Link

Taki zwykły reklamowy film, a ja obejrzałam go już ze 20 razy i póki będzie pod tym samym adresem, będę go co rusz oglądać.
Być może dla osób, które nie lubią Mozarta, okaże się nudny, dla mnie jednak jest fantastyczny. Jest wirtualną podróżą do miejsca, za którym tęsknię.
Mieszkałam w Salzburgu 3 lata. Na filmie widać uliczki, którymi często spacerowałam.
Byłoby fajnie gdybym umiała jakoś ‘wyjąć’ ten film z wuwuwu. Ale się chyba nie da:-(

http://pejzaze.onet.pl/filmy/215,1279017,1,odtwarzaj.html

Pozdrowienia gorące dla salzburskiej czytelniczki tych zapisków.
Izka – wielkie uśmiechy, dla Ciebie i Twojej rodziny!!!

Pracuję czy robię karierę?

Pochodzę z 3miasta, jestem młoda, pracuję w Warszawie.
Pracuję.
Po prostu pracuję.
Nigdy przez myśl mi nie przeszło sformułowanie ‘robię karierę w stolicy’.
A to obecnie taki modny zwrot: ‘robić karierę’.
Czyli co on tak naprawdę?
Pracować trochę tu, za chwilę tam, za drugą chwilę jeszcze gdzie indziej?
Awansować?
Dostawać podwyżki?
Odbierać telefony od hedhanterów?
Bywać po pracy w TYCH a nie innych klubach, lokalach, knajpach?
Mieć anoreksję, albo żarłocznie się objadać ze stresu?
Mieć termin dwa razy w tygodniu u kosmetyczki?
Płacić za zakupy kartą kredytową?

Jakieś to mi dalekie, bo ja:

Jeżdżę tramwajem do pracy roześmiana.
Wymachuję radośnie smyczą z kluczami od biura i elektronicznym identyfikatorem.
Uprzejmie odpowiadam portierowi na jego poranne powitanie.
Jadę windą, raz w trampkach i starych dżinsach, raz w kostiumiku, niczym szykowna asystentka prezesa, pośród eleganckich do bólu przystojniaków
Jadam obiady w Barze Bambino na Żurawiej za 4,00 PLN.
Paznokcie mam swoje, a nie w zestawie od kosmetyczki.

Ciocia się zastanawia czy nie przesiąknę warszafką, czy mnie ten specyficzny klimat nie wciągnie, nie zgubi, nie zniszczy…

Takie tam…

Zaglądam w statystyki i naprawdę jestem pod wrażeniem ilości odsłon mojego bloga. Wierni czytelnicy sprawdzają każdego dnia czy nie dodałam nowej notki. To miłe mieć świadomość, że tyle osób czyta moje zapiski. Ilość odwiedzin nie przekłada się co prawda na ilość komentarzy, ale wcale mnie to nie martwi. Nie pretenduję bowiem do grona twórców najsłynniejszych, najpoczytniejszych blogów.

Jakiś czas temu stałam na peronie w oczekiwaniu na pociąg. Gdy nadjechał, z wagonu, do którego miałam zamiar wsiąść, wysiadła znajoma z Gdańska. Najnormalniej w świecie się przywitałyśmy, a ona do mnie:
– nie dzwoniłam do Ciebie, że będę w wawie, bo wiedziałam, że wyjeżdżasz na łikend do Krakowa
– o kurczeeeee, ale skąd niby?
– no jak to skąd? przecież czytam :-)
I wszystko jasne… potęga pisarskiej sławy!:-)

Pani fryzjerka powiedziała mi, że mam super włosy. Że są zdrowe, silne, mają ładny kolor, są gęste. Tylko pozazdrościć. Same komplementy. Fajnie posłuchać siedząc dumnie na fotelu z ust fachowca:-)
Sekret? Oczywiście!
Na kosmetyki do włosów wydaję najmniej. Najtańszy szampon rumiankowy, najlepiej taki w szklanej butelce (rodem z minionej epoki z kiosku ruchu) i równie tania, ale prześwietna odżywka do włosów Ziaja BEZ SPŁUKIWANIA. Suszarka używana z rzadka, farbowanie nigdy w życiu, no raz może tylko w liceum, szamponetką taką do trzech myć:-)

Pewnego dnia weszłam do budynku biurowca, w którym pracuję i poczułam mega wielką ochotę na krupnik. Tak jakby za mną szedł, a ja miałabym się tylko odwrócić i go zjeść. Uwielbiam zupę krupnik, nie jadłam już chyba 100lat. W drodze powrotnej do domu, kupiłam włoszczyznę i kaszę. Ale, że tego dnia już mi się nie chciało gotować, pomyślałam, że zjem ją następnego. I tak do dzisiaj… w takie upały nie chce się jeść gorących zup, prawda?

Dostałam polecenie wyjazdu służbowego, czyli tzw. delegację. Sama radość! Jadę w przyszłym tygodniu do Krakowa. Takie tendencje panują w mojej pracy, że tego typu wyjazdów się nie lubi. A że to tak daleko, a że tyle trzeba w pociągu siedzieć, a że to męczące. Kurcze, ja bym mogła codziennie gdzieś jechać! Uwielbiam podróżować.
Jest prawda, w tym, co powiedział: ‘ty wykorzystasz każdą okazję, żeby się wyrwać z tej Warszawy’:-)

Wybrałabym się na jakiś biznesowy lancz. Do Grand Kredensu, nieopodal mojej pracy, albo na przykład na suszi. Tylko niby, z kim mam jeść tego typu lancze, jeśli ja nie robię żadnych interesów? Handlowcy, dla których jestem, bądź mogę być klientem (firmy kurierskie, zaopatrzenie biura, usługi) mogą mi, co najwyżej podarować podkładkę pod mysz, a nie zaprosić na pyszne jedzenie w ramach kuszenia do zakupu ich produktów:-)

Zaległości

Mój notesik wypełniony po brzegi hasłami-tematami na blogowe notki.
A ja albo nie mam czasu, albo brak mi ochoty na dłuższe opisy i wklejanie tego na wuwuwu. No i się pewne sprawy dezaktualizują, przeterminowują, albo po prostu zapominam, o czym tak naprawdę chciałam napisać.

Odbyło się 3 tygodnie temu spotkanie w Gdyni z okazji 10lecia matury. Frekwencja zadawalająca, chociaż spodziewałam się wyższej, zwłaszcza, gdy w rozmowach telefonicznych otrzymywałam pewne potwierdzenia przybycia. No cóż… widocznie dla niektórych pojawienie się wśród znajomych ze szkolnej ławy okazało się zbyt trudne. Może się wstydzili, może nie mieli ochoty dzielić się swoimi sukcesami (porażkami?), może jeszcze coś innego im wypadło w tamtą czerwcową sobotę. Nie oczekiwałam usprawiedliwień, wyjaśnień, ale jeśli ktoś się deklaruje być, a nie przychodzi, to mógłby chociaż smsa wysłać, żeby się na niego nie czekało… widocznie nawet to jest dla niektórych niemożliwym wysiłkiem.
Myślę, że ci, którzy przybyli, byli zadowoleni.
Były wspomnienia, było oglądanie starych zdjęć, były autoprezentacje tego, co się robi aktualnie.
Mają dziewczyny mężów, mają chłopacy żony, są dzieci jeszcze nienarodzone: w brzuchu Sylwii, Agnieszki i żony Wojtka, oraz te, które przyszły już na świat, prezentowane na zdjęciach przez swoich rodziców. Piękna sprawa!
Wychowawca szczęśliwy ze spotkania, z możliwości posłuchania naszych historii. Wyrośliśmy na ludzi, dobrze nas wychował, może być dumny.

Jedna historia rozbawiła mnie do łez.
Kolega skończył budownictwo lądowe na politechnice koszalińskiej. Jest inżynierem, buduje drogi. Akurat teraz na jakiejś trasie niedaleko Pucka. Z powodu robót pas jezdni na pewnym odcinku jest wyłączony z ruchu, zainstalowano światła i autka muszą czekać. Czekać aż samochody z przeciwnego kierunku przejadą.
Kolega opowiadał, czego to ludzie nie rzucają w słowach pod jego adresem, gdy właśnie na nich padnie czerwone światło, gdy to oni muszą czekać. Jakby to on był temu winny.
Drugi zaś kolega, okazało się, że właśnie ten odcinek drogi często pokonuje i opowiadał, jak to strasznie wkurza, gdy się jedzie a tu nagle czerwone światło i trzeba ileśtam minut przeczekać.
Oczywiście o tym, że może mieli okazję w tamtym miejscu nie raz się spotkać, dowiedzieli właśnie z tych opowieści:-)

Lista kontaktów uzupełniona. Mamy do siebie namiary. Następne spotkanie nie za 10 lat, a za 5, chociaż słyszałam głosy, że jest ochota zobaczyć się już za rok. Właściwie, czemu nie? Stanowimy taka grupę, że po 10latach rozmawialiśmy ze sobą tak, jakbyśmy wczoraj pisali razem sprawdzian, ćwiczyli na wuefie, stali na apelu:-)

Czy się zmieniliśmy?
Raczej nie.
Jedyna istotana, główna odmiana, to to, że większość z nas przytyła (w tym również ja).

W śladowych ilościach zaglądam na inne przypadkowe blogi. Czasem trafiam na pisany, przez nastolatkę, gdzie główne opisy dotyczą szkoły, życia klasy.
Ja prowadziłam klasową kronikę, być może, w obecnych czasach klasowe niusy opisywałabym na blogu. Na blogu klasy B, rocznika 1977, ósmego LO w Gdyni:-)

Czerwony Kapturek

12 miesięcy temu koło godziny 10tej, po raz pierwszy wjechałam windą na 23cie piętro biurowca i przekroczyłam próg fabryki.
Początkowo to miały być zaledwie dwa tygodnie pracy, zastępstwo za dziewczynę, która poważnie złamała nogę.
Potem miało być ‘do końca wakacji’.
Wierni czytelnicy wiedzą, co było dalej, co jest teraz.
Czy wtedy, na rozmowie kwalifikacyjnej z prezesem, trwającej 5 minut, przemknęła mi myśl, że za rok, będę z tym człowiekiem odbierać poważną branżową nagrodę? Oczywiście, że nie.
Ale tak się stało.
Wczoraj wieczorem, w Fabryce Trzciny, nasz szefunio wywołany przez Piotra Bałtroczyka, wszedł na scenę w towarzystwie dwóch Czerwonych Kapturków – koleżanki z działu eventów i moim – by otrzymać statuetkę oraz dyplom.
Ubrana na podobieństwo animatorek kampanii, w czerwoną spódnicę i czerwony żakiecik z kapturem, w butach na wysokich obcasach(!) stałam twarzą do publiczności i po prostu bardzo się cieszyłam:-)
Bezapelacyjnie wyróżniliśmy się pośród agencji, które w sposób ‘nudny’ odbierały swoje trofea.

A w części nieoficjalnej, znowu usłyszałam od kilku osób: ‘ojejuuuu nie poznałem/am Ciebie, to ty???’ Oni się nie mogą nadziwić, że ja to ja, a ja się nie mogę nadziwić, że oni mnie, na tego typu imprezach, nie poznają… hihihi…

Wydatki remontowe

Zawsze chciałam to zrobić.
Albo nie.
Nie chciałam.
Ale muszę.
Muszę podliczyć ile wydałam na remont mieszkania.

Zatem:
Kafelki, fugi, dekorki, krzyżyki z kastoramy 773,00
Bateria do kuchni 142,00
Brodzik 354,00
Kabina 650,00
Bateria z uchwytem 139,00
Ten no… kibel 384,00
Deska 91,00
Umywalka z baterią i rurami 130,00
Piecyk gazowy junkers 900,00
Instalacja i podstemplowanie gwarancji 200,00
Remont robocizna 3400,00
Remont materiały 1300,00

W sumie: 8463,00

A jeszcze chcę pomalować pokój i wycyklinować parkiet.
Zabrakło mi jakieś 2000,00
AAAAAAAAAAAAAAAAA!!!

Myśli z tramwaju

Fascynują mnie podróże z i do pracy. Jadę tramwajem przez most na drugą stronę Wisły. Odrywam wzrok od książki, ustaję w zamyśleniach i wpatruję się w wodę. I w mosty. Zastanawiam się zawsze czy ta rzeka płynie w lewo, czy w prawo. To znaczy, jeśli jadę mostem Poniatowskiego z Pragi do Śródmieścia, to ona płynie w stronę mostu Łazienkowskiego czy Świętokrzyskiego? Podpowiecie blondynce słabej chyba z geografii?

Z tą Wisłą jest jednak coś nie tak.
Mieszkałam w Salzburgu, gdzie Salzach wgryzał się w miasto, Paryż rozcięty Sekwaną, Praga położona po obu stronach Wełtawy. I tak mogłabym mnożyć przykłady.
A Warszawa?
Podzieliłam się z nim moimi obserwacjami. Powiedziałam, że tak daleko i jakoś niewygodnie jest do brzegu Wisły dojść, takie jakieś obce opustoszałe tereny. Fajnie to nazwał: Warszawa to nie miasto przecięte rzeką, to dwa różne miasta leżące po obu jej brzegach, na dodatek plecami do siebie. I taka właśnie jest prawda.
Szkoda. Bo mogło być tu tak pięknie…

Czasami widuję na warszawskich torach jednowagonikowy tramwaj. Już rozpoznaję, na jakich liniach jeździ. To jakiś mój mega świr, ale ja zawsze wtedy myślę o tym wagoniku, że pewnie jest bardzo smutny. Bo taki samotny.
Zadaję sobie takie pytania:
Czy jakby miał drugi wagonik, to byłoby mu łatwiej, lżej, czy trudniej, ciężej?
Czy ten drugi wagonik to jest wsparciem, bo popycha, czy ciężarem, bo trzeba go ciągnąć?
Czy lepiej jest tramwajom, które mają dwa wagoniki czy tym pojedynczym?

Podobno w jakiś polskich miastach jeżdżą tramwaje z trzema wagonikami. Co wtedy?

Może jakiś motorniczy mógłby mi fachowo odpowiedzieć na te pytania…
Ale tak naprawdę to chyba nie o tramwaje i wagoniki mi chodzi… metafora…

Czytanie

Podróżując pekapem gapię się na świat za oknem.
A jeśli nie siedzę przy fenetre to czytam.
W drodze do Krakowa przeczytałam „Namiętnik” Manueli Gretkowskiej. Opowiadania.
Najbardziej podobało mi się pierwsze. O młodziutkiej kobiecie – sekretarce warszawskiej agencji marketingowej. Nie, bohaterka nie jest do mnie podobna, jest anorektyczką, a ja przecież kocham jeść. Ale kilka myśli nas łączy. Np. taka:

„Boli mnie głowa. Podobno winna jest klimatyzacja. Zatyka się milionami zarazków. Czytałam o piciu wody mineralnej, minimum trzy litry dziennie. Dzięki niej modelki mają dziecięco delikatną skórę. Modelki mają dużo wolnego czasu i z podium mogą pobiec prosto do toalety. Chodzą przecież na pokazach szybkim krokiem spieszącego się do kibla. Ja nie mogę biegać co kwadrans na siku.”

No i też znam reżysera, ale to z pewnością nie ten z opowiadania:-)

Fruwam z radości

Pięć zgłoszeń, to wtedy, gdy zostałam dłużej w biurze, by przygotować na tiptop informacje o kampaniach do konkursu.
Dwie nominacje, o których dowiedziałam się dzisiaj przed południem, bo zadzwoniłam z ogromnej ciekawości do organizatorów.
Golden Arrow dla fabryki, w której pracuję!
W środę szefunio odbiera statuetkę jednej z najbardziej prestiżowych nagród w branży marketingu. Ależ jestem dumna, tym bardziej, że wygrała najbliższa mi kampania (miałam w jej procesie maciupki bezpośredni udzialik)

Po raz kolejny haj lajf w snobistycznej Fabryce Trzciny, już pojutrze:-)
A to się zabawię!

To może poniekąd kontynuacja poprzedniej notki? Widzisz frajerze!:-)

Żałoba

To może sam Bóg, może jakiś kapłan, mnich, filozof, albo zwykły prosty człowiek wymyślił. Nie wiem. Wiem, że wymyślił mądrze. Żałoba trwa rok. To taki czas na smutek, na łzy, na przeżywanie bólu, cierpienia, rozpaczy. Na naukę życia w inny niż dotychczas sposób.
Obserwuję siebie i czuję, że gdy kalendarz odmierzy 365 dni ja powracam do formy. Tematów żałoby jest wiele, niekoniecznie musi to być śmierć kogoś bliskiego, ważnego.
Rozstawałam się z Salzburgiem, z wszystkim, co tam zostawiłam. Powrót do kraju nie był dla mnie łatwy, zwłaszcza po wydarzeniach, jakie tu mnie spotkały. Od nich też minął już rok i wiem, że inaczej na nie patrzę, że już nie drażnią, nie bolą, zdystansowałam się, wyblakły. Rozstawałam się ze złudzeniami wynikłymi z idiotycznego zakochania się.

Dokładnie rok temu, 17 czerwca, miałam rozmowę kwalifikacyjną do telewizyjnej korporacji. Rozmowę, po której tydzień nie wychodziłam z domu, leżałam w łóżku z niedobrymi myślami. Pomógł mi te myśli wymienić na inne, więc śmiało mogę twierdzić, że uratował mi życie. Dzisiaj sobie to oboje przypomnieliśmy. Powiedział, że na pewno przez ten rok pomogłam nie jednej osobie.
Gdybym teraz spotkała gościa, który mnie wtedy na interwiu tak świadomie (bądź nie?), ośmieszył, drwiąc chociażby z tego, że nie czytam żadnej branżowej prasy, odważnie powiedziałabym mu, że jest skończonym frajerem. Że stracił możliwość zatrudnienia wspaniałego, oddanego, zaangażowanego pracownika. A co do prasy, to podsunęłabym mu klika branżowych czasopism, które teraz nie z konieczności, a z dumy czytam, bo zawierają artykuły donoszące o sukcesach fabryki, w której pracuję. Trochę zmieniłyby się role, teraz ja bym się śmiała.
Ale musiał minąć rok.
Dla mnie.

A tam gdzie rok jeszcze nie minął? Cóż, czasami się łapię, że jest mi smutno, że płaczę z powodów jakiś tam, ale wiem, że minie jeszcze kilka miesięcy i będzie dobrze. Bo czas leczy rany, bo żałoba musi się skończyć.

nadal się boisz?