Pieski małe dwa…

Gdy słyszę, że w Polsce jest 8 milionów psów, to za nic nie potrafię sobie wyobrazić jednocześnie 8 milionów szczęśliwych ich posiadaczy. Odpowiedzialnych hodowców, dobre opiekujące się tymi zwierzakami rodziny.

Widzę 8 milionów kup każdego dnia. Ciekawe ile to ton? Kupy na trawnikach, na chodnikach, w parkach. I zaledwie garstka spacerowiczów wyposażona w torebki do których trafiają psie odchody.

Słyszę 8 milionów psów ujadających w małych blokowych mieszkankach, wiernie czekających na swoich właścicieli, aż ci wrócą z pracy, z imprezy, z zakupów. Biedne psy szczekające z przerażenia może, ze samotności może, z powodów czysto fizjologicznych może, a może ujadające na jakże potężną głupotę swoich opiekunów.
Opiekunów? Sprawców przemocy chyba!

Wyobrażam sobie 8 milionów ofiar (ostro?) pogryzionych przez psy. Co rusz wiadomości donoszą o nieszczęśliwych wypadkach, właśnie z udziałem tego zaprzyjaźnionego podobno z człowiekiem zwierzęcia.
Albo noworodek zagryziony przez pitbula, albo dwunastolatek pogryziony przez burka z łańcucha…
Za wyjątkiem tej grupy psiaków, które służą wiernie niewidomym, które pomagają ratownikom, które ‘pracują’ w szeregach straży granicznej.

Znam kilka piesków, którym jest w życiu dobrze. To na przykład: Piesek Reksio, Piesek Bingo, Piesek Baluś. Dlaczego one nie muszą ujadać godzinami w oczekiwaniu aż ktoś im ulży najkrótszym bodaj spacerem, jakimkolwiek towarzystwem? Jakaż prosta jest odpowiedź: ich właścicielami są ludzie rozumni.

Błagam! Jeśli masz psa to zatroszcz się o niego należycie.
Pies to OGROMNY obowiązek, a nie gadżet, którego posiadasz na pokaz, lub do towarzystwa na spacerek po gazetkę rano i na papieroska wieczorem!!!

Órodziny

O mamooooo zapomniałam o Twoich urodzinach, archiwum bloga przypomniało mi, że były w pewien czerwcowy czwartek.
I Twoich też. Były w lutym.
I Twoich, które miałeś w kwietniu.

To bardzo dobry znak, nie pamiętać o TYCH właśnie urodzinach:-)
Nareszcie odchodzicie w zapomnienie…

płaszczyk od Burberry

Reklama

Aneta Kręglicka słowami: “Miliony gwiazd zazdroszczą kobiecie, która nosi choćby jeden brylant” reklamuje biżuterię APARTU.

No proszę, nie wiedziałam, że gwiazdy mi zazdroszczą;-)

Felieton

Dwieście czwarty numer miesięcznika, jeśli dobrze liczę, ukazuje się na polskim rynku od 17 lat. A po raz pierwszy go kupiłam. Twój Styl to grube, kolorowe czasopismo, składające się z reklam prasowych i próbek reklamowych różnych kosmetyków oraz z niewielkiej ilości tekstu do czytania.
Kupiłam, bo irlandzka kuzynka streściła mi przeczytany właśnie w Twoim Stylu, felieton Agaty Passent. Zainteresował mnie.
Kiedyś Asia komplementowała moje pisanie słowami: „Czytam twoje zapiski na równi z felietonami Agaty Passent”. No tak, tylko ja osobiście nigdy jej nie czytałam. Dzisiaj był ten pierwszy raz.
Skan tekstu zamieszczam tutaj, może ktoś z Was będzie chciał też go przeczytać. I życzyłabym sobie by pośród tych ktosiów byli w dużej części mężczyźni.

Drodzy Panowie, pomińcie wszystkie głupiutkie feministki i uwierzcie, że oprócz nich są prawdziwe kobiety, które czekają na prawdziwych dżentelmenów.
Jestem bardzo szczęśliwa, że przed kilkoma miesiącami odnalazł mnie taki taktowny kompan i mogę każdego dnia doświadczać tego o czym traktuje ta wypowiedź.



Drobne

Byłabym hipokrytką narzekając na Polskę, w odniesieniu do innych krajów, nigdy w nich nie będąc.
No ale mam tą przewagę, że byłam. Bywam. I będę bywać.

Jak to się dzieje, że w niektórych, wydawać by się mogło, niezwykle prostych sprawach reprezentujemy w naszym kraju, grzecznie mówiąc prekambr.

Pół roku we Francji.
Trzy lata w Austrii.
Zaledwie w ostatnich miesiącach podróż do Włoch, Belgii, Holandii, Hiszpanii.
I ani jednego przypadku kasjerki, która otrzymując banknot odpowiedziałaby na jego widok: „ Nie mam wydać.”
Ja już nie potrafię w takich sytuacjach być cierpliwa, grzeczna, tolerancyjna.
Co to znaczy, że się nie potrafi należycie zadbać o swoje stanowisko, które ogranicza się zaledwie do jednej szuflady z przegródkami, w której jest bilon, banknoty i wydruki potwierdzające płatność kartą?!?
Obowiązkiem kasjera powinno być takie dysponowanie pieniędzmi, by móc wydać najbardziej wyszukane sumy reszty dla klienta. Jeśli stu ostatnich klientów zapłaciło banknotami o wysokim nominale, czego skutkiem jest brak drobnych w kasie, to obowiązkiem kasjera jest niezwłoczne poinformowanie o tym, nie kurwa klienta, ale przełożonego, który ma również dbać o drobne.

Ale u nas jest tak:
– przepraszam, ale nie mam wydać
– może pan/pani rozmieni tu obok
– może pan/pani coś jeszcze dokupi
– będę dłużny 20 groszy
– proszę poczekać, muszę pójść rozmienić – tutaj kasjer zamyka kasę i biega szukając ratunku tam i siam, trwoniąc cenny czas płacącego

Czy to naprawdę takie trudne zadbać o to, by w każdej przegródce znajdowały się odpowiednie monety?
Czyż nie można prosić o drobne, tych właśnie klientów, którzy płacą gotówką, o te końcówki przynajmniej?
Czyż nie można w kasie trzymać bilonu w rolkach, tak na wypadek gdyby się wszystkie drobne skończyły?

Dlaczego kasjerzy, kasjerki i ich przełożeni w innych krajach potrafią radzić sobie z tym problemem, tak by przez sekundę nie dotyczył on klienta.

W Starbuck’u można wręczyć banknot stu dolarowy i kupić za to najmniejszą, najtańszą kawę. I nie usłyszy się z pewnością tekstu: „Przykro mi, ale nie mam wydać, z taką kasą nie wypije pan tej kawy”.

Pracowałam w sklepie, pracowałam w restauracji, nie przypominam sobie bym kiedykolwiek odesłała klienta by rozmienił sobie pieniądze, bo ja nie mam mu wydać.

Autko

Jest taki samochód na którego widok wzdycham. A jak przejeżdża ulicą to nie sposób mi oderwać od niego wzrok. Nie wiem skąd ta słabość. Słodkie, zabawne, rozśmiesza mnie. Kiedyś, gdy pojawiło się na drogach, było na szczycie listy moich marzeń.

Pewien mały chłopiec, którym się opiekowałam w roku 1998 podarował mi na gwiazdkę samodzielnie kupiony okaz, przedstawiony na poniższym zdjęciu.
Wręczył go ze słowami: „Nie mogę ci kupić prawdziwego, więc na razie tak spełnię twoje marzenie.” Byłam wzruszona uważnością tego dziecka. Piękny prezent, mam go do dziś.




Przed kilkoma dniami mój narzeczony zapytał:
– Chciałabyś mieć taki samochód?
– Ale ja przecież nie mam prawa jazdy.
– To nic, postawimy go przed domem. Będziesz mogła sobie wsiadać i wysiadać:-)))



In God We Trust

Aleje Ujazdowskie.
Ludzie przed bramą ustawieni w kolejce, dość sprawnie się przesuwają ku wejściu.
Nigdy nie myślałam, że do nich dołączę.
Ba, nawet nigdy specjalnie tego nie pragnęłam, nie marzyła mi się podróż za ocean.
Pan spojrzał na mój wniosek, na paszport, na zdjęcia, rozkazał wyłączyć telefon.
Mogłam przejść dalej.
Plecak jak na lotnisku trafił do tunelu prześwietlającego, telefon został mi odebrany (pierwszy raz w życiu ktoś skonfiskował moją komórkę!), zegarek zdjęty, przeszłam przez bramkę, nic nie piknęło – pan się rozczarował z lekka, może miał ochotę podtykać mnie tu i ówdzie, ale nie miał powodów.
A potem to już tak jak w szkole, a może tak jak w wojsku, ale nie mogę porównać, bo żołnierzem nigdy nie byłam.
Żółta linia, pan wykrzykuje do tłumu, że ma się ustawić, że ma czekać, że po jednej osobie do niego.
Zagląda w papiery, tłumaczy jasno, że zaznacza pola wniosku, które trzeba będzie uzupełnić, bo to konieczne. Wypełniam to czego, z różnych przyczyn, nie zaznaczyłam wcześniej. Pan sprawdza jeszcze raz, wskazuje dalszą drogę.
Siadam na ławeczce (za żółtą linią oczywiście) przed szklanymi drzwiami, aż słyszę zaproszenie przez głośnik, że mogę przejść dalej. Wchodzę.
– Turystycznie? – słyszę pytanie.
– Nie. Za chlebem, jak najdalej od braci K. – odpowiadam
Oczywiście, że tak nie odpowiadam, choć po trosze tak jest.
Pani wykonuje swoje obowiązki, skanuje czytnikiem taką czarną plamę wygenerowana przez mój domowy komuter i czary mary cały papierowy wniosek ukazuje się w formie elektronicznej na jej kompie. AMERYKA bracie!:-)
Ta sama pani co potrafi czarować, daje mi numerek i każe wyjść, ustawić się tym razem za czerwoną linią.
Przychodzi po nas (bo jest nas bardzo dużo) inna pani i sprowadza nas w podziemia.
A tam krzeseł jak w kinie i wyświetlacze numerków jak na poczcie.
Mój to 140. Czekam. Słyszę kawałki rozmów z konsulami. Zawiłe historie, tłumaczenia, przekonywania.
Małżeństwo w sędziwym wieku: jedziemy do naszego przyszywanego wnuka, a tutaj jest nasz szwagier tylko z innego małżeństwa.
Omamoooo, myślę sobie, ileż to tak konsul się nasłucha. A ileż musi znać różnorakich polskich wyrażeń dotyczących rodziny.
Jedni odchodzą z paszportem innym paszport zostaje odebrany.
Moja kolej. Stresuje się okrutnie.
Mam stos dokumentów potwierdzających kim jestem, co robię i dlaczego nie powinni się obawiać mojego przyjazdu do ich kraju. A tu pan szanowny konsul słowa po polsku nie chce powiedzieć i tylko pyta i pyta co ja będę robić w tej firmie co to jadę do niej pracować. Pyta ile firma ma pracowników, czemu jadę na tak długo, czemu firma chce, żebym to akurat ja dołączyła do ich timu. Bosz! To był chyba mój najtrudniejszy egzamin z angielskiego jaki kiedykolwiek miałam. Konsul rzekł ‘just a second’ po czym oddalił się na 10 minut. A ja stałam i czekałam jak na ogłoszenie wyroku. Wrócił, zadał jeszcze milion dziwnych pytań, aż w końcu okazał litość. Wręczył mi karteczkę z numerem przesyłki, którą dotrze do mnie paszport. Oznacza to zatem, że uzyskałam pozwolenie na podróż do Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Bilet kupiony. Lecę za miesiąc.



Pan od muzyki

Być może już do końca swojego życia będę reprezentowała postawę, która mówi, że winni za całe zło tego świata są rodzice. Rodzice, którzy nie kochają swoich dzieci, którzy je biją, którzy znęcają się nad nimi psychicznie, którzy nie wychowują, a wymagają, którzy bezustannie karzą, którzy nie biorą odpowiedzialności za rodzicielstwo. Tacy rodzice są sami w sobie największym złem tego świata.

Pewnie ich rodzice tacy też byli, ich dzieci też takie będą… zaklęty krąg… ale można się z niego wydostać, jeśli się bardzo chce…

Krishnamurti powiedział: “Gdybyśmy naprawdę potrafili kochać nasze dzieci, na świecie nie byłoby wojen”.
Te słowa były mottem mojej pracy dyplomowej o przemocy w rodzinie.

Dlaczego dzieci popełniają samobójstwa, dlaczego dzieci uciekają z domu, sięgają po dragi, kradną, gwałcą?
Dlaczego Roman Giertych obwinia za to ich samych?
Dlaczego chce ich za to karać? Czyż one nie są już wystarczająco ukarane przez los, że mają takie popierdolone domy, w których przyszło im wzrastać?
Przecież te wszystkie dzieci są lustrem tego, co spotyka ich od najbliższych ludzi, od ich rodziców.
To nie dzieci należy karać!
Poprawczaki są przepełnione skazanymi, którzy są ofiarą błędnych wyroków.
Ich rodzice powinni siedzieć.
Rzesze psychologów i pedagogów dobrze to wiedzą.
Tomiska książek, prac naukowych, badań na nic, bo minister, uważa, że program zero tolerancji jest genialnym rozwiązaniem na zło w szkołach.
Ach…

Trzy dni temu obejrzałam film, pt. ‘Pan od muzyki’. Jeśli dotąd go nie widzieliście, proszę nadróbcie tą zaległość. Polecam go całym sercem. Przeryczałam znaczną jego cześć i jedyna myśl jaka mi towarzyszyła, gdy leciały mi łzy, to ogromna chęć by ktoś zmusił Romana Giertycha do obejrzenia tego wspaniałego filmu. Może to jedyna, ostatnia szansa, żeby minister po prostu dopuścił do siebie emocje. Te wszystkie emocje, które tłumi i zamiast ratować dzieci, to je postokroć krzywdzi. Może robi to właśnie dlatego, że sam był w dzieciństwie okrutnie krzywdzony?

Panie ministrze, jeśli pan nie zmieni swojej postawy, będę Pana uważać za kompletnego głupca, idiotę, kretyna!

http://www.panodmuzyki.monolithplus.pl/