Haj lajf

Wczorajszy wieczór i pół nocy spędziłam z szefuniem w Fabryce Trzciny. Impreza branżowa.
Tym razem byliśmy w roli gości, co też przełożyło się na ilość alkoholu jaki w siebie wlałam i wyjątkowo spore jak na mnie, balety. Naprawdę fajnie mi tam było:-)

I sobie myślę, że na tle pewnych stworzeń, które się tam wczoraj bawiły, jestem naprawdę wspaniała!

Dzisiaj pobudka o 6stej, bo o 8mej na Grochowie odbierałam swoje mieszkanie.
Potem do spółdzielni, potem do gazowni, potem do prądowni, na końcu do Urzędu Miasta, który to odmówił mi udzielenia meldunku. W moim własnym kurwa mieszkaniu! Bo to trzeba mieć papierek z poprzedniego miejsca pobytu stałego, żeby móc się zameldować na nowym. Kurcze, teraz się wcale nie dziwię, że w naszym pierdolonym kraju jest tyle bezdomnych.
Nawet gdyby nagle ktoś ofiarował im mieszkania, to ustawa i biurokracja skutecznie utrudni im możliwość legalnego w nich pobytu.

Głowa mi pęka, śpiąca jestem okrutnie, a za chwilę zmykam na Nowogrodzką spakować swoje graty.
Jutro przeprowadzka.

Ódało się!

Pożyczyłam od banku 44290 franków szwajcarskich.
Taki fajny kurs dzisiaj był, że zamiast 5000 PLN (zwrot zadatku) przelano mi aż 7900 PLN, zatem nadpłatę wykorzystam na priorytetową wymianę piecyka gazowego, który jest stary jak świat.
Mam nadzieję, że ta większa część pieniędzy nie zapcha kabelków, którymi idą do pani sprzedającej mi mieszkanko i że lada dzień dostanę klucze.

Fakt, jestem z siebie dumna!
Najbardziej z tego, że poradziłam sobie bez tego rycerza z dziewczęcych snów, co to miał się pojawić, być, pomagać.
Iluzja…
Dałam radę bez niego.
A jeśli on się teraz pojawi?
Proszę bardzo, mam gdzie go ugościć, a jak się znowu okaże palantem, to go zamknę ma moim ciemnym strychu! O!

Zabawa trwa

Wydawać by się mogło, że podpisanie aktu notarialnego to jakby finał.
Ale niekoniecznie.
Nie w moim przypadku.
Po pierwsze czekam na uruchomienie kredytu.
Po drugie nie chciałam dać zarobić pani notariusz nic więcej ponad to za co musiała obowiązkowo dostać wynagrodzenie, zatem założenie księgi wieczystej na ten mój ciupeńki lokal powierzyłam sobie.
Powinnam to zrobić jak najszybciej, bo przecież na czas jej niebycia bank kochany ubezpieczył kredyt, stąd raty wyższe a nie niższe. Bank kochany zabezpieczył się również do czasu wpisania do tej księgi wieczystej, której jeszcze nie ma, dwóch hipotek – cokolwiek to znaczy – stąd raty jeszcze trochę wyższe.
Takie zatem schodki musze pokonać w najbliższym czasie, ale chyba bardziej mnie już to śmieszy niż wnerwia. Po prostu życie…

Dotychczasowe wydatki:
1. zadatek 5000
2. prowizja agencji nieruchomości 2500
3. prowizja od uzyskania kredytu 1700
4. zaświadczenie z pieprzonego wubeku o zlikwidowaniu linii kredytowej 16
5. weksle in blanko 105
6. notariusz 2940
7. oszacowanie nieruchomości 150
8. ubezpieczenie wkładu własnego 783,31
9. ubezpieczenie przejściowe na 3 miesiące (chyba za brak księgi wieczystej) 223,80
RAZEM: 13418,11

Za założenie księgi wieczystej i wpisy do niej, sąd zabierze mi około 1000.

Chyba zmuszona będę jeść trawę:-) ale za to w kupionym, a nie wynajętym M1:-)

Mam

Podpisałam akt notarialny.
Podpisałam dyspozycję przelewu.
Czekamy ze zbywczynią na kaskę z banku.
Jak się pojawi na naszych kontach, to się przeprowadzam.

Ktoś ma zamiar kupić mieszkanie? Odpowiedzieć na jakieś pytania?
Bo teraz już wiem jak to się robi!:-)

Pani notariusz była bardzo miła, no ale czemu miałaby być niemiła, skoro zostawiłam u niej 2900PLN

Odpadam

Już ostatnie kroki przede mną, ale chyba najtrudniejsze.
Już mi braknie sił.
Już myślałam, że się dzisiaj ze wszystkiego wycofam.
Przerosły mnie bankowe formalności, byłam bliska płaczu, gdy się okazało, że stos dokumentów ze Spółdzielni Mieszkaniowej to za mało. Że jeszcze potrzebne jest jedno zaświadczenie.
Dwieście telefonów i zdobyłam to zaświadczenie.
Jutro o 12stej podpisuję akt notarialny.
Potem z aktem notarialnym biegnę do banku, żeby dokonali przelewu kredytu na konto zbywczyni.
A potem to chyba ómrę z wyczerpania.
Trumnę powinnam sobie kupić a nie mieszkanie;-)

U notariusza zostawię jutro około 4000 PLN.
Za co kurwa, za co?!?

Ale jak już się wprowadzę do mojego M1, to…
to sama nie wiem co, bo taka jestem zmęczona…

Strych będę dzierżawiła i to jest zajebista sprawa.
Cieszę się z tego strychu chyba bardziej niż z mieszkania:-)

Oszczędzanie

Od kilu miesięcy mocno się zastanawiam jaka jestem tak naprawdę w tym temacie.

Można mi zarzucić nieumiejętność gospodarowania pieniędzmi, brak powściągliwości w wydatkach, czy nieoszczedzanie. Wydawać by się mogło, że po trzech latach pracy za granicą powinnam przywieźć ze sobą walizkę kasy i kupić mieszkanie ze gotówkę, a nie na kredyt.
Ci, co wiedzą, to wiedzą, co się stało z większą częścią moich oszczędności. Nie będę się tutaj powtarzać.

Czyż przy moich zarobkach i związanych ściśle z nimi wydatkach, można mówić o rozrzutności finansowej?
Czyż aby moje całe dotychczasowe samodzielne życie nie opiera się na jakiś wyrzeczeniach, pewnych priorytetowych wydatkach (ZAWSZE NAJPIERW RACHUNKI POTEM CAŁA RESZTA), swoistym oszczędzaniu poprzez kalkulację, co wychodzi taniej?
Przecież ja nie zarabiam tyle ile członkowie zarządu, prezesi czy posłowie na sejm.

Potrafię pracować. Potrafię zarabiać na siebie. Nie zdarzyło się od tych 10 lat, bym nagle przez swoje nierozważne wydawanie pieniędzy została kompletnie bez kasy i chodziła pożyczać. Nie miałam też dotąd jakiś znaczących długów. Nie ścigała mnie Era za niepłacenie rachunków telefonicznych, nie uciekałam z wynajętych mieszkań przed właścicielami, którym powinnam była zapłacić czynsz, nie kradłam jedzenia w sklepach.

Faktem jednak jest, że nigdy jeszcze nie oszczędzałam tak mocno jak w ostatnich trzech miesiącach. Dotarło do mnie, że warto czasem po prostu powstrzymać się przed kupnem czegoś tam, bo może to później bardzo zaowocować.
Takim punktem zwrotnym nie tyle była moja przeprowadzka i totalne zwiększenie wydatków związanych z wynajmowaniem kawalerki prawie na Warszawskiej Starówce, ile rozmowa z chrzestną, jej wykład na temat bezsensowności moich niektórych zakupów oraz rozmowa na temat oszczędzania z Radkiem i udostępniony przez niego pewien plik Excela.

Wujostwo kupiło piękne meble. Ale nie był to zakup w pobliskim sklepie meblowym na wyprzedaży za 200PLN. To był naprawdę duży życiowy wydatek. Wydatek planowany od lat, okupiony pewnymi wyrzeczeniami, kalkulacjami, oszczędnościami, cierpliwością. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, póki ciocia nie opowiedziała mi tej historii.

Radek podczas zaledwie jednej rozmowy zasiał we mnie przeogromną chęć zdobycia umiejętności kontrolowania wydawanej kasy i świadomego planowania wszelkich zakupów.
Ileż to ja już razy z ogromnym zapałem zbierałam wszystkie rachuneczki, fakturki, paragoniki, żeby tylko pod koniec miesiąca obliczyć ile się mi na to wszystko wydało. Zapał okazywał się słomiany, a ja żyłam tylko ze świadomością, że przewalam kupę kasy na słodycze, książki, czasem ciuchy. I oczywiście zawsze sobie obiecywałam, że to już ostatni raz:-)
Wystarczyło 12 tabelek, po jednaj na każdy miesiąc, w arkuszu kalkulacyjnym, rewelacyjnie przygotowane, sumujące wydatki z każdego dnia, wyliczające średnią z miesiąca, robiące bilans roczny. Takie naprawdę nieskomplikowane coś, a ja widzę ogromne zmiany w mojej skarbonce i głowie.

Pojechałam do IKEA po zakupy dla firmy, a z prywatnej kasy zostawiłam tam zaledwie 6 PLN. Powstrzymałam się przed kupnem 72387395778 świeczuszek, 878327478 kolorowych pudeł, ramek do zdjęć, kubeczków, kwiatków i innych takich. Kupiłam jedną rzecz naprawdę potrzebną.
Pojechałam do krefura i nie zostawiłam tam 200PLN na ptasiemleczka, delicje, galaretki, czekoladki, paluszki, wafelki.
Przeszłam się po H&M i wyszłam z myślą, że przecież mam jeszcze, w co się ubrać, nie potrzebuję piętnastej bluzeczki.
W empiku lub trafiku przeglądałam książki, które ogromnie chciałam kupić, ale od stycznia zapłaciłam za tylko jedną. Obecnie czytam te, które już mam, a przecież wciąż mam wiele nieprzeczytanych.
Przestałam robić zakupy spożywcze w delikatesach naszego biurowca, jest w nich obleśnie drogo.
Zatem okazuje się, że można!

I jaka tym trzymiesięcznym oszczędnościom towarzyszy ulga, że nie kupiłam tych wszystkich rzeczy, których tak bardzo brakowało mi w nowym mieszkaniu. Teraz nie muszę się martwić jak miałabym je przewieźć na Grochów.
Lekcja prostoty, skromności, minimalizmu. Egzamin zdany na szóstkę!

P.S. Oczywiście Radku jeszcze raz wielkie dzięki!

Odmiana

Po pracy pojechałam do domu, wzięłam szybki prysznic, przebrałam się, ale nie jakoś specjalnie galowo (bo specjalnie galowe ciuszki nadal są na Nowogrodzkiej) zamówiłam taksówkę i pojechałam do PKOlu.
Wchodząc do budynku, hostessa zapytała o zaproszenie. Miałam ich przy sobie kilkanaście, na każdym moje nazwisko z numerem telefonu, bo i tym razem uczyniono mnie odpowiedzialną za RSVP.
Rozejrzałam się za znajomymi twarzami.
Niesamowite uczucie: przeszło obok mnie pięciu mężczyzn – pracowników fabryki, w tym dwóch, z którymi spotykam się każdego dnia w biurze. Nie rozpoznali mnie. Każdy reagował: ‘o, nie poznałem, że to ty’. Co takiego stało się tamtego wieczora, że nagle się tak zmieniłam? Przecież nie byłam przed Galą u fryzjera, kosmetyczki, nie miałam na sobie żadnej wystrzałowej kreacji.
Będę bogata.
Śmieszna sprawa.

A z zupełnie innej beczki. Nie czwartkowej a piątkowej.
Chciałabym krzyczeć, bo według mnie stało się coś niesprawiedliwego.
Ale nie mogę.
Znam swoje miejsce.
A z tego miejsca niestety nikt mnie nie wysłucha.

Sobota

Nie jest tajemnicą, że łiknedy są dla mnie wyjątkowo trudne…
Wciąż mam nadzieje, że to się jednak kiedyś zmieni.
Czasami dni wolne od pracy upływają tak, że nie wypowiadam słowa.
Bo nie mam jakby, do kogo.
Przysięgam, gdyby nie brak kasy na podróże pekapem, to każdego piątku emigrowałabym do 3miasta albo do Krakowa, albo gdziekolwiek…

Umyłam sąsiadce okna, odkurzyłam pokój, wypastowałam parkiet. Zarobiłam 30 złotych.
Dziwna sprawa, ale podczas sprzątania u kogoś zawsze towarzyszy mi stres. Za każdym razem denerwuję się, czy aby na pewno moja praca spotka się z zadowoleniem. Czy zrobię to dobrze, czy niczego nie ominę, czy zmieszczę się w oczekiwanym czasie? Zdecydowanie łatwiej mi opiekować się dziećmi, chociaż odpowiedzialność nieporównywalnie większa.
Znowu za mało pewności siebie…

Warszawa mokra, szara i zimna. Śnieg jakby się zawziął i mówi: ‘a gówno! nie roztopię się tak prędko!’ No i leżą takie szaroczarne hałdy, brzydkie.

Ciekawe czy uda się sprawy związane z kupnem mieszkania domknąć jeszcze w marcu. Chciałabym się przeprowadzić z końcem miesiąca na swoje, głównie po to, żeby już nie płacić czynszu w kwietniu za wynajęcie obecnego mieszkania. No, ale liczę się z tym, że nie zawsze sprawy układają się tak jakbym sobie tego życzyła (wręcz chyba nigdy) i być może przeprowadzka wypadnie w maju.

Zmiany personalne w zakładzie pracy spowodowały, że jest mi przykro i smutno… co zrobić…

Ł jak totalny łoś!

Od poniedziałku do piątku

Mija potwornie napięty tydzień.
W poniedziałek podpisałam z bankiem umowę kredytową.
We wtorek okazało się, że dokumenty, tak bardzo potrzebne do wypłaty kredytu nie mogą być sporządzone, gdyż jeden z członków zarządu spółdzielni mieszkaniowej wypisał się z tej roli i póki co, wszelkie wydawanie jakichkolwiek zaświadczeń jest wstrzymane. Na tydzień, dwa albo i dłużej.
Popołudnie spędzone w drugiej pracy. Dwie godzinki z Ulą.
Środy lubię, bo są środkowe. Po pracy pojechałam do trzeciej pracy i wróciłam z niej w okolicach 1szej w nocy.
Czwartek był wczoraj, w dodatku 16 marca, czyli Gala Media Trendy 2006. Event w Polskim Komitecie Olimpijskim, ogólnie sympatycznie, wróciłam do domu nie pamiętam, o której;-)
A dzisiaj piątek. Głupi dzień w pracy. Wszelkie refleksje, powstałe w wyniku pewnych zajść w fabryce pozostawię na ten moment dla siebie.
Dzisiaj również zajmowałam się Ulą.
Jutro kolejna fucha – czwarta praca? Tym razem nie opieka nad dziećmi, lecz sprzątanie. Po powrocie z .at obiecałam sobie, że nie będę się już tym zajęciem trudnić. Ale teraz, gdy wiem, że do marca 2037 roku muszę oddać bankowi przeszło 44000 franków szwajcarskich, każda złotówka jest dla mnie bardzo bardzo ważna.

Byłam niegrzeczna, ale właśnie dzięki temu, znalazłam się dzisiejszej nocy po drugiej stronie tęczy.
Było smakowicie:-)

Jej ulubiona piosenka

Bywa tak, że dzwonią i pytają o moje plany na wieczór, a gdy ich nie mam, pytają czy spędzę czas z Sonią. Czasami jadą skądś samochodzikiem i proponują, że po mnie przyjadą.
Siadam obok Soni, ona przypięta do swojego fotelika, woła do tatusia, by włączył piosenkę ‘aaaaaaaa’. Jedziemy i śpiewamy.
To takie swoiście miłe.

Śpiewacie jadąc samochodem?
Śpiewacie jadąc samochodem ze swoimi dziećmi ich ulubione piosenki?

STREETS OF LOVE
(M. Jagger/K. Richards)

You’re awful bright, you’re awful smart
I must admit you broke my heart
The awful truth is really sad
I must admit I was awful bad

While lovers laugh and music plays
I stumble by and I hide my pain
The lights are lit, the moon is gone
I think I’ve crossed the Rubicon
I walk the streets of love and they’re full of tears
And I walk the streets of love and they’re full of fears

While music pumps from passing cars
A couple watch me from a bar
A band just played the wedding march
And the corner store mends broken hearts
And a woman asks me for a dance
Oh it’s free of charge, just one more chance

I walk the streets of love and they’re full of tears
Walk the streets of love for a thousand years

Oh tell me now
I… Oh I walk the streets of love, yeah and they’re drenched with tears… Oh

You had the moves, you had the cards
I must admit you were awful smart
The awful truth is awful sad
I must admit I was awful bad

And I walk the streets of love and they’re drenched with tears
And I walk the streets of love for a thousand years… Oh

Walk the streets of love and they’re drenched with tears
Oh every night, oh there’s only one and not enough for him
Oh I, yeah and they’re full of tears
Oh everybody talk about it
Everybody be walking down it
Yeah but I found out…. oh yes that I…