Byłam trzy razy na koloniach letnich, organizowanych przez zakład pracy mojego ojca.
Byłam na wakacyjnych rekolekcjach oazowych.
Byłam na młodzieżowym obozie gdzieś w Czechach.
Jak sięgam pamięcią do tych odległych czasów, pierwsze dni tych wyjazdów nie należały do przyjemnych. Jakaś trema, obcość, nikogo się nie znało. Po tygodniu wypełnionym zajęciami integracyjnymi, dyskotekami, zabawami w grupach, sytuacja całkiem się zmieniała. I za każdym razem najfajniej się robiło, kiedy tak naprawdę obóz musiał się już skończyć. Oj się płakało, oj się nie chciało rozstawać i wracać do domu.

Taki mi się jakoś to przypomniało wczoraj, gdy siedziałam w knajpie, przy głośnej hałsowej muzyce i patrzyłam na roztańczonych ludzi. Też się troszki pobawiłam, choć klimat nie do końca mój. Zanim trafiliśmy na klubową impreskę, spędziliśmy kawałek wieczoru u Anny i Dejana z Serbii. Miło było, nawet bardzo, tyle, że dzisiaj już mi tak miło nie jest. Znowu złamałam moją zasadę nie mieszania alkoholi. Na spróbowanie rakija (bo nigdy dotąd nie piłam), potem czerwone wino, przed wyjściem z domu łyk martini, no a na baletach znowu ten tutejszy drink:-) Grubo.

Tak fajnie, jak ostatnimi łikendowymi wypadami do centrum, to mi tu nigdy nie było. Ale przecież mój pobyt w Salzburgu odbiega końca. Czas wyjazdu się zbliża i liczę, że w tym roku koszyczek ze święconką zaniosę do polskiego kościoła.
Troszkę żałuję, że tak późno poznałam Olę, Anię i Panią Izabelę. Ledwo, co się zaprzyjaźniłyśmy już muszę wyjeżdżać. Ale wierzę, że to znajomości na całe życie.

Żegnając Przyjaciela nie płacz,
gdyż jego nieobecność ukaże Ci to,
co najbardziej w nim kochasz.


Comments

Fajnie mi — No Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *