1500

Oto czytacie Drodzy Państwo notkę numer tysiąc pięćset.
Suma ta podzielona na 6 lat mojego blogowania daje 250 notek rocznie.
Ciekawam jak te statystyki ułożą się za następne 1500 notek, lub za następne 6 lat.

Lubię

Nie wiem skąd ta moda przyszła i czy się jakoś specjalnie nazywa, ale mnie bardzo odpowiada: ubieranie koszulki z krótkim rękawkiem na koszulkę z długim.
Ktoś odważny pewnie kiedyś się tak ubrał, innym się spodobało, więc też zaczęli tak nosić, a teraz to już oficjalnie tego typu bluzki można kupować w sklepach z odzieżą – jedna bluzka, jedna cena, ale efekt dwóch, bo długi i krótki rękaw.

Nie miałam dotąd wielu okazji, żeby w ten śmieszny sposób zakładać koszulki, zaledwie kilka razy, na sportowo i chyba tylko w obrębie domu:-) Ale lubię jak inni wybierają tą kolejność w zakładaniu bluzek. Oczywiście wszystko z umiarem i w granicach smaku, trzeba uważać co się z czym dobrze łączy, co pasuje, a co nie.

Chciałam zilustrować tą notę zdjęciem, ale nie potrafię w necie znaleźć odpowiedniego .jpg’a.
Może kiedyś przy okazji, jak ubiorę koszulkę z długim rękawem pod tiszertkę to się sfocę i załączę do tej notki.

P.S. 1. Na tej samej zasadzie można na bluzeczkę z krótkim rękawkiem założyć taką bez rękawków lub z makaronami, ale to już mi się nie bardzo podoba (tylko na gimnastykę).

P.S. 2. Mąż poszukał w necie tego, czego ja nie mogłam znaleźć:-) ↓


Pytania

Czy jest możliwym w obecnych czasach, przejście przez życie apolitycznie? Czy można kompletnie nie angażować się w politykę, w działania poszczególnych partii, nie głosować, nie dyskutować, nie popierać, nie przynależeć, etc. ?
Czy można się wyłączyć, zamknąć, zablokować na wszystko co dotyczy władzy, monarchów, prezydentów, premierów, ministrów, partii politycznych?
Czy mogą nas nie dotyczyć (byłe) sowieckie bloki, unie europejskie, oenzety, nata i inne geopolityczne stwory?
Czy można nie łączyć religii z polityką, albo czy właśnie można/należny/trzeba je łączyć?

Czemu ci wszyscy, którym tak bardzo zależało na upadku komunizmu, na wyzwoleniu Polski spod jarzma totalitarnego systemu, identyfikują się teraz z socjalistami? Czemu nie są konserwatywni?
Czyż od socjalizmu do komunizmu już niedaleka droga? – Źle to rozumiem?

Czy katolik to prawicowiec czy lewicowiec?
Czy prawicowiec to egoista, bo myśli tylko o tym jakby się wzbogacić, a lewicowiec to komunista bo chce dla każdego po równo, sprawiedliwie i najlepiej jeszcze jakby rząd wszystkim pomagał?
Czy lewicowiec, to liberał, dla którego aborcja czy eutanazja to coś co państwo powinno gwarantować/sponsorować?

Co z upaństwowieniem służby zdrowia, o którą tak walczy prezydent tego wielkiego kraju?
Co z premierem Kanady (gdzie właśnie jest państwowy system opieki zdrowotnej), który przyjeżdża do Stanów i oficjalnie oznajmia, że tu jest lepiej! Czemu? Bo prywatnie, a nie państwowo!

Kim jestem ja w tym wielkim świecie obrzydliwej polityki?

Jestem obywatelem Unii Europejskiej, która nie chce się identyfikować z chrześcijaństwem.
Jestem obywatelem Unii Europejskiej, która rozdaje pieniądze na pomoc krajom biedniejszym, ale co będzie gdy kraje te się wzbogacą?, ile (albo co?) będą musiały oddać Unii, a co jeśli kasa skończy się całkiem? Jestem obywatelem Unii Europejskiej, której jakże niewiadoma jest przyszłość.

Jestem jednocześnie na drodze do uzyskania amerykańskiego obywatelstwa, co przede wszystkim będzie mnie zobowiązywać do głosowań (do kongresu & na prezydenta).

Mieszkam w skrajnie liberalnej Kalifornii, gdzie ludzie nie ukrywają swoich fascynacji ideami komunistycznymi.
Jestem republikańskim katolikiem pośród liberałów, którym chrześcijaństwo kojarzy się TYLKO i WYŁĄCZNIE z inkwizycją i Kolumbem, który przybył tu chyba zupełnie niepotrzebnie.
Mieszkam pośród ludzi, dla których prawa gejowskich małżeństw są ważniejsze od ich własnych (heteroseksualnych).

Może gdybym dzisiaj mieszkała w Texasie, albo w Australii, nie zadałabym (sobie) żadnego z powyższych pytań. Może tam bym bardziej pasowała.

Tak, ja chyba nie lubię nie pasować.
Ale spróbuję.
Spróbuję polubić i zaakceptować to niedopasowanie.

I oczywiście, że w tej notce dużo generalizuję.
W tej notce patrzę na siebie jako jednostkę pośród całej masy ludzi, których dzielę na demokratów i republikanów, liberałów i konserwatystów, lewicowców i prawicowców, chrześcijan i calą resztę. A jak wiadomo, te podziały nie są takie wyraźne i proste.

Polityka mnie zasmuca.

Imię

– Jakie imię wybrałbyś dla naszego syna? – zapytała
– Filip – zdecydowanie jej odpowiedział
– A jeśli urodziłaby się nam córka?
– Filipinka!

Z pamięci pewnej małej dziewczynki…

Była w trzeciej klasie szkoły podstawowej. To rok kiedy jej rocznik przygotowywał się by w maju przyjąć Pierwszą Komunię Świętą. Spotkania rodziców z księżmi, spotkania księży z dziećmi. Lekcje religii jeszcze wtedy odbywały się w salach parafialnych na plebanii. Jej klasa liczyła około 30 dzieci, oznaczona była literką F i nie była to ostatnia literka alfabetu, którą użyto by pogrupować klasy w szkole podstawowej nr 12. Do tej samej parafii była przyporządkowana jeszcze jedna podstawówka. Wyż demograficzny spowodował, że dzieci było naprawdę bardzo dużo. Księża podzielili dzieci na dwie grupy, tych co przyjmą Pierwszą Komunię na uroczystej mszy w sobotę i na tych co przyjmą Pierwszą Komunię na uroczystej mszy w niedzielę.

Sama w sobie uroczystość była dla niej bardzo wzruszająca, pamięta białą sukienkę, pamięta liczne pieśni, które dzieci głośno i radośnie śpiewały.

A czego nie pamięta?
Nie pamięta podarków, ale nie tych od rodziny, te dostała, a jakże!
Nie pamięta by księża podarowali coś dzieciom z okazji tak wielkiego wydarzenia w ich życiu.
I może dlatego nie pamięta, bo jej w tym temacie pamięć szwankuje, ale być może właśnie nie, być może wtedy dla księży z jej parafii co innego było ważne. Ważne były prezenty, które kościół (budynek) otrzyma od tych wszystkich trzecioklasistów.

Niby dostała książeczkę do nabożeństwa, wielką i grubą, wypełnioną wszystkimi możliwymi pieśniami i modlitwami (czy aby na pewno 8mio latkom coś takiego jest potrzebne?) i dostała drewniany obrazek – pamiątkę przyjęcia Pana Jezusa do serca. Ale przecież za obie te rzeczy rodzice musieli zapłacić. Więc to nie były podarki, na to była podana cena.

Mała dziewczynka wyrosła na katoliczkę, biorąca czynny udział w życiu Kościoła. Ma okazję być blisko grupy dorosłych, którzy przez rok przygotowują się na specjalnych spotkaniach by w wigilię Wielkiej Nocy przyjąć sakramenty. Są tacy, którzy nie mają chrześcijańskiego chrztu, są inni, którzy nigdy nie przyjęli Eucharystii i są tacy, którym brakuje Sakramentu Bierzmowania. Łączy ich to, że chcą być członkami Kościoła Katolickiego, chcą w pełni uczestniczyć w mszach.
Osoby te od pierwszego spotkania obdarowywane są ‘podarkami’. Stają się posiadaczami Pisma Świętego, Katechizmu Kościoła Katolickiego, książek poświęconych rozmaitym zagadnieniom z zakresu religii, licznych broszur, różańca, obrazków większych i mniejszych.

Mała dziewczynka pamięta gdy ksiądz na lekcji religii ogłosił, że będzie zbiórka pieniędzy. Cel: nowy dywan na ołtarzu. I żeby nie zostało to zapomniane, oznajmił, że w kronikach parafialnych zostanie odnotowany fakt ofiary dywanu przez pierwszo-komunijne dzieci. Tak, maluchy (przy udziale ich rodziców) podarowały budynkowi kościoła nowy dywan (którego oczywiście już nie ma; może nowemu proboszczowi nie pasował; teraz są śliczne marmury). Co podarowali księża maluchom? Czas na lekcjach religii? Czy to nie ich duchowy obowiązek?

Maj 1984, to było 26 lat temu i tak się jej dzisiaj nagle przypomniał ten nieszczęsny dywan:-)

Hobby

Znalazłam sobie nowe hobby o nazwie scrapbooking.
Pomysł przyszedł za sprawą jednej sceny z Desperate Housewives, sezon 4, odcinek 12.
Jakby ktoś chciał się tej scenie bliżej przyjrzeć to jest tutaj:
http://www.youtube.com/watch?v=zvxSHgQIB5w&feature=related
między piątą a szóstą minutą tego klipu.

Bree i Katherine wymieniają się pomysłami i ilustrują je zdjęciami z pieczołowicie prowadzonych przez siebie tak zwanych scrapbook’ów czyli według polskiego tłumaczenia “albumów z wycinkami” (pierwszy raz słyszę tłumaczenie tego filmu).

Oto i ja zapragnęłam mieć taki album.
W mojej kuchni zgromadziłam kilka książek kucharskich i mój zeszyt z przepisami, który założyłam w roku 1996 zapisując w nim kilka prostych recept na ciasta. Zeszyt ten następnie pojechał ze mną w podróż do Francji, gdzie wzbogacił się o przepisy kuchni prowansalskiej, by po kilku latach towarzyszyć mi podczas gotowania w Austrii, powiększając się również o ciekawe notatki kulinarne.

Od kilku lat (również w ramach nauki angielskiego poprzez czytanie) prenumeruję dwa kobiece magazyny. Jako ogromna fanka Marthy Stewart co miesiąc wyczekuję na jej Living kolorowy, pełny wspaniałych porad, przepisów, pomysłów. Podobny w swej treści jest REAL SIMPLE, także co miesiąc zaszczyca mnie kolejnym wydaniem. Gazety przeglądam, czytam, czasami gotuję dania według przepisów, które zawierają, niekiedy wpadnie mi w oko jakieś świetny na coś pomysł, jakaś świąteczna dekoracja, sugestia na prezent.
Przyszedł czas wiosennych porządków i czas na rozstanie z górą gazet, których zawsze tak szkoda mi się pozbyć. I tu właśnie z pomocą pojawił się scrapbook.
Nabyłam odpowiedni album, przeglądnełam wszystkie stare wydania gazet, powycinałam z nich to co najbardziej mnie interesuje i hop do albumu. Wycinki z gazet ubogacam swoimi zdjęciami pomysłów czy rozwiązań, które zaadoptowałam z danego artykułu.

Zainteresowanych scrapbooking’iem odsyłam po więcej informacji do Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Scrapbooking

Desperatki

Serial Desperate Housewives czyli Gotowe na Wszystko pochłonął nasze ostatnie tygodnie. Zalegaliśmy przed telewizorem, by po kolei od pierwszego sezonu obejrzeć odcinek po odcinku, niekiedy 3-4 epizody dziennie. W ubiegłą sobotę skończyliśmy 5ty sezon.

UFFF! Czas zająć się prawdziwym życiem a nie tylko przygodami bohaterów z Wisteria Lane:-)

Pisarstwo i psychologia łączą się i oto powstaje scenariusz niezwykle manipulujący widownią. Pełna podziwu pozostaję względem autorów scenariusza, niby prosty, przewidywalny i wręcz z powtarzającymi się motywami w kolejnych sezonach, to jednak tak skonstruowany, że MUSISZ zobaczyć kolejny odcinek, MUSISZ sięgnąć po koleją serię.
Chciałabym być scenarzystką, chciałabym poznać tą sztukę manipulowania widzem. Pisać dialogi w całe sceny by perfidnie uzależniać odbiorców:-) Ale podobno scenarzyści to najmniej opłacana grupa pracowników Hollywoodu.

Takie wszystko proste w tym Hollywoodzie. Jak Cię mąż zdradza, to szybko rozwód i zero zmartwień o przyszłość, bo oto już kocha się w Tobie sąsiad. Jak dom zniszczony przez tornado, nie ważne, ekipy remontowe w mgnieniu oka naprawią wszystko, podobnie z pożarami, dom płonie, ale już za kilka odcinków będzie nowy na tym miejscu:-)

Mam do sprzedania cztery pierwsze sezony tego serialu (tylko po angielsku), ktoś chętny? Bo ja już raczej nie wrócę do tego filmu, chociaż serdecznie polecam, według mnie całkiem OK.

Nie Lubię

Kontynuując łazienkowy temat, jest jeszcze coś czego bardzo nie lubię w tych pomieszczeniach.
Szczególną (obsesyjną wręcz) uwagę zwracam na świeżość ręczników, tych do rąk, tych zawieszonych niedaleko umywalek, tych za którymi rozglądamy się myjąc nasze dłonie.
Tego typu ręczniki to dla mnie jak bielizna: zmieniamy CZĘSTO, pierzemy i dokładnie suszymy. Dbamy by ZAWSZE były czyste i bez wilgoci.

Nieświadomie wyrobiłam sobie odruch: po umyciu pachnącym mydłem dłoni i wytarciu ich w ręcznik od razu przykładam je do nosa, wącham je.
O zgrozo (!) ile razy moje dłonie niby czyste i umyte dobrym mydłem, a po wytarciu w ręczniczek, przybierały zapach na podobieństwo śmierdzących skarpetek. BLEEE! Co zrobić? Trzeba dłonie od nowa umyć, za wszelką cenę pozbyć się tego okropnego zapachu (wilgoci? brudu? stęchlizny?) rozglądając się po łazience za jakimś innym ręcznikiem. Ale co jeśli albo nie ma, albo są tylko ręczniki kąpielowe gospodarzy (aż strach pomyśleć o jakim zapachu)?

I znowu, piękne mieszkania, bogato urządzone toalety i śmierdzące ręcznik.
A przecież to nic trudnego zadbać by ten kawałek materiału był naprawdę higieniczny.

Co gdy organizujemy wielkie przyjęcie i pewnym jest, że łazienka będzie odwiedzana często? Jak pośród wielu obowiązków nad którymi musi zapanować gospodyni/gospodarz pamiętać jeszcze o dopilnowaniu czystości ręczniczka?

Oto moje wyjście z sytuacji:

Najtańsze białe ręczniczki 30×30 cm, poskładane w koszyczku, a na podłodze drugi koszyczek do wrzucania zużytych. A jeśli to dla nas za drogi interes, lub nie mamy miejsca w naszych łazienkach na tego typu iście hotelowe postępowanie, przychodzi rozwiązanie jeszcze prostsze – zwykła rolka papierowych ręczników kuchennych. Pozostawiamy naszym gościom wybór między ręcznikiem frotte lub ręcznikiem papierowym, niech sami zadecydują, niech czują się zadbani, niech nie czują, że ich dłonie nawet po umyciu są brudne.

Lubię

Mamy sporą kuchnię (bywają większe, ale dla mnie jako nowoczesnej kucharki, ta w zupełności wystarczy) i mamy pokój jadalny. W kuchni – szafki kuchenne, w jadalni dwa – kredensy.
Kredens – lubię to słowo. Lubię ten mebel.

Lubię nasze kredensy, za ten specyficzny dźwięk jaki wydają, za każdym razem gdy sięgam po zastawę stołową, obrus, serwetki, sztućce, czy świeczki. Słyszę dźwięk uderzających o siebie kieliszków, talerzy, salaterek. Kredens to duży silny mebel, a jednak taki delikatny w tym dźwięku. Słyszę skrzypienie drzwiczek i szuflad, które mogłoby świadczyć o wieku mebla, no ale przecież on nie były częścią mojego posagu, nie był przekazywany z pokolenia na pokolenie.

Chciałabym mieć stary kredens, po babci, taki który pamięta się z dzieciństwa, w którym babcie kiedyś trzymały rodzinne srebra, świąteczne obrusy i słodycze dla wnucząt. Nie posiadam takowego, ale te dwie nasze szafy w jadalni poprzez dźwięki jakie towarzyszą otwieraniu drzwiczek, przenoszą mnie do babcinych domów, w których spędzałam miłe chwile mojego dzieciństwa.