Upływają dni.
Ogólnie jakoś się trzymam.
Niekiedy nawet radośnie.
Tylko chwile przed zaśnięciem są okropne.
Wtedy właśnie pojawiają się te wszystkie demony i szepczą mi do ucha, że niedługo wszystko się spierdoli, że będzie koszmarnie ciężko, że sobie nie poradzę.
Generalizują mi się niepowodzenia, smutki i lęki.
Zaczynam płakać, a rano mam opuchnięte oczy.

Myślę jak to będzie, gdy w kwietniu pożegnam Salzburg.
Już nie pójdę pracować, bądź towarzysko, do Ani.
Już nie zrobię zakupów dla pani Izabeli.
Już nie będę czekać na przystanku na 16stkę.
Już nie wezmę udziału we mszy w tutejszej parafii.
Już nie spotkam się z Gabrysią, Michałem i ich córeczkami.
Mój różowy rower przestanie być mój.
Pokoik na poddaszu, w którym mieszkam, opustoszeje.
A Farkus? Farkusa tak mocno kocham, czy będzie chciał pojechać ze mną do Polski?

Korduś powiedział mi, że jak wyjadę będzie tu bardzo nudno beze mnie.
Pani Izabela powiedziała, że będzie płakać, bo bardzo się do mnie przyzwyczaiła.

Buddyzm nauczył mnie, że wszystko przemija, że nie należy się przywiązywać.
Ale i tak będzie mi ciężko.
Zostawić TO i ruszyć w nieznane…


Comments

Refleksje — No Comments

  1. widze,ze nie jesteś juz małolatem tylko kobietką i chcesz miec dzici łał to sporea decyzja -tak myśle :)

  2. Ja tez nie potrafie sobie tego narazie wyobrazic. Jak widze moje znajome, ktore studiuja, pracuja i maja dzidziusia to.. podziwiam i wspolczuje jednoczesnie.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *