Pocztówki

Wiele się w moim życiu zmienia, patrząc wstecz, czytając archiwum tego bloga, rzec mogę śmiało, że prawie całe moje życie uległo ogromnej zmianie.
Ale są takie drobne sprawy, takie moje przyzwyczajenia, ulubienia, fascynacje, które wciąż pozostają niezmienne.

Nowe miejsca lub nie nowe, święta, urodziny, pory roku, narodziny, śluby, przeprowadzki do nowych domów, awanse, podziękowania to dla mnie zawsze okazje do wysyłania tradycyjną pocztą kartek.
Lubię kontaktować się w ten sposób ze znajomymi. Lubię wybierać widokówki z podróży i pozdrawiać za ich pomocą przyjaciół. Staram się pamiętać o urodzinach i rocznicach. Absolutnie nie jest to dla mnie jakaś trudność, raczej ogromna frajda.

Mam w sobie, trudną może do zrozumienia, fascynację pocztą. Chciałabym się kiedyś sama zapakować w kopertę i wysłać i obserwować jak to się dzieje, że przesyłka trafia od nadawcy do adresata. Byłaby to okazja do dalekiej podróży z różnymi przystankami, być może zakończonej niedoręczeniem do odbiorcy a skradzeniem przez listonosza złodzieja (w Polsce bardzo prawdopodobne).
Pisałam kiedyś na blogu, że chciałam pracować przy sortowaniu listów – nadal chcę – to według mnie logistyczny fenomen.

Gdziekolwiek bym nie mieszkała, zawsze ważna dla mnie była skrzynka na listy. Czasem to specjalny otwór w drzwiach wejściowych, czasem skrzynka na bramie, czasem zbiorcze zamykane schowki.
Ja uwielbiam biegać do skrzynki i sprawdzać czy listonosz przyniósł coś dla mnie.

Wczoraj niespodziewanie doręczono mi dwie pocztówki. Koleżanka ze szkolnej, licealnej ławy donosi mi o owcach na wyspie Gotlandii. Koleżanka z czasów naszej pracy w Pizza Hut przesyła mi pozdrowienia z Ciechocinka.
Ciekawy zbieg okoliczności, obie widokówki otrzymałam tego samego dnia, taka podwójna radość. Dziękuję!

Coś za coś. Piszę, odpisują:-)
Tradycyjną pocztą.

Kolejna Jesień

Nadeszła jesień. Szkolna. W poniedziałek zaczęłam jesienny semestr, trzeci rok w amerykańskiej szkole. Kolejny poziom angielskiego i kolejny poziom hiszpańskiego. Tym razem tylko wieczorne klasy, za którymi nie przepadam, no ale nie miałam wyboru. Dochodzi 15:00, wróciłam z pracy (w szkole) a na 17:00 z powrotem na hiszpański. Tak mam w poniedziałki i środy, we wtorki i czwartki na 19:00 mam angielski. Nie lubię się uczyć, nie chcę mi się, za stara już chyba jestem. Sto razy bardziej wolę pracować, gdzie oczywiście każdy dzień jest dla mnie lekcją angielskiego i wiedzy o systemie szkolnictwa w Kalifornii. O pracy mogłabym opowiadać godzinami. Bardzo lubię moje biuro, chociaż nie cierpię stanowej biurokracji.

Wspominam moje liceum w Gdyni zawsze poprzez klasę, poprzez ludzi, których widziałam każdego dnia, przez kilka godzin, z którymi przeżyłam 4 lata. Tutaj jest inaczej. Tutaj nie przynależysz do klasy, idziesz sam przez różne kursy, spotykasz ludzi i za chwilę o nich zapominasz. Brakuje mi szkolnych znajomych, tych cudownych przyjaźni jakie rozpoczynają się w szkolnej ławie. Tutaj studenci są sympatyczni, wiecznie uśmiechnięci, a jednak tacy obcy sobie, tak się czasem nawet powitać nie potrafią nawzajem (może nie chcą?). Nie lubię pracy w parach, pracy w grupach. Wolę sama. Jak już trzeba, to się przełamuję, akceptuję, grupa zawsze okazuje się fajna, pracujemy nad wspólnym projektem, ale potem jakby wszyscy o tym zapominają, jakby ta nić która nas połączyła przedsięwzięciem na zaliczenie, gdzieś się zrywa i bynajmniej nie przeradza się ta zwykła znajomość w bliższe koleżeństwo czy przyjaźń. Czasami mam wrażenie, że ci wszyscy studenci, których poznałam do tej pory, nie mają w ogóle przyjaciół. Oczywiście, że się mylę, ale tak to jakoś odczuwam. To jakże potoczne tutaj słowo friend, wytarło się chyba strasznie i nie oznacza tego samego co w Polsce. Tutaj każdy jest friend, ale jak daleko tym friendom do tych wszystkich moich polskich wiernych, bliskich, przyjaciół.

Dwa razy dmuchałam w urodzinowe świeczki w tym roku i dwa razy pomyślałam sobie to samo życzenie. Tylko jednego mi tutaj naprawdę brakuje. Zostawiłam w Polsce przyjaciół, znajomych, bliskich. Pragnęłabym tutaj też ich mieć, albo mieć nowych. Brak grupy fajnego towarzystwa najbardziej doskwiera mi na mojej amerykańskiej emigracji.
Ale najważniejsze jest to, że obok mnie każdego dnia jest mój największy przyjaciel, mój mąż.

Żona Podróżnika w Czasie

W piątek, z popcornem oczywiście, udaliśmy się do kina na Żonę Podróżnika w Czasie.
http://www.thetimetravelerswifemovie.com/
Ładny film, wzruszyłam się nawet, więc łzy mi pokapały.
Ekranizacja książki, która jakiś czas temu była tutaj bestsellerem, ale co ciekawsze, zanim została napisana Brad Pitt ze swoją wtedy żoną Jennifer Aniston zakupili prawa do jej sfilmowania. Skąd wiedzieli, że to będzie dobra książka? Skąd znali autorkę? Jak to się dzieje, że piszesz swoją pierwszą w życiu książkę a tu puka do Ciebie ktoś z taką ofertą? I to nie ktoś a same gwiazdeczki z Hollywood.
Czy kogoś kiedyś zainteresuje wersja kopciuszka ze mną w roli głównej? Tzn. nie żebym ja miała go odegrać, tylko, żeby mnie zagrano, żeby sfilmowano historię mojego niezwykłego życia.

A co do filmu, to niby romans a jednak science fiction, ale nie taki z kosmosem czy robotami, tylko z chorobą genetyczną, której oczywiście nie ma. Taki trochę dla mnie jak K-Pax czy Piękny Umysł.
Pokazuje historię kobiety, której facet znika na długie dni, tygodnie czasami lata z jej życia, a mimo to są razem, chcą być rodziną, rodzi im się córka. I oczywiście te zniknięcia tłumaczone są niespotykaną chorobą, chorobą której ‘ataki’ przychodzą znienacka i nie ma na nie żadnego lekarstwa. Oddana żona kocha i rozumie.

Ale nie trzeba filmu, nie trzeba zmyślonej przez autorkę książki, choroby, żeby spotkać kobiety, które czekają. Całe swoje życie czekają. Czekają na swoich mężczyzn. Czekają na nich jako dziewczyny, singielki, narzeczone, żony, kochanki, rozwódki, wdowy. Czekają bo mężczyźni ich życia pojawiają się i znikają. I niby mają na to wpływ, niby mogłyby coś zmienić, żeby już nie czekać, a jednak… Czekają. A faceci pojawiają się i znikają. I znowu się pojawiają i znowu znikają. Powroty i rozstania. Bo nauka, bo praca, bo kumple, bo inna kobieta, bo niedojrzałość do stałego związku, bo Bóg wie co…
I ilu mężczyznom, zaczyna się ta ‘choroba’ gdy są jeszcze małymi chłopcami, gdy przeżyją w swoim dzieciństwie jakąś tragedię: może rozwód rodziców, a może ich śmierć?

I więcej nie mogę napisać, bo opowiedziałabym film, który uważam, że warto obejrzeć i samemu przeanalizować wedle uznania.

Przeczytałam

Przeczytałam, po raz pierwszy w życiu całą, od deski do deski, książkę w języku angielskim. Był to dla mnie nie lada wyczyn, dla mnie, nie wierzącej w fakt, że takie coś może mi się przytrafić.
Kocham przecież czytać, ale po polsku proszę Państwa!

Czytam po angielsku, a jakże, materiały potrzebne do szkoły, przepisy w książkach kucharskich, gazety, książki dla dzieci, opowiadania, wierszyki.
Ale żeby tak całą książkę? Nieeee – to przecież za trudne.

Nie taki diabeł straszny…
Wybrałam lekką lekturę, w dodatku taką, którą czytałam po polsku i oczywiście jednego z ulubionych pisarzy współczesnych. Książki pisane przez Jeffrey’a Archera polecam znajomym od dawna. Zatem poleciłam sobie “Not a penny more, not a penny less” co w języku polskim zostało przetłumaczone na “Co do grosza”.
Lekkie pióro, bardzo zabawna historia, temat nadal aktualny. No i co najważniejsze nie zniechęciła mnie do czytania po angielsku.

book ksiazka

Yay Me! Część trzecia

Speach by Kasia:

To those of you who don”t know me I am Kasia, Mari’s little sister.
Well, the truth is I’m her cousin but as she’s never had a sister and
I’ve never had big sister, we decided we gonna call each other like
this.
I would like to begin by thanking all of you for sharing in this most
special day. I would also like to thank Mari for honoring me by asking
me to be her made of honor.
Mari and Greg, you both look absolutely stunning today!

Mari, you are like a sister to me and I love you very much. You’ve
always been there for me and I hope our friendship only flourishes in
the years to come. Although distance makes it difficult for us to be
involved so much in each other’s lives we still keep in touch. Here I
should say: Gmail saves friendships!!!

Greg is a fantastic man – smart, funny, loving and caring. I’m glad he
has found you, that’s why now I have to say: Thank’s God for Google!

OK, enough of these publicity:)

Thank you Mari for being such a wonderful, warm and caring best
friend. I’m glad you have found Greg – one who will always love you.

Now just because I’m not married and never have been, doesn’t mean I’m not an expert on the subject:)
So here are one single girls words of wisdom for the newly married couple. I hope you are both listening carefully..

Greg, you need to sharpen your skills on … MIND READING…
At no time and under no circumstances will the female let the male
know what she really wants.
For example, her purse is empty, fill it up… with CASH please.
The car is empty … Go fill it up.
The bin is overflowing … Go and take it out.
The lawn is overgrown…. Go and mow it.
The best way to remember an anniversary is to forget it just once.
Set the ground rules first and then do everything Mari says.
If you’re clever, you’ll always have the last word. However, if you’re
really clever you won’t use it.
Remember Greg that you can never ever be more tired than Mari. Foot
massages and back rubs must be performed on demand!
Greg, make her this happy always & you will be forever my hero!

Mari, there are also couple of things you need to remember… Men never need to ask for directions – they just drive around until they find
the place. Don’t mess with the remote control – it’s a guy thing.
Never interrupt a man whilst he is watching his sport.

Mari and Greg, there is something I need to ask you to do. I need the
both of you to stand and I need you to place your right hand on top of
hers…. Take a moment to feel how it feels,… because this will be
the only time that you will have the upper hand in this union.

And to both of you a little advice: When you are wrong, admit it and
when you are right, shut up!”

But on a more serious side:
I found this quote that I think it is appropriate:

“Throughout life you will meet one person who is unlike any other. This
person is one you could forever talk to. They understand you in a way
that no one else does or ever could. This person is your soul mate,
your best friend. Don’t ever let them go, for they are your guardian
angel sent from heaven up above.”

You two are so blessed to have found a best friend and so much love
and understanding in one another. I love you both and wish you all the
happiness in the world. You both deserve it. Take each day and cherish your time together. Love one another and stand together. Take time to talk to one another. Put your love and your family first; your job and your hobbies second.

I’ll now read a few cards out, most from people who couldn’t make it today:
To Greg @ Congratulations on your wedding @ Sorry it wasn’t me – we
could have been so good together, I’ll never get over you
From Britney Spears

To Mari @ If you ever change your mind – I will be waiting
From Brad Pitt

To Greg @ My Heart is Broken, I will cherish the time we had – you are such a Stud
From Beyince

To Marie and Greg,
We are very sorry we couldn’t make it. Little Bings got a chicken pox.
Congratulations and all the best!
Chandler and Monica

Ladies and Gentlemen, could you please raise your glasses for the
bride and groom.
To our husbands and lovers… may they never meet! Just kidding…

Mari and Greg:
May your love be modern enough to survive the times and old-fashions
enough to last forever. May the best day of the past be the worst day
of your future.
Cheers!

s9

Z pamięci pewnej małej dziewczynki…

Czasami zdarzało się tak, że dziewczynka dostawała jakieś nowe ubranie, gdy podrosła, dostawała pieniądze by sama sobie coś kupić. Nie działo się to często. Bardziej przy okazji kaca (rodzicielskie poczucie winy) niż przy okazji jej potrzeb, urodzin, czy świąt. Biegła do sklepu i wybierała to co widziała u innych koleżanek, to co znała i wiedziała, że jest akceptowane. Nigdy nie była odważna w oryginalnym ubiorze. Gdyby weszła na bal i zobaczyła kogoś w takiej samej sukni – ucieszyłoby ją to, a nie strapiło. Taka była.
Więc w miarę możliwości finansowych (siła kaca – siłą pieniądza) nabywała to o czym długo marzyła. I jasnym było to, że chciała tą rzecz założyć następnego dnia do szkoły. Było dla niej naprawdę ważne.

Niestety.

Zawsze słyszała te same słowa, wypowiadane bardzo głośno: ‘JUŻ NOWE UBIERASZ?!’ ‘JUŻ ŻEBY ZNISZCZYĆ!?’ ‘NIE MASZ JUŻ INNYCH UBRAŃ?!’

To niby kiedy nowa rzecz, przestaje być nowa – pytała samą siebie mała dziewczynka? Jak długo trzeba czekać by dana rzecz przeszła do grupy ubrań nie-nowych? Kiedy można ją założyć i nikogo tym nie denerwować?

Przecież chyba o to chodzi, żeby nową kupioną rzecz ubrać a nie odwiesić do szafy na nie wiadomo jak długi czas… może aż moda minie, wtedy na pewno to ubranko nie będzie już nosić znamion NOWEGO.

Dzisiaj ta mała dziewczynka jest księżniczką. Może mieć tyle NOWYCH ubrań ile jej dusza (właściwie ciało) zapragnie. I nie musi się martwic, że po zakupach nie będzie mogła tych ciuszków nosić.

Tak się czasami odmienia życie małych dziewczynek…

dior1

Julie & Julia od Kuchni:-)

W piątek na ekranach amerykańskich kin pojawił się film pt. Julie & Julia. http://www.julieandjulia.com/
Zaopatrzeni w duży popcorn i cukierki poszliśmy go obejrzeć.
Dobre, śmieszne kino.
Nie wiem czy zostanie zrozumiale przez Polaków, tym samym czy będzie ich tak bardzo bawić jak Amerykanów. Dużo w tym filmie historii, nie tej szkolnej, lecz tej kulturowej.
Trzeba wiedzieć, że Julia Child jest postacią prawdziwą. Trzeba wiedzieć jak ważną jest ikoną dla amerykańskich gospodyń domowych. Trzeba wiedzieć jacy Amerykanie byli (i chyba wciąż są) kiepscy w gotowaniu.
Z tą wiedzą i kilkoma innymi wyjaśnieniami, film staje się przezabawny.

A może przed niektórymi zagranicznymi filmami powinni pojawiać się w kinach wyjaśniacze i niczym Stanisław Janicki w programie W Starym Kinie, przybliżać widzom te wszystkie informacje, których nie maja jako non-native oglądacze?
A może dawna kronika filmowa przybrałaby właśnie taką informacyjną formę, takie wprowadzenie do filmu?

Chociaż może być i tak, że wszystko będzie wyjaśnione a my i tak tego nie pojmiemy…
Żeby zrozumieć Amerykę, trzeba tu jednak trochę pomieszkać.
Mieszkam już trochę i są takie sytuacje, których nadal nie pojmuję.
Choćby faktu, ze Amerykanie mieszkający w domach, mają piękne, nowocześnie wyposażone, ogromne kuchnie, ale w nich nie gotują.
Amerykańskie księgarnie obfitują w piękne, opasłe książki kucharskie, ale poza ich zakupem, Amerykanie nie poświęcą im już więcej uwagi, nie ugotują nic według przepisów w nich zgromadzonych.
Anglosaska niekulinarna kultura.
Szkoda, bo takie tu możliwości.

Dwa tygodnie temu przygotowałam łazanki. Makaron przywieziony z Polski już dawano zużyłam, bo łazanki oboje uwielbiamy. Wiec tutaj do swoich potrzeb zaadoptowałam farfale, czyli kokardki. Cebulka na oleju + kapusta kiszona + kiełbasa, trochę kminku (oj nie lubię, nie lubię kminku) no i oczywiście makaron. Zaniosłam do pracy z lekką obawą, jak Amerykanie zareagują na kluski połączone z kapuchą kiszoną. Zareagowali pozytywnie, bardzo im smakowało, bardzo chwili, bardzo dziękowali.

Tydzień temu wrzuciłam do garnka cebulkę na oleju, marchewki, ziemniaki, pora, korzeń pietruszki (parsnip, bo parsley to natka) i kalafiora. Trochę soli, trochę pieprzu. Rozgotowałam, zmiksowałam, oto moja zupa krem. Koloru pomarańczowego, bo marchew przejęła tym razem władzę. Oddzielnie w miseczce zielony groszek. Zaniosłam do biura, od nowa, ochy i achy, mniamy i yammy, jakie to pyszne i zdrowe, same warzywa.

Dzisiaj rano wyjęłam z zamrażalki puff pastry (ciasto francuskie) pokroiłam na małe prostokąty, na każdy z nich po troszeńku goat chease (ser kozi) na to plasterek jabłuszka, maźnięte to oliwą z oliwek i obsypane delikatnie tymiankiem. Taki mały finger food. I na powrót komplementy, słowa uznania wobec mojej kuchni, prośby o przepisy i takie tam.

Tak to właśnie wygląda, takie nic a tak cieszy, bo tutaj to albo się je w restauracji, albo z mikrofali. Oczywiście nie w każdym domu, generalizuję i przesadzam, ale przecież każdy wie, że to w Ameryce narodził się McDonald.

Gdy Julia Child pojawia się w Stanach ze swoją książką o francuskiej kuchni i programami w telewizji, to staje się niezwykle popularna. A gdy pojawia się film o niej z bardzo dobrą rolą Meryl Streep to słusznie wszyscy biegną do kin.
Nabyliśmy już słynną książkę kucharską, mam nadzieję, że kiedyś opiszę tu moją przygodę z gotowaniem według przepisów Julii.

Bloga przecież już prowadzę.

Yay Me! Część Pierwsza

Wczoraj minęły dwa miesiące.
Czas szybciorem upływa.
Było pięknie.
Było cudownie dzięki naszym szanownym gościom.
Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam w jednym miejscu zgromadzić te wszystkie ważne dla mnie osoby, które stanęły na drodze mojego życia, na których drodze stanęłam ja. Tych wszystkich ludzi, którzy są dla mnie bardzo ważni i dla których ważna jestem ja, teraz również z moim mężem.
Nie dało się oczywiście zgromadzić wszystkich. Tych kilku wspaniałych przyjaciół, którzy z różnych powodów nie dotarli na nasz ślub, mieliśmy szansę odwiedzić w ich krakowskich i warszawskich domach.
Kochani Goście – dziękujemy, że byliście z nami!

s6

s3

s88

s4

s7

s5

s2

s1