Od poniedziałkowego wieczoru do czwartkowego popołudnia bawiliśmy w Disneylandzie.
Bawiliśmy w sensie byliśmy i w sensie zabawy też, bo przecież głównie po to Walt Disney stworzył to miejsce. Całą środę przeznaczyliśmy na wycieczkę do Hollywood, do Universal Studios. W domu nie było nas 4 dni i według mnie ten czas spędzony w południowej części Kalifornii w zupełności wystarczył. Było super, ale jeszcze jeden dzień dłużej i zwariowałabym od specyficznego hałasu tego miejsca.
Ten specyficzny hałas to nic innego jak drące się w niebogłosy dzieci.
Disneyland to takie Las Vegas tylko, że wersja dla dzieci. W wielkich kasynach Las Vegas nieustannie słychać dźwięk przegrywanych pieniędzy, szum maszyn, brzęczenie monet, okrzyki radości i rozczarowań. Ani centymetra kwadratowego ciszy. W Disneylandzie natomiast słychać dzieci. Nie miałabym nic przeciwko tym odgłosom, bo przecież to miejsce jest właśnie dla nich, gdyby nie fakt, że częstotliwość fal pisków, wrzasków, krzyków, histerii, wycia, ryczenia jest dla mnie nie do zniesienia.
Kocham dzieci i fakt ten potwierdza choćby moja wieloletnia praca z nimi. Mam referencje, mogę otrzymać rekomendacje do kilku mam, które powierzyły mi swoje pociechy pod opiekę. Dlaczego zatem nie ma we mnie tolerancji do darcia dziecięcych buź?
Może to dlatego, że sama nie jestem rodzicem.
Może to dlatego, że żadne z dzieci, którymi się opiekowałam buzi nigdy nie darło, przynajmniej nie w mojej obecności.
Może to z jeszcze innego powodu…
Nie denerwują mnie dzieci same w sobie, denerwują mnie głupi rodzice.
Obserwuję matki na lotniskach, w restauracjach, w sklepach.
Obserwuję matki w Polsce, we Francji, w Stanach.
Te w Stanach są według mnie zdecydowanie najdziwniejsze.
Wychowują swoje dzieci w metodzie bezstresowej co znaczy tylko tyle, że w ogóle nie wychowują. Stałam w kolejce do kasy, w księgarni, a przede mną może 3-4 letnia dziewczynka, wspinała się po ustawionych na podłodze wielkich albumach. Jej mama kompletnie nie zwracała na nią uwagi. Dziewczynka butami niszczyła okładki książek, matka nawet nie drgnęła. Do kogo mieć pretensje? Do tego maleństwa, które nie ma najmniejszego pojęcia o tym, że robi coś nieodpowiedniego, czy do matki idiotki, która zainteresowana jakimś kolorowym pismem (może o dobrym wychowaniu dzieci?) swojej córce nie wyjaśniła, że tak robić nie wolno.
Stoję w kolejce do odprawy, a przede mną młodzi rodzice z dziećmi w wieku jeszcze wózkowym. Może to ich pierwsza wycieczka samolotem? A może nie, może właśnie zawsze powtarzają tak oczywiste błędy. Wózki trzeba nadać, po raz kolejny nie są na to przygotowani, w wózkach luźne rzeczy typu kocyki, zabawki, pieluchy, butelki z kaszką i sokiem. I dzieci, które nie chcą z wózków zejść, więc trzeba walczyć. Oto scena z donośnym wrzaskiem sprzeciwu dzieci i zaambarasowanymi rodzicami, bo przecież coś trzeba zrobić. A ludzie czekają, minuty upływają, samoloty odlatują. Tyle spragnionych dzieci już widziałam upominających się o jakiś płyn właśnie wtedy gdy należy odpowiadać na pytania obsługi lotniska, pokazać paszport, przechodzić przez kontrole bagażu i samego siebie. Wtedy właśnie dzieciom chce się pić i rodzice niczym wierni słudzy swoich pociech spełniają te zachcianki, nie zważając, że za nimi inni ludzie bezdzietni, lub z dziećmi ale dobrze wychowanymi czekają na swoją kolej, czekają, czekają. A właściwie dlaczego to dziecko nie może poczekać tych kilkunastu sekund, aż rodzice zakończą odprawę, aż przejdą przez kontrolę, aż wsiądą do samolotu? Czy to takie trudne wytłumaczyć dziecku, nastawić je odpowiednio na podróż? Dlaczego jedni rodzice to potrafią a inni nie?
Na lotnisku w San Francisco, w red carpet club spotkałam 5osobową rodzinę. Rodzice i 3 małych chłopców. Czy to przypadek czy genialne założenie rodziców, każdy synek miał pomarańczowy polar i ojciec też. Maszerowali jeden za drugim, prowadził tata, zamykała mama. Tym rodzicom z pewnością dzieci nigdy się nie zgubią. Takim rodzicom należy się medal! Z takich rodziców należy brać wzór.
Matka podróżująca z synkiem przy kontroli bagażu podręcznego dowiaduje się, że na pokład samolotu nie można zabrać wody mineralnej. Nieważne, że za nią kolejka ludzi zmęczonych czekaniem, różnymi podróżami, ona otwiera butelkę z wodą i rozkazuje dziecku wypić. Ono nie chce, ono się sprzeciwia, nie chce mu się pić, ale to nieistotne, woda kupiona, nie może się zmarnować, wypić trzeba teraz, na zapas! Matko głupia to tylko woda! To nie lek ratujący życie twojemu dziecku, to nie eliksir życia, którego każda kropla jest niezwykle cenna, to woda za 2 złote, czemu zmuszasz swoje dziecko, to nie jego wina, że ty nie znasz lotniskowych przepisów bezpieczeństwa! – chciałoby się jej wykrzyczeć.

Wracając do Disneylandu, jest jakaś dolna granica wieku dla człowieka, nie potrafię jej teraz podać, ale drogi czytelniku-rodzicu, powiedz mi szczerze, czy np. dwu-trzy latek kuma w ogóle o co chodzi w tym parku? Z pewnością rozpozna postacie z ulubionych kreskówek, z ulubionych filmów, ale czy wytrzyma całodniowe (często całotygodniowe!) chodzenie po wielohektarowym parku, upały, ogromne kolejki do każdego rajdu, piski rówieśników, przeogromny hałas dobiegający z kinowych sal, strachy z domu horroru. Z mojego bardzo świeżego doświadczenia wnioskuję, że te wszystkie rozwrzeszczane dzieci bynajmniej nie darły swych buź z radości i podekscytowania, tylko ze zwyczajnego zmęczenia. Może rodzice myślą sobie, że sprawią frajdę swoim dzieciom zabierając je do wspaniałego świata bajek i zabawy, ale czy zdają sobie sprawę z faktu, że ich maleństwo być może jest jeszcze na to wszystko za małe? A może to nie kwestia wieku, ale odpowiedniego wychowania, którego tutejszym dzieciom niestety czasami brakuje.

Drogi rodzicu, wyłączony kompletnie na wrzaski swojego potomstwa, pomyśl czasem o innych ludziach, pomyśl o tym, że inni być może nie posiadają takiej jak ty blokady w mózgu czy uszach i słyszą każdy pisk twojego syna czy córki. Ci ludzie chcą zrobić w spokoju zakupy, zjeść w cichej restauracji posiłek, odbyć w samolocie długą podróż przy szumie wielkich silników ale bez wrzasków małolatów.


Comments

Disneyland, dzieci i ich rodzice — 1 Comment

  1. Zgadzam sie z Toba w 100%. Sama jestem matka dwojki dzieci i w Disneyu bywamy co jakis czas. Tylko krytykujac tych rodzicow trzeba wziasc poprawke, ze nie wszyscy mieszkaja blisko, dla niektorych jest to podroz zycia. Jesli ktos przyleci do Disneya na 3 dni, to chce obskoczyc caly park i wykorzystac maksymalnie wykupiony bilet. Rodzice wtedy nie mysla, ze mozna na spokojnie wrocic ze zmeczonym dzieckiem do hotelu na pore drzemki, rodzic woli wepchnac dziecko do wozka i jak sie tylko zbudzi dalej “Zaliczac” atrakcje. Dla mnie to masakra i znecanie sie nad dzieckiem i samym soba. A co do podejscia Amerykanek wole sie nie wypowiadac, bo sama zostalam odsadzona od czci i wary, jak zwrocilam swoim dzieciom uwage, ze zachowuja sie za glosno. Ludzie tutaj uwazaja, ze to sa tylko dzieci i maja prawo do krzyku i wyrazania swojego zdania.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *