Minął miesiąc.
I chociaż od czasu kiedy samolot amerykańskich linii lotniczych UNITED, ze mną na pokładzie, wylądował na lotnisku w San Francisco, napisałam zaledwie kilka krótkich notek, to w moim życiu wydarzyło się wiele.
I niektóre z tych wydarzeń z pewnością opiszę tutaj.

Zanim jednak to nastąpi, pragnę poinformować szanownych czytelników, że wszelkie moje opisy Ameryki i życia w niej, będą bardzo subiektywne. Będę chwaliła pod niebiosa ten kraj, jak również wysyłała go do diabła. To moje pisanki i nakazuję Wam (!) zachować odpowiedni dystans.
Piszę bo lubię pisać, piszę to co lubię pisać. Jak się nie podoba, to wynocha!:-)

Na całym świecie jest wiele zła, wiele niesprawiedliwości, wiele nieporozumień, głupoty. Także na tym kontynencie. Wiem o tym dobrze i pewnie nie raz o tym jeszcze tutaj napiszę. Ale napiszę też wiele dobrego o tej mojej podróży, którą nazywam podróżą w czasie. NAPRAWDĘ! Będąc tutaj czuję jakbym przeniosła się w czasie. Może jakieś sto, dwieście lat w przyszłość względem naszego słowiańskiego kraju nad skisłą Wisłą. Tak to właśnie widzę i właśnie tak to będę przedstawiać w moich zapiskach.
Oczywiście mam słaby wzrok, ale mam też różowe okulary i przez nie spoglądam na świat.

Wczoraj byłam w koledżu na pierwszej lekcji języka angielskiego.
Wiele, wiele lat uczyłam się angola w Polsce. Poznałam sporą ilość kiepskich nauczycieli tego języka i zaledwie dwóch, może trzech naprawdę dobrych – to mało jak na spory nasz kraj, jak na trzy duże miasta, w których mieszkałam.
Wczorajsza trzygodzinna lekcja, była najlepszą lekcją angielskiego w całym moim życiu. Genialna ticzerka, ciekawy podręcznik, dobra uczelnia. Jutro lekcja druga:-)


Comments

Z arnoldowego stanu — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *