Czy dobrobyt krzywdzi ludzi?

Takie pytanie zadaję sobie od kilku dni.
Czy dobrobyt sam w sobie jest dobry czy zły?
Czy brak dobrobytu to bieda? Jeśli tak to jaki jest rodzaj tej biedy?
A może jednak brak dobrobytu uszlachetnia, uwrażliwia, wzmacnia?

Kim byłabym dzisiaj, gdybym przyszła na świat w zdrowej, zamożnej rodzinie? Dokąd bym zaszła wiedząc, że mam oparcie w rodzicach, zapisany przez bogatą babcię, spory spadek, ojca chrzestnego – rekina światowej finansjery?

Gdy byłam małą dziewczynką, w naszym domu były pieniądze, ciężko zarabiane przez moich rodziców. Potem niestety dom przestał istnieć i zostałam przez życie zmuszona do pracy. Na wiele rzeczy nie było mnie stać, o wielu rzeczach nie mogłam nawet marzyć.
Trwałam od wypłaty do wypłaty.

Kupowanie czegokolwiek w Spehorze, było w moim odczuciu szczytem bogactwa.
Pracowałam, zarabiałam, płaciłam rachunki, kupowałam jedzenie. Czasem coś zaoszczędziłam, czasem pożyczałam, żeby przeżyć.
Na moje wymarzone marteny czekałam 8 lat, na upragniony komputer prawie 10 lat.

Dzisiaj nie marzę o wygodnych butach Ecco, dzisiaj je noszę.
Dzisiaj kupuję bliskim prezenty w Sephorze.
Dzisiaj Mikołaj przynosi mi już nie notebooka, a netbooka.

Obserwuję ludzi w kraju gdzie dobrobyt jest powszechny.
W kraju, w którym nawet gdy jesteś ‘zarejestrowanym’ biednym i jadasz posiłki w stołówkach dla bezdomnych, z pewnością masz samochód.
W kraju, w którym żywności nie jest droga.
W kraju, w którym jak i na całym świecie, za trzy dni będzie Boże Narodzenie.

Tak sobie myślę, że 50, może 100 lat temu, gdy rzeczy materialne nie stanowiły takiej wielkiej wartości dla naszych przodków, prezentem na święta była ta szczególna atmosfera.
Nie biegli nasi dziadowie do centrum handlowego.
Nie biegły nasze babki na shopping.
Bo nie było sklepów? Jasne, że były.
Ale może wtedy coś innego było ważniejsze niż paczki pod choinką?
Jeśli rodzina mieszkała na wsi, to z pewnością dziadek zabił świnię, może owcę, może choć kurę. Babcia nagotowała rosołu, narobiła szynek i kiełbas, a wujowie może to uwędzili. Ciotki piekły ciasta, takie ciasta, na których smak czeka się cały rok. Była choinka z ręcznie robionymi ozdobami.
Przygotowanie było ciężką pracą i jednocześnie prezentem dla pozostałych członków rodziny. Może ktoś dostał ciepłe, wełniane skarpety, ktoś dostał szalik i czapę, ktoś inny jakąś interesującą książkę. Ale te prezenty to tak przy okazji, przy wielkiej okazji jaką była wspólna wieczerza, wspólny obiad.

Gnamy po sklepach, z ogromnym stresem czy uda nam się dla każdego coś kupić. Pewnie, że się uda, wszędzie wszystkiego pełno. A co gdy prezent nie przypadnie do gustu? Sklepy wychodzą naprzeciw i temu – ofiarują specjalny rachunek bez ceny, upoważniający do zwrotu zakupionego towaru. Więc kupujesz coś i usprawiedliwiasz się, że jeśli nie trafisz to obdarowany ma drogę odwrotu.
Moim zdaniem to taka jedna wielka idiotyczna łatwizna!
Nie musisz się ‘natrudzić’ żeby dobrać jakąś odpowiednią niespodziankę.
Nie musi się adresat nawet cieszyć na siłę lub martwić, jak mu nie pasuje to odda, wymieni, przekaże jako upominek komuś innemu.
I tak się to wszystko idealnie spłyca.
I gdzie w tym atmosfera sekretu, niespodzianki, radości, że dostałam może nie wymarzoną rzecz, ale jednak ktoś dla mnie to przygotował, ktoś poświęcił czas i środki i kupił mi tą książkę, ten sweterek, tą broszkę. Gdzie prawdziwa, szczera radość?
W czasach dobrobytu coraz mniej rzeczy cieszy, a coraz więcej stresuje.
Twoja prababka ucieszyłaby się z każdego szalika, bo nie miała żadnego, Twoja córka fuknie przy odpakowywaniu, że zielony kolor jest brzydki, nie będzie go nosić, wymieni na inny kolor, lub na czapkę, bo szaliki to i tak ma już trzy.
Pradziadek radośnie patrzył na tradycyjny barszcz z uszkami, czekał na niego rok, Twój syn nie znosi barszczu, nie znosi grzybowej, więc gotujesz mu mimo że to przecież święta, pomidorówkę. On nie wie co tradycja, Tobie już nie chce się go uczyć, tłumaczyć, przekonywać, nakłaniać.

To moje pierwsze święta w Stanach. I napiszę szczerze, że trochę się tego czasu boję, czy wystarczy mi siły i samozaparcia by przygotować choć w połowie wigilię z tradycjami, taką, jaką przygotowywały przed laty moje babcie, jaką co roku przygotowują moje gdańskie ciocie? Nie ma tu świeżych śledzi, nie ma tu karpia, pani w sklepie nie potrafi nazwać korzenia selera, żeby odnaleźć jego cenę, pasterka o 22giej.
Ale mamy opłatek, mamy biały obrus, jest kilka tradycyjnych wigilijnych potraw, które potrafię przygotować. Więc może się uda…
No i ta szczególna atmosfera.
Niech jej nie zabraknie.
Bardzo gorąco Wam jej życzę.
Radujcie się z Narodzenia Pana i z każdej chwili spędzonej z Waszą rodziną przy choince!
Wesołych Świąt!
Marry Christmas!
Fröhliche Weihnachten!
Feliz Navidad!


Comments

Przedświąteczne refleksje — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *