Za trzy tygodnie ślub.
Za pół godziny wizyta u krawcowej.
Sukienka wisi tuż obok mnie. Nie jest to moja wymarzona suknia ślubna ale tylko dlatego, że nigdy nie marzyłam o sukni ślubnej. W sklepie było ich niespełna tysiąc. Pierwsze 10 minut przeglądania i wybierania przeraziło mnie. Suknie z kilometrowymi trenami, z milionem cekinów, kokardek, wstążeczek, koronek. Suknie-choinki rzekłabym. Udało mi się odnaleźć sześć zgodnych z moimi oczekiwaniami. Proste, długość równo z ziemią, minimalny tren, gorset, gołe ramiona, w kolorze ivory. Pani, która pomagała mi każdą z tych sukien zakładać, spędziła ze mną przeszło godzinę w przymierzalni. Wybrałam dwie. Z dwóch łatwiej wybrać niż z sześciu czy tysiąca. Ostateczna decyzja podjęta, sukienka zamówiona, miała być dostarczona z Nowego Yorku po trzech tygodniach, zadzwonili ze sklepu po dwóch, że już jest. Teraz czekają ją drobne poprawki, jeśli tylko krawcowa tak zdecyduje, według mnie jest OK.
Do sukienki trzeba dobrać buty. I welon.
A potem bukiecik.
No i kwiaty na stół do restauracji.
No i menu.
No i tort.
Fryzura.
A zaproszenia? To też była jakaś decyzja.

Śmieję się i denerwuję na przemian. Nie cierpię decydować. Gdybym wiedziała, że ślub to pasmo podejmowania miliona decyzji to chyba zostałabym starą panną:-)

Za trzy tygodnie, po słowach „I DO” nadal będę Marią B. Nie zmieniam nazwiska. Z wygody i z przyzwyczajenia, od zawsze jestem Marysią B. i to po prostu część mnie. Nie chcę tego zmieniać. A przyszły mąż zaakceptował moją zachciankę:-)


Comments

Niełatwe decyzje — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *