Fascynują mnie podróże z i do pracy. Jadę tramwajem przez most na drugą stronę Wisły. Odrywam wzrok od książki, ustaję w zamyśleniach i wpatruję się w wodę. I w mosty. Zastanawiam się zawsze czy ta rzeka płynie w lewo, czy w prawo. To znaczy, jeśli jadę mostem Poniatowskiego z Pragi do Śródmieścia, to ona płynie w stronę mostu Łazienkowskiego czy Świętokrzyskiego? Podpowiecie blondynce słabej chyba z geografii?

Z tą Wisłą jest jednak coś nie tak.
Mieszkałam w Salzburgu, gdzie Salzach wgryzał się w miasto, Paryż rozcięty Sekwaną, Praga położona po obu stronach Wełtawy. I tak mogłabym mnożyć przykłady.
A Warszawa?
Podzieliłam się z nim moimi obserwacjami. Powiedziałam, że tak daleko i jakoś niewygodnie jest do brzegu Wisły dojść, takie jakieś obce opustoszałe tereny. Fajnie to nazwał: Warszawa to nie miasto przecięte rzeką, to dwa różne miasta leżące po obu jej brzegach, na dodatek plecami do siebie. I taka właśnie jest prawda.
Szkoda. Bo mogło być tu tak pięknie…

Czasami widuję na warszawskich torach jednowagonikowy tramwaj. Już rozpoznaję, na jakich liniach jeździ. To jakiś mój mega świr, ale ja zawsze wtedy myślę o tym wagoniku, że pewnie jest bardzo smutny. Bo taki samotny.
Zadaję sobie takie pytania:
Czy jakby miał drugi wagonik, to byłoby mu łatwiej, lżej, czy trudniej, ciężej?
Czy ten drugi wagonik to jest wsparciem, bo popycha, czy ciężarem, bo trzeba go ciągnąć?
Czy lepiej jest tramwajom, które mają dwa wagoniki czy tym pojedynczym?

Podobno w jakiś polskich miastach jeżdżą tramwaje z trzema wagonikami. Co wtedy?

Może jakiś motorniczy mógłby mi fachowo odpowiedzieć na te pytania…
Ale tak naprawdę to chyba nie o tramwaje i wagoniki mi chodzi… metafora…


Comments

Myśli z tramwaju — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *