To moje drugie święta Bożego Narodzenia w Stanach.
Białe tylko w piosenkach bo za oknem deszcz przeplatany z pięknym słońcem.
Choinkę nabyliśmy w drugim tygodniu adwentu, za późno jeśli chodzi o obyczaje Amerykanów (ci w znakomitej większości kupują to drzewko w weekend po Święcie Dziękczynienia) za wcześnie jak na polskie obyczaje (w naszej rodzinie choinka ubierana była w Dzień Wigilii). Stanęło w pokoju piękne zielone drzewko, mąż ozdobił lampkami i bombkami.
Na stolikach i półkach pojawiły się świąteczne serwetki, świeczki, figurki bałwanów, mikołajów, pingwinów i oczywiście dżindżerbredkukimenów.

Na kominku skarpety, sztuk pięć, bo naszemu kotu przypadają aż dwie!

W trzecią niedzielę adwentu obejrzeliśmy mapetową produkcję: Muppets Christmas: Letters to Santa (2008), nie wiem jak mogłam ją przegapić w ubiegłym roku? Stanowczo za krótki ten film, ale mapetowo znakomity.

Kartki świąteczne w tym roku wysłałam za późno, więc do większości moich znajomych i rodziny dotrą pewnie po świętach. W pierwszej połowie grudnia nie miałam czasu, a nawet jak miałam to się zebrać nie mogłam. Dopiero po egzaminach odetchnęłam i sporządziłam listę adresatów. W tym roku 46 osób, połowa to sąsiedzi (bo taki tu zwyczaj, że sąsiad sąsiadowi przez drzwi prawie, kartkę świąteczną wysyła). Następna, nie tak liczna wysyłka na Wielkanoc.

Nie ulega wątpliwości, że jestem tradycjonalistką.
Nie zagości na mym wigilijnym stole zupa tajska i sushi (mimo ze sushi uwielbiam), a słyszę pośród polskich znajomych tego typu historie…
Udało się SPROWADZIĆ śledzie. To ogromny sukces, po moim ubiegłorocznym opłakiwaniu braku tej ryby. Śledzia w maciupkim słoiczku z IKEA zjeść się da, ale nijak się ma do tych wielkich śledziowych płatów wymoczonych, octowych i olejowych.
Mąż przeczytał po angielsku ja po polsku Ewangelię wg Łukasza 2, 1-20.
Był opłatek.
Był barszcz czerwony, z ravioli, bo taka ze mnie kucharka co się zdecydować nie może czy uszka czy paszteciki a potem to już jest za późno na cokolwiek, więc serowe ravioli odgrywa rolę uszek – najważniejsze, że odgrywa dobrze, bo smakuje.
Była kapusta z grzybami.
Była ryba w galarecie, nie wiem co za ryba, na pewno nie karp.
Był salmon, to znaczy łosoś, pieczony.
Naturalnie, że była sałatka jarzynowa!
Były dwa rodzaje pierników, wersja amerykańska i polska.

Upiekłam pierwszy raz w życiu karpatkę, doliny bardziej niż góry, ale jak na pierwszy raz i tak nieźle, cieszyła się powodzeniem podniebienia męża.
Makowiec też był, nie strudel, a piegusek. O mak tu bardzo ciężko, a Amerykanie szokują się tym ciastem ilekroć go piekę.
Pod białym obrusem siano.
Kolędy przy choince.
Prezenty pod choinką otwarte według polskiego zwyczaju po Wigilii a nie rano w pierwszy dzień świąt.
Pasterka o 22:00.
Następny dzień leniwy, jedzeniowy oczywiście i spacerowy.

Natomiast 26 grudnia, dnia, którego Amerykanie nie traktują już jako święto, na ulicach taki oto widok:

Szok dla nas Polaków, którzy choinkę trzymają niekiedy przez cały okres karnawału.
Tutaj okres świąt zaczyna się pod koniec listopada i kończy 26 grudnia. W Polsce (w domach, nie sklepach) najpierw jest Adwent, potem Wigilia i Święta i świąteczny nastrój jeszcze przez cały dobry styczeń się utrzymuje.
W Stanach 26 grudnia wszystkie świąteczne rzeczy są na wyprzedaży. Coś co kosztowało 24 grudnia 10 dolarów 26 grudnia kosztuje już zaledwie 1 dolara. Sklepy chcą się jak najszybciej pozbyć tych produktów bo już półki zapełniają się czerwonymi sercami – 14 lutego już tuż tuż!
Kupiłam 2 kartoniki świątecznych kartek każdy przeceniony z 8$ na 2$.
Kupiliśmy karton ręcznie robionych POLSKICH bombek za 5$ zamiast za 15$. Aż się zastanawiałam czy ich jeszcze nie dowiesić na choinkę w tym roku:-)

Święta to dla mnie rodzinny czas i im więcej rodziny tym lepiej. Niech będzie tłoczno, wesoło, gwarno, niech się spotyka rodzeństwo, kuzyni, daleka rodzina. Niech w tym całym długim zapracowanym, zabieganym roku znajdzie się ten jeden dzień, który zgromadzi i połączy wszystkich przy stole. Zawsze jest coś pięknego w rodzinnych zjazdach, przepełnionych nowościami i wspomnieniami.
Ale…
Jest też ogólnie znanym fakt, ogromnego stresu jaki pojawia się w nas na samą myśl o przygotowywaniu świąt, kupowaniu prezentów, gotowaniu, rozmowach przy stole.
Brat bratu zazdrości sukcesu, siostra siostrze wytknie niepowodzenia, jeszcze nie-babcia zapyta ‘to kiedy te wnuki?’, teściowie pokręcą nosem na danie przygotowane przez synową. Wszystko źle, żebyś nie wiem jak się starał!

Moi Drodzy, nasza tegoroczna Wigilia zgromadziła przy stole zaledwie 4 osoby, o jedną więcej niż w roku ubiegłym. Malutkie spotkanie, ale rodzinne. I co najważniejsze bez stresu, z radością i wdzięcznością za to co razem tworzymy i z ogromną lekcją akceptacji.
Takich pięknych, bezstresowych świąt życzę sobie i Wam na wszystkie kolejne lata!

Dziękuję Paulinie z Chicago, za ogromną pomoc w zakupie i przekazaniu polskich produktów na nasz świąteczny stół.


Comments

Refleksje o Świętach po Świętach — 2 Comments

  1. Moja Droga! Jedno slowo i paka zywnosciowa ( jak w latach siedemdziesiatych) leci do was:))))

  2. Cześć koleżanko ze szkolnej ławy licealnej.
    Przypadkowo znalazłam twoje refleksyjne zapiski z czego bardzo się ucieszyłam.
    Umieściłam Twój blog na liście ULUBIONE aby móc co jakiś czas poczytać co tam u Ciebie!
    Pozdrawiam bardzo mocno, łezka się kręci w oku na wspomnienie tych 4 lat w VIII LO.
    Wszystkiego najlepszego dla Ciebie i małżonka w nadchodzącym 2010r.
    Pozdrawiam.
    Aneta

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *