe czasy.


Comments

Z pamięci pewnej małej dziewczynki… — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *