To nie jest tak, że kompletnie nie tęsknię, że obce mi to uczucie.
Tęsknię, a jakże, tylko nie codziennie, nie całym swoim życiem na obczyźnie, nie całą sobą.

Nauczyły mnie moje zagraniczne podróże, że tęsknota może zniszczyć radość bycia nawet w najpiękniejszym miejscu na świecie.

Moja pierwsza wielka wyprawa, do francuskiej Prowansji była ogromną lekcją. Z tęsknoty płakałam łzami wielkimi jak ocean. Nie potrafiłam docenić piękna miejsca w jakim się znalazłam, wciąż myślałam o Gdyni, o tym co tam zostawiłam. Męczyłam się okrutnie do czasu gdy w liście od Mistrza przeczytałam, że tak nie można. Nie można żyć jedną nogą tu, drugą tam. Przystanek Alaska, z jego głównym bohaterem nowojorskim lekarzem, zesłanym na Alaskę w ramach rezydentury – takie wspaniałe miejsce, a tak serdecznie je nienawidził. Poczułam to. Nie chciałam tak. Zaczęłam doceniać gdzie jestem, zaczęłam dostrzegać piękno lawendowych pól, kwitnącej mimozy, francuskich alp, brzegu morza śródziemnego, historycznego centrum Vence – miasteczka, w którym mieszkałam, cytrusów dojrzewających w ogrodzie.
Ból tęsknoty zniknął. Nastał spokój.

Moja druga wielka wyprawa, w austriackie Alpy, była już znacznie łatwiejsza. Znacznie szybciej odkryłam piękno Salzburga, klimat tego przedgórskiego miasteczka, atmosferę wiecznie zatłoczonej Getreidegasse – ulicy z domem Amadeusza Mozarta. Tęskniłam do Polski, ale już nie tak skrajnie jak w pierwszych miesiącach pobytu we Francji.

A teraz w Stanach?
Również tęsknię. Ale to inny wymiar tego uczucia. Trudno mi go nawet nazwać. Nie wiem kiedy następnym razem wsiądziemy w samolot do Polski, a wcale mnie ta niewiedza nie smuci.

Tęsknię za przyjaciółmi. Za spotkaniami z nimi, za długimi rozmowami przy herbatach, na spacerach.
Tęsknię za miejscami. Za całym Trójmiastem, za moimi ulicami, za tym maciupkim mieszkankiem na Pradze, za podróżami po Polsce pociągiem.
Tęsknię za świętami spędzanymi po Polsku, za obrzędami z wielowiekową tradycją, za rytuałami, za zwyczajami.

Zatęskniłam bardzo za Polską pierwszy raz po trzech latach, kilka dni temu, gdy byliśmy w Chicago. Gdy w sklepie z polskimi produktami zobaczyłam całe alejki wedlowskich i wawelowskich słodyczy. Kiełbasy, szynki, pierogi, twarogi, śledzie. Gdy znalazłam się w gronie innych kupujących – Polaków. Gdy w IKEA zobaczyłam tych kilka mebli, które mam w Warszawie. Gdy pomyślałam, że są Dni Zmarłych a nie wiadomo gdzie jest cmentarz.
Te obserwacje i myśli ciągną mnie ku Polsce, przez tą swoistą tęsknotę nie zapominam o swoich korzeniach i nie chcę zmieniać moich malutkich tradycji, w których się wychowałam.

Na końcu świata, na najmniejszej bezludnej wyspie 24 grudnia przygotowałabym Wigilię, bo nie wyobrażam sobie bez niej świąt. Amerykanie i wiele innych narodów Wigilii nie zna.
Ale czy to znaczy, że ja mam o niej zapomnieć?


Comments

Refleksje o Tęsknocie — 3 Comments

  1. Ja tez obchodze wszystkie tradycje..ale chyba u nas w CHicago latwiej, bo mamy duzo papulacje polakow..

  2. Amerykanie nie znają Wigilii? Cholera, szczęka mi opadła i pędzę pisać mejla do kumpla z potwierdzeniem tej informacji, bo chcę uwierzyć, że śnie. Może w Nowym Jorku jednak znają :)

  3. Ano nie znają, nie obchodzą, tak jak my. Dla nich NAJ jest pierwszy dzień świąt, rano po śniadaniu rozpakowuje się prezenty.
    Katolicy maja w kościołach pasterkę, ale rzadko gdzie o 24tej, często o 21szej lub 22giej.
    Drugi dzień świąt też tutaj nie istnieje – to normalny dzień pracy.
    :-)

    Anglosaski kult pracy, a nie świętowania:-)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *