William Wharton umarł w środę w Kalifornii. Miał 82 lata. Polscy czytelnicy go wielbili, choć dla krytyków był niezłym pisarzem drugorzędnych powieści. rp.pl

Umarł w kraju, w którym przyszedł na świat i w którym tak niewielu ludzi o nim słyszało.
Amerykanie niby sporo czytają, półki w księgarniach zawsze zapełnione, ceny stosowne, ale jak opowiadam w szkole, że jedną z moich najpiękniejszych książek jest „Imię Róży” napisane przez Umberto Eco, to nikt nie wie o czym mówię. Może podobnie byłoby z Whartonem…

Jako dziecko nie lubiłam czytać. Nie cierpiałam wręcz! Szkolne lektury to była dla mnie ogromna męka. Nie szkolne książki też. Pamiętam jak się kiedyś wkurzałam na książkowe prezenty, to była najgorsza z możliwych niespodzianek; dostać pod choinkę albo na urodziny książkę.

W podstawówce (jestem z tych co ukończyli ośmioletnią szkołę podstawową i nie uważam, że to było coś złego, nie rozumiem tej całej reformy) miałam kłopoty z pisaniem wypracowań na języku polskim. Nie lubiłam pisać równie mocno jak nie lubiłam czytać. W ósmej klasie zapytałam moją polonistkę czemu tak mam, czemu moje wypracowania to zaledwie kilka zdań i czemu nie czuję, że powinnam coś więcej w nich zawrzeć niż tych kilka podstawowych informacji o lekturze. Pani Sieradzińska (z SP. 11 w Gdyni Orłowie) wydała prostą diagnozę: nie czytasz, to i nie masz o czym pisać, nie masz w domu z kim rozmawiać, to i nie masz za dużo do powiedzenia. Nieśmiało zaczęłam pisać mój pamiętnik. Nieudolne to moje pisanie było. Bo nadal nie czytałam. Bo nadal nie potrafiłam dostrzec w książkach nic ciekawego.

Bardzo się w tym temacie zmieniłam. Od 15stu lat książki są w gronie moich najwierniejszych, najukochańszych przyjaciół. Kocham czytać, chociaż nie nazwałabym się książkowym molem.

A wszystko przez „Ptaśka” Williama Whartona. Mammamija jak mnie ta książka zafascynowała, jak ogromnie cieszyłam się, że ją czytam i że tak bardzo mi się podoba. Nie było w niej zdania nudy, przeżywałam ją wtedy na swój nastoletni sposób, a po skoczeniu głód czytania był tak silny, że chwyciłam po następną prozę tego autora. A potem też po innych pisarzy. Ich ksiązki okazały się równie ciekawe. Przeczytałam wszystkie Panysamochodziki Zbigniewa Nienackiego i po kolei wszystko Jonathana Carrolla i Jeffreya Archera i Paulo Coelho i mnóstwo innych znanych i mniej znanych pisarzy.
Ale zawsze będę pamiętać, że prawdziwą przygodę z książkami zaczęłam dzięki Whartonowi.

Spełniło się kiedyś moje marzenie, żeby go osobiście spotkać. W Teatrze Wybrzeże w Gdańsku odbyła się jedna z jego pierwszych książkowych promocji. Może gdybym zajrzała do swoich papierowych dzienników, których nie ma ze mną w Stanach, przypomniałabym sobie dokładną datę tego pamiętnego spotkania. Do teatru przybyłam z Dagmarą, koleżanką ze szkolnej ławy, dużo, dużo za wcześnie. Ale pośpiech bardzo się opłacał, miałyśmy miejsca w drugim rzędzie (pierwszy zarezerwowany dla VIPów). Dano przybyłym sposobność zadawania pytań autorowi. Ludzie pytali a Wharton odpowiadał, wszystko z udziałem tłumacza. Moje serducho biło coraz szybciej bo i ja chciałam coś powiedzieć do mojego bohatera. Zgłosiłam się, pozwolono mi przemówić, nie zapytałam o nic. Podziękowałam. Podziękowałam za trzy rzeczy. Za ptaki, które w tak wspaniały sposób potrafi opisać w swoich powieściach, za nadzieję w spełnienie marzeń (zacytowałam jedną z jego wypowiedzi, krótkie zdanie, które przez wiele lat było moim mottem) i za to spotkanie, za to, że dał nam taką możliwość, za to, że przyjechał do Polski, by przybliżyć się do swoich czytelników. Ledwie skończyłam mówić, gromkie brawa wypełniły cały teatr. Brawa dla mnie za moją wypowiedź, brawa potwierdzające łączność tych wszystkich, którzy przybyli z moimi słowami. Dagmara powiedziała: „ślicznie to wyraziłaś” i pogratulowała mi odwagi. A ja w szoku i zdenerwowaniu nie wiedziałam o co w ogóle chodzi:-)

Po roku, po raz drugi spotkałam Whartona w księgarni na Starym Mieście w Lublinie. Podpisał mi kolejną książkę, zrobiłam kilka zdjęć.

To prawda, że nie wszystkie książki Whartona są dobre.
Tych kilku ostatnich nie czytałam.
Miałam już inny etap w życiu, potrafiłam odnajdywać ciekawszą lekturę niż powtarzanie tego co już wcześniej było w innych jego powieściach użyte.

Ale jeśli ktoś z Was nigdy dotąd nie miał okazji poznać losów chłopca kochającego ptaki, grupy żołnierzy w ogniu wojny, sagi rodzinnej trzech pokoleń pewnej amerykańskiej rodziny, polecam na te jesienne wieczory: „Ptaśka”, „W Księżycową, Jasną Noc”, „Tato”.
I „Spóźnionych Kochanków” też!


Comments

William Wharton — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *