Nikonik dotarł.
Zrobię nim zdjęcie amarylisa, który zakwitł ślicznie na kuchennym parapecie. Tylko, że zrobił mi niespodziankę, bo na doniczce była naklejka, że on będzie różowo fioletowy, a się okazał być bialutki. Taki niewinny jak lilia (jak ja :P).

Idę jutro wieczorem do Teatru, ależ się ogromnie cieszę. W Powszechnym jeszcze nigdy dotąd nie byłam. Obowiązkowo muszę sprawdzić na mojej mapie gdzie on jest:-)

Koleżanka pożyczyła mi książkę cegłę o Excelu. Może się coś z niej nauczę. A może w międzyczasie znajdzie się jednak jakiś chętny nauczyciel?:-)

Mam ogromną ochotę zjeść coś pysznego, coś wręcz wykwintnego. Poza smakowitymi, pożywnymi zupami, jakie gotuje mama Uli, nie jadam ostatnio zdrowo i treściwie.
Jak zwykle opycham się głównie słodyczami, zjadam półkilową paczkę cinimini (z mlekiem, albo na sucho) w ciągu pracowego dnia, po powrocie do domu nie mam siły i ochoty na gotowanie ciepłego posiłku. Samej dla siebie mi się nie chce, a jak się już jednak zmobilizuje to jakby za dużo mi tego jedzenia wychodzi.
Przez trzy lata prowadziłam kuchnię dla siedmioosobowej rodziny. Nawet jeśli danego dnia nie wszyscy razem zasiadali do stołu, to czasami Kodruś zapraszał kolegę, albo u Emilki nocowała koleżanka. To było jak mała stołówka. Więc teraz jak gotuję zupę, to nie są to dwie szklanki w rondelku tylko 5 litrów, z czego zjadam najwyżej litr a reszta ląduje wiadomo gdzie. Szkoda… Dziwnie obrać dwa ziemniaki, jak się dotąd obierało 20, zrobić jedną porcję lazani, jeśli robiło się takich porcji 10 (koniecznie, żeby zostało trochę na jutrzejszy lunch).


Comments

Takie tam… — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *