Nina

Wyszłam z biurowca z zamiarem szybkiego spaceru do domu. Szybkiego gdyż jedyne, o czym myślałam, to powrócić do obecnie czytanej książki. PIĘKNEJ KSIĄŻKI! Tak w połowie drogi podeszła do mnie kobieta i po angielsku zapytała, czy wiem, gdzie jest najbliższy kantor. Akurat w pobliżu nie było żadnego. Kobieta szybko przeszła na niemiecki, mówiąc bardziej do siebie, że właśnie na tej ulicy, miał znajdować się kantor, według wskazówek jakiejś innej pani. Ten jej niemiecki, jakoś mnie pochłonął, zaofiarowałam pomoc we wskazaniu drogi do miejsca gdzie z pewnością wymieni swoje dolary. Zaraz, ładny ten jej niemiecki, ale jakby akcent nie ten, no i czemu dolary a nie euro? Wsiadłyśmy razem do tramwaju, chciałam jej kupić bilet, ale motorniczy nie miał wydać, zatem wzięłam na siebie ewentualne konsekwencje jechania na gapę. Kobieta pytała gdzie pracuję, czym się zajmuję, pytała ogólnie o Polskę. W Warszawie była przejazdem, chciała ją dzisiaj zwiedzić, w drodze do Krakowa. Zapytałam ją skąd pochodzi i się okazało, że przyjechała z Moskwy. Znalazłyśmy kantor, wymieniła walutę na złotówki i zapytała czy nie mam ochoty wypić z nią kawy. To było bardzo miłe. Usiadłyśmy w kawiarence na Chmielnej, zamówiłyśmy kawusię i bitą śmietanę z owocami. Zadawała mi pytania, a ja tym moim nieszczęsnym niemieckim starałam się odpowiadać, a jak już mi było trudno, to uzupełniałam angielskim. Kobieta o imieniu Nina, zostawiła mi swój adres mejlowy, poprosiła o mój i bardzo podziękowała za pomoc. Odprowadziłam ją na tramwaj.
Nina wykłada na uniwersytecie w Moskwie język niemiecki. Ma dwójkę dzieci.

Takie tam…

Nie wiem już czy bardziej smakuje mi kalafior gotowany czy surowy. Czasami mam w planie ugotowanie i zjedzenie go z bułka tartą smażoną na maśle (pychota!), ale zakupiwszy taką głowę, nie potrafię donieść jej do domu. Całą po drodze zjadam (pychota!).

Co to w ogóle jest simulcast analogowy???

Uwielbiam zapach karteczek samoprzylepnych, choćby tych w kolorze żółtym. Np. firmy Post-It. Powąchajcie, jeśli macie okazję rozpakowywać nową paczuszkę. Wertowane, zdradzają taki łagodny zapach, może kleju, a może czegoś innego. Bardzo charakterystyczny.

W łinampie Bitelsi. Śpiewamy i tańczymy z Krecikami. One lubią najbardziej te same piosenki co Mamóśa: yellow submarine; with a little help for my friends; here comes the sun; penny lane. Tęsknimy za Tatóśem.

Mentorzy, nauczyciele, mistrzowie, przewodnicy duchowi. W obecnej chwili trzy osoby w moim życiu odgrywają taką właśnie rolę. Agnieszka – to wiadomo już od stu lat, RPM- prosi, żeby nie ujawniać jego/jej osoby na blogu, moja mama chrzestna, która totalnie różni się od tamtej dwójki, ale uważam, że jest bardzo mądrą. Tak się jakoś poukładało, że główny kontakt z nimi mam przez telefon. A ja najbardziej bym chciała, żeby cała trójka mieszkała w moim sąsiedztwie. Wtedy z pewnością nie robiłabym tych wszystkich błędów i nie byłabym taka głupia jak jestem.

Bo jestem głupia. Takie rzeczy, jakie robię ja, robią tylko głupcy. Mądry człowiek już dawno by się przebudził/ocknął. Bo ileż można?!

Przebudziłam się. Wczoraj wieczorem. Zrozumiałam. Mam nadzieję, że raz na zawsze!

Kilka dni temu odwiedził mnie kolega z KFC. Chwilkę pogadaliśmy i wrócił do pracy. Muszę się go zapytać ile ma lat.

Gorąco

W Polsce upały i burze, burze i upały. Lato na całego. Nie smażę się na plaży, nie wspinam się na górskie szczyty. Spędzam wakacje w samym centrum znienawidzonej przez Polaków stolicy. Stolicy tym bardziej śmierdzącej im wyższa temperatura.
W mojej fabryce klima działa bez zarzutów. Jest tak przyjemnie, że się nie chce wychodzić na zewnątrz. Może to specjalnie? Taka polityka firmy?;-) Siedź i pracuj człowieku, bo tu przynajmniej masz, czym oddychać – mogłoby brzmieć propagandowe hasło.
Nigdzie go nie słyszałam a i tak przychodzę do pracy w sobotę i niedzielę. Po raz 29 odbyło się dzisiaj losowanie iPoda, w letniej promocji HIT. Będzie trwało nieprzerwanie do końca września. Zostałam wyznaczona jako osoba współodpowiedzialna za przebieg losowań i kontakt ze zwycięzcami.
Wczoraj szefunio przyznał mi za tą rolę jednorazową premię w wysokości 300 złotych. Ucieszyłam się. To taka nagroda, za przychodzenie do pracy w łikendy. Poświęcam się, bo z ogromną ochotą spędzałabym te wolne dni na działce wujostwa w Jońcu.
Również wczoraj wpłynęła na moje konto pierwsza prawdziwa polska wypłata, za przepracowany dotychczas miesiąc.
Jakoś muszę sobie rozplanować budżet, ograniczyć wydatki, bo łatwo nie będzie. Miesięczna pensja i refundacja za bilet miesięczny. Może znajdę jakieś dodatkowe zajęcie, np. takie jak baza danych, którą przygotowałam i za którą otrzymam może 400 złotych; może opieka nad dziećmi.
Odłożyłam na półkę ochotę wyjazdu jutro do Krakowa. Z braku środków oczywiście. A może z innego powodu…

pieprzona duma

Dzisiaj

To będzie bardzo trudny dzień. Jeszcze 6 godzin w pracy. Muszę to wytrzymać. Cały czas chce mi się bardzo płakać. Najchętniej pobiegłabym sprintem prosto do mojego łóżka, nakryła się kołdrą i czekała wiadomo na co.

Nie mogę tego znieść. Nie mogę sobie tego wybaczyć. Nie potrafię trzymać się dzielnie. Nie potrafię o tym nie myśleć. Nie umiem zapomnieć. DLACZEGO?

JA CHCĘ DO DOMU!!!

Czyżby mała biała tabletka połykana każdego poranka przestała działać?

W kolejnym roku mojego życia…

Serdecznie dziękuję za życzenia urodzinowe. Te na blogu, te na gronie, wysłane za pośrednictwem gg, złożone bezpośrednio i telefonicznie. Jest mi bardzo miło.
Dziękuję również za życzenia, których nie usłyszałam. To dla mnie wielka nauka o relacji z niektórymi osobami. Taki wgląd w moje pomyłki. Dość częste zresztą. Nie potrafię rozpoznawać ludzi. Zachwycę się kimś, zakocham, zaprzyjaźnię, zaufam, a potem… a potem ten ktoś okazuje się niefajny. Życie…

Dostałam kwiatka w doniczce, różowego, za pośrednictwem poczty kwiatowej. To dopiero niespodzianka! Miłych ludzi poznaję na IRCu:-) Jeszcze raz dzięki!

Łikend bardzo pracowity. Plecy mnie bolą i kark. Od kilkunastogodzinnego siedzenia przed kompem, garbienia się, wykrzywiania na wszystkie strony, znużenia. Ale udało się. Wprowadziłam dane do tej dziwacznej bazy. Niby działa.

Wczoraj wieczorem pojechałam z Kubą i Zuzią do IKEA. Tym razem zostawiłam tam znacznie więcej kasy. I znowu uratowałam jednego kwiatka w doniczce.

Godzinę temu zobaczyłam na pewnej wuwuwu jego zdjęcie, obok wywiadu, jakiego udzielił. Nie udało mi się pohamować łez. Nakryłam się kocem i płakałam. Czemu to tak boli?

Spinam się wewnętrznie na wszelkie wieści o atakach terrorystycznych. Nie mam lęku przed jazdą metrem, ale czuję się tak, jakby naprawdę lada moment coś się miało złego wydarzyć w centrum Warszawy. Nie myślę o sobie. Boję się kogoś utracić.
Dlatego tak bardzo martwię się o Tatóśa Krecików. Od jutra rozpocznie pracę niedaleko Londynu.

Wypiję kubek kawy inki z mlekiem i pójdę spać.
Albo może jeszcze coś napiszę…

Ymieniny i órodziny

Znam takich co to nie lubią swoich świąt. Nie przyznają się, że danego dnia obchodzą imieninki, czy kończą ileś tam lat. Tajemnica wielka, nie podają tych dat do publicznej wiadomości, nie lubią jak im się składa życzenia, wręcza prezenty, czy przejawia ochotę na celebrowanie tych dni.
A ja lubię!
Nawet bardzo!
Trąbię o tym już na kilka dni wcześniej, dostaję dużo życzeń (bezpośrednich, bo przecież smsów nie akceptuję), miłych niespodzianek, prezentów, a czas tego mojego podwójnego święta wydłuża się i nie trwa tylko jeden dzień. Tak jest fajnie.

Dzisiaj życzę sobie:
– żeby przeszło, to co musi mi przejść
– żebym wyzdrowiała
– żebym walczyła
– żebym mi się udało

Śpiącooo

Od rana jestem śpiąca, bardzo.
A przecież spałam całkiem dobrze.
Męczące było dla mnie dzisiaj spotkanie z terapeutą.
Gdybym była bogata nie miałabym teraz tej miesięcznej przerwy, poszłabym do niego na sesje prywatnie. Zaczyna miesięczny urlop a ja muszę na niego poczekać. Spróbuję.

Przyszłam do pracy z notbukiem, wklepałam w bazę trochę danych z ankiet. Niewiele mam czasu do dedlajnu, a pracy ogrom. Kasa za godzinę pracy unijna:-) więc nie narzekam:-)

Ania zapytała mnie co chciałabym na urodziny. Była gotowa zrobić domowe party, z okazji mojego święta, ale nie bardzo miałabym kogo na nie zaprosić. Zaledwie kilka osób znam w Warszawie, a ci z Krakowa i Gdańska nie przejawili ochoty na przyjazd do śmierdzącej stolicy.
Zażyczyłam sobie na prezent wycieczkę do Pałacu Kultury i Nauki. On jutro też ma urodziny, tyle, że 50te. Wjedziemy windą na tarasy i chociaż widok będzie podobny do tego, który mam za oknem w pracy, to i tak bardzo bardzo się cieszę.

Pójdę teraz do domu, może trochę pośpię, a w nocy praca z bazą danych.

Okropne wspomnienie

Pieprzony fleszbek prześladuje mnie prawie każdego dnia. Chciałabym się go pozbyć. Tylko jak wymazać z głowy tamto spotkanie? Minęło 6 tygodni a ją wciąż dobrze pamiętam tamtą rozmowę kwalifikacyjną. I tego pana, co mnie przepytywał z ustawy, konwencji, rozporządzeń, wewnętrznej polityki firmy, słowniczka terminów, przeszedł na angielski, a na koniec dał do wypełnienia test psychologiczny. Słyszę bez przerwy tą ironię w jego głosie, ten prześmiewczy ton, że staram się o pracę w branży, o której nie mam bladego pojęcia. Że nie wiem ile tydzień ma sekund. Że pomyliłam produkt plejsment z reklama ukrytą.
Interwiu do tego potężnego zakładu kosztowało mnie tydzień spędzony w łóżku. Chyba przygniotła mnie kompromitacja.

Wielki pan egzaminator został przeze mnie przyłapany na tym, że nie miał pojęcia, kto to jest pracownik socjalny. A zdawał się być wszechwiedzący:-)

gdzie jesteś?

Obok mnie i we mnie…

Na zewnątrz ok. W pracy sobie radzę, lubię do niej chodzić. Po pracy przez najbliższe dni będę miała inną pracę. Będę robić bazę danych dla pewnej organizacji. Nie jest to łatwe zadanie, baza trochę skomplikowana na podstawie wielu pytań z ankiet i w dodatku wszystko po angielsku. Damyrade.
Przed 18stą bywam zazwyczaj w domu, przygotowuję sobie coś do jedzenia i zalegam na łóżku. Głównie czytam albo rozmyślam.
Proces terapeutyczny trochę rozpoczęty. Trochę, bo sama nie wiem jak to dalej będzie, ale nie chce tu o tym pisać.
W środku nadal źle. Może nie tak strasznie i ciężko jak przed miesiącem, ale lekko nie jest. Już się tak nie smucę, uspokoiłam się, wyciszyłam, ale może to tylko taka cisza przed burzą. Nie wiem. Oby nie.
Bardzo powoli godzę się z tym, że nie dane mi będzie porozmawiać. Ta moja potrzeba szczerej, domykającej rozmowy nie zostanie zaspokojona. I tu kurwa nie chodzi o moją cierpliwość! Co innego słyszę, a co innego się dzieje. Nie ważne…

Byłam dzisiaj świadkiem sporej kłótni. Tak naprawdę awantury to nic złego, tylko, czemu mnie na samą myśl o jakichkolwiek konfliktach, paraliżuje? Robi mi się momentalnie strasznie przykro, nawet, jeśli temat sporu absolutnie mnie nie dotyczy. Ech…

W końcu ktoś mi wytknie hipokryzję. Więc może sama sobie zwrócę na to uwagę. Tak tu wiele razy opisywałam różne rodzicielskie zachowania, których nie akceptuję, które potępiam, uważam za złe. Oceniam negatywnie rodziców. Opisuję niedzielnych tatusiów pracoholików, sfrustrowane, współuzależnione mamusie. A przecież wszyscy wiedzą, że nie jestem matką. I póki nią nie zostanę, nie będę wiedzieć jak to naprawdę jest mieć dzieci. Być może rodzicielstwo jest tak trudne, że trzeba się znieczulać alkoholem, trzeba dzieciaki lać, żeby je dobrze wychować, trzeba uciekać w pracę przed rodzinnymi problemami. Nie wiem.
I chyba nie chce tego wiedzieć. Coraz częściej myślę, że nie zdecyduję się na macierzyństwo.
Nie ma idealnych rodziców. Ja chciałabym być tylko dobrą mamą. A co jeśli bym temu nie podołała?
Jakiś wysyp kobiet w ciąży jest teraz. Podobno szykuje się wyż demograficzny. Nie ma dnia bym nie mijała na ulicy przyszłej mamy. Nie musze daleko szukać, obie moje kuzynki mają brzuchy i po nowym roku będę ciocią:-)

dystans