Odkryj swoją najsilniejszą stronę

Przetestowałam się. Znalazłam w papierowym wydaniu gazety wyborczej z ostatniego łikendu dodatek z testami. Zrobiłam sobie jeden i wszyło mi, w skali od 0 do 15 tak:
– inteligencja emocjonalna 13 punktów
– inteligencja fizyczna 5 punktów
– inteligencja logiczna 5 punktów
– inteligencja werbalna 11 punktów
– inteligencja wizualna 8 punktów
– inteligencja twórcza 5 punktów
I co z tego wynika? Przytoczę poniżej wgląd w te dwa typy inteligencji, w których uzyskałam największą ilość punktów.
Wysoka inteligencja emocjonalna daje predyspozycje do zawodów związanych z pomaganiem ludziom i terapią, czyli lekarza, psychologa, pracownika socjalnego (o! to ja!), pielęgniarki, opiekuna osoby niepełnosprawnej, ponadto wszędzie tam gdzie kontakt interpersonalny jest kluczową umiejętnością, od której zależy osiągnie sukcesów firmy, czyli zawód przedstawiciela handlowego, negocjatora. Osoby zarządzające zasobami ludzkimi również powinny odznaczać się wysokim współczynnikiem tego typu inteligencji. Zarządzanie ludźmi wymaga, bowiem wysokiej samoświadomości i indywidualnego podejścia do pracownika, co wymaga dobrej komunikacji, zrozumienia intencji, odczytywania emocji.
Wysoka inteligencja werbalna to predyspozycje do wszelkich zawodów związanych z przekazywaniem informacji, takich jak nauczyciel, wykładowca, dziennikarz, rzecznik prasowy, specjalista do spraw public relations. Niezbędna jest w zawodzie aktora, publicysty, komentatora. Również handlowcy i negocjatorzy ze względu na konieczność posiadania siły perswazji powinni odznaczać się wysokim współczynnikiem inteligencji werbalnej.

Zgadza się w sumie. Ale co tam testy i wyniki.
I tak najfajniej usłyszeć od kogoś: ‘jesteś boska’.
Tak mi ostatnio powiedział :-)

O, cochese z kanału znalazł to jednak na portalu Gazety Wyborczej.
Tu jest: Test
A ja się tyle naliczyłam ręcznie tych punktów, kompik by to za mnie zrobił.

Łosoś

Ryba ponad wszystkie.
Fruwać mogę jak czuję w ustach smak łososia.
Kiedyś myślałam, że to taka super ekskluzywna ryba, co to się ją w plastereczkach cieniutkich podaje z cytryną tylko na aperitif. Chyba traktowałam ją na równi z kawiorem jako coś dla mnie mało dostępnego. Sama nie wiem, czemu taka wydawała mi się niepospolita i nie na zwykłe kanapki. Pamiętam jak mieszkając we Francji piekłam całego łososia na Wigilię tych snobów, u których pracowałam. Podziobali potem troszkę a resztę wyrzucałam w kibel. I w głowie mi się nie mieściło, jak coś tak pysznego i drogiego może lądować w śmieciach.
Ostatnio dwa razy przeznaczyłam na zakupach, kilka eurosów na łososia w plasterkach. Zjadłam z listkami świeżej bazylii i smutna byłam, że tak mało tego było. Ale co tam, wiem już, że nie muszę czekać na jakąś specjalną okazję, żeby ponownie poczuć jego smak. Choćby jutro kupię kolejną porcję:-)

Ciężko

Blog jest mój mogę się tu trochę pożalić, jak ktoś tego nie wyrabia, to przecież nie musi czytać prawda?
Zatem dzisiaj tematem moich żalów będą ciężary.
Wiem, że nie powinnam dźwigać. Mam bardzo rozciągnięte siatkówki w oczkach i jeden niepoprawny ruch, bądź uraz głowy i mogę stracić wzrok. Słyszałam to od mojej okulistki już w szkole podstawowej. Poznałam człowieka, który podniósł coś bardzo ciężkiego i totalnie nagle przestał widzieć. Siatkówki jakąś specjalną (kosztowną) metodą zostały przyklejone, wzrok odzyskał. Ale czy ja chcę przechodzić taki zabieg? Pewnie, że nie chcę!
Profilaktycznie, zatem powinnam ustrzegać się noszenia wszelkich ciężkich rzeczy.
Tylko, dlaczego wydaje mi się to całkowicie niemożliwe…
Niby jak mam podróżować na trasie Austria – Polska? Z reklamówką z biedronki? Tam mam zmieścić książki, ubrania, mocartkulki, paszport i notbuka?
Niby jak mam się przeprowadzać z jednego mieszkania do innego? Stojąc i patrząc jak ktoś nosi kartony z moimi rzeczami?
Ech…
Żaden pomysł nie przychodzi mi do głowy jak ja mogłabym żyć, bez konieczności noszenia czasem swoich ciężkich rzeczy.
Albo nie swoich.
Noszenie odkurzacza, zakupów, ziemi do kwiatów w wielkich workach, walizek, przesuwanie szaf, bo za nimi trzeba też sprzątać i wiele innych tego typu czynności to mój chleb powszedni. Kiedyś nie myślałam, że jest mi jakoś ciężko, gdy coś trzymam, niosę czy przesuwam. Teraz w mig czuję zmęczenie. Czy to objaw starości? ;-)

Podmiot domyślny

Przez ten niemiecki i angielski też, powoli tracę w swoim ojczystym języku zdolność, do używania w pierwszej osobie liczby pojedynczej podmiotu domyślnego.
Pisząc notki blogowe, bądź mówiąc po polsku zbyt często używam zaimka ‘ja’. A przecież tak wygodnie jest skracać wypowiedź, bo i tak każdy po odmianie czasownika wie, o kim mowa. W niemieckim też wiadomo, ale oni zawsze muszą to ‘ich’ powiedzieć, a co już mnie bardzo drażni to ‘du’, jakby nie można było kogoś zawołać po imieniu. Dziwny naród…

ich – ja
du – ty
sie – ona, oni, one, Pani, Pan, Pańswto, ją, ich ….. kretynizm, przepraszam.

Chodzić

W marcu 1997 rozpoczęłam swoją pierwszą prawdziwą pracę w restauracji Pizza Hut Gdynia. Pracowałam tam niespełna dwa lata. Sporo czasu minęło odkąd się zwolniłam, a ja wciąż tak dobrze pamiętam moje zmiany, robienie pizzy, ploty załogi, staffy, imprezki pracownicze, robienie lewej kasy, niesprawiedliwe awanse, błysk na przyjazd szefostwa z Warszawy, zetki, wypady do kina za free i milion innych szczegółów.
Ale nie będę dzisiaj o tym pisać.
Poniższa historia dotyczy mojej pracy w Pizza Hut, ale napiszę tu o pewnym sportowcu, a nie o tym jak się robi to grube ciasto na pizzę.
Bywały okrutnie ciężkie zmiany. Szczególnie w sezonie. Zjechało się marynarzy z całego świata do Gdyni i nie wiem, czemu większość z nich lądowała właśnie w naszej restauracji. Kelnereczki uśmiechając się zbierały napiwki, kuchnia orała, żeby się wyrobić na czas. Jak w każdej tego typu robocie grafik przeważnie zjebany. To znaczy, że ten, kto go układał, nie miał kompletnie pojęcia, jak ustawić ludzi, żeby tworzyli zgrany zespół. Sobota a ja prawie sama na kuchni, bo ktoś zachorował, ktoś nowy olał na drugi dzień przyjście do pracy, ktoś tam musi pomagać gdzie indziej. A głodomory czekają na jedzenie. Trzeba robić pizzę, wstawiać do pieca, kroić i podawać kelnerom. Trzeba zadbać o spaghetti, o pieczywo czosnkowe i o sałatki. Ale się to robiło. W pocie czoła. Przynajmniej nauczyłam się ciężko pracować. Takich samotnych zmian miałam naprawdę wiele, zresztą nie tylko ja, bo przecież też miałam wole dni:-)
Całe zmęczenie wyczuwałam zawsze w nogach. Bo tak jest, że te pieprzone białe koszule (menadżerowie) nigdy nie pozwolą ci usiąść. Nie i koniec, bo taki jest standard firmy. Zmiany przeważnie 9cio godzinne przedłużały się często nawet do 12stu. A pizzy nie zrobisz na siedząco. Stałam, a właściwie chodziłam i biegałam. A nogi albo bolały albo nie.
W 1996 roku w Atlancie Robert Korzeniowski zdobył złoty medal w chodzie na 50 km. Przeczytałam wiele artykułów o jego wyczynie, wycinałam zdjęcia, bo tak mnie zafascynował. To naprawdę wielkie, przejść w pełnej koncentracji 50 km, ponad trzy godziny specjalnym chodem.
Jedna z takich gazecianych fotek zawisła w mojej szafce pracowniczej.
Kilkusekundowe spojrzenie i myśl, że on dotrwał do mety, to i ja chyba dam rade do końca zmiany wydreptać te kilometry na kuchni. A koleżanki pytały, po co ja mam jego zdjęcie naklejone na szafce. No właśnie po to:-)
Potem były dwa medale w Sydney. A w tym roku złoto w Atenach. Żałuję, że nie oglądałam tego chodu. Niezwykły człowiek!

Nałóg

Jakże ja się mocno cieszę, że mam swój osobisty komputer. To tak fajnie, nie być od kogoś zależnym. Nie musieć prosić: ‘a mogę tylko sprawdzić pocztę?’
Doskonale wiem, że się bardzo od niego uzależniłam no i od netu oczywiście też.
Gdyby mi ktoś przed trzema laty powiedział, że kupię sobie nowego notbuka, to pewnie bym w to nie uwierzyła. Ale tak się jednak stało i to tylko moja zasługa. No Piotra też, bo to on dokonał wyboru.

Jest jednak jeden duży minus, posiadania nieograniczonego dostępu do laptopa i sieci.
Przestałam czytać książki. Eh, tyle ich przeczytałam podczas pierwszego roku pobytu w Salzburgu, a teraz? Teraz stoją na półce i czekają.
Udało mi się dwa tygodnie temu skończyć czytać „Bunkier”. Nieduża książka, na której podstawie został nakręcony film. Widziałam go kiedyś i stwierdzam, że był dużo lepszy od książki. A teraz próbuję czytać „Wspomnienia z domu umarłych” Dostojewskiego. Bardzo mi się podobała „Zbrodnia i kara” i „Idiota”. Obecna dotyczy bardzo interesującej sprawy, jednak jest napisana dość monotonnym stylem. Nie wiem czy przez nią przebrnę.

Wysypka

25 lipca w niedzielę rano na rękach, stopach i twarzy dostałam bardzo swędzącej wysypki. Czerwone plamy wyglądały na ukąszenia, ale żeby aż tyle na raz? Zaniepokojona tym faktem poszłam do lekarza, który postawił diagnozę, że pogryzły mnie jakieś insekty. Po miesiącu dowiaduję się zupełnie przypadkowo, że sprawcą mojej swędzącej wysypki były pluskwy.
Tamte plamy zeszły, pozostały miejscami strupki z rozdrapanych do krwi najbardziej swędzących miejsc. Kontaktu z pluskwami już nie mam.
Przed 10cioma dniami, znowu widzę na ciele wiele swędzących miejsc. Budzę się każdej nocy i drapię okrutnie mocno. Żadne kremy after i befor nie skutkują. Nowe czerwone swędzące miejsca pojawiają się każdego dnia.
Robię sprawdzian.
Przenoszę się ze spaniem do pokoju Julii, mój cały pokój bardzo gruntownie sprzątam. Centymetr po centymetrze sprawdzam czy nie mam tu pluskiew. Rozpylam prześmierdzący spraj na insekty. W łóżku, za szafami, przy oknie, którym mogłyby wchodzić. Piorę koce, pościel, dywanik. Pięć nocy spędzam w innym pokoju, mój się wietrzy. Zasypiam i budzę się nie drapiąc. Nowych plam brak.
Wczoraj zdecydowałam się wrócić ze wszystkim do mojego pokoju.
KURWA!!! Już nie mogę! Budzę się nad ranem i drapię. Ani tu komarów, ani much, ani pluskiew, a ja mam całe dłonie, stopy, szyję i plecy w nowych swędzących bąblach.
Co mi jest?!? Czemu tak mam?!?
Nie mam pojęcia czy to istotnie coś mnie dzisiaj pogryzło i teraz, co chwila odkrywam nowe miejsca, które bardzo bardzo swędzą. Czy może to jeszcze pozostałość w organizmie jakiegoś uczulacza po tamtym lipcowym paskudnym pokąszeniu przez stado pluskiew?
Czy może ja mam alergię na jakiś składnik jedzenia? Tylko ciekawe, na jaki, jeśli ja już prawie nic nie jem, bo mi się nie chce.
To na pewno nie jest uczulenie na jakiś kosmetyk, gdyż tych w ostatnim czasie nie zmieniałam, żaden tam proszek do prania czy płyn do płukania też nie.
Ja już się mocno tej wysypki wstydzę.
Ja chyba jednak ómrę, ileż można się drapać?

Dzięki komu tu jestem

Wymieniłam w poprzedniej notce, osoby, które stały w łańcuszku między mną, a moja pracodawczynią.
Ja – Asia – Ania – Ewa – Pani Hania.
Ale często sobie przypominam, jaki to stres wielki mnie ogarnął, bo przecież na ten wyjazd potrzebowałam pieniędzy, których w ogóle nie miałam. I mogło się tak stać, że mimo posiadania miejsca pracy nie dojechałabym tu z braku kasy na bilet i ubezpieczenie zagraniczne.
Kurcze, to było straszne mieć świadomość, że brakuje mi 300 zł, by zrealizować swój plan. Cóż to jest 300 zł, czasem to suma za rachunek telefoniczny, czasem para spodni, dla mnie wtedy, to miesiąc życia.
Kilku dobrych znajomych przy kasce, wożących się swoimi autkami, nie było mi w stanie tej sumy pożyczyć, bo oczywiście gruda szuwaksu każdego dnia, była wtedy priorytetem. Ale Marcin obiecał zapytać o to swego ojca. I się okazało, że jego tata może mi te pieniądze pożyczyć. Dostałam 400 zł, które we wrześniu oddałam z butelką austriackiego wina. Byłam ogromnie wdzięczna za tą pomoc.
To był pierwszy i ostatni raz jak dotąd, kiedy pożyczyłam od kogoś kasę. Od tamtej pory to ode mnie ją pożyczają, szkoda tylko, że niektórym tak ciężko ją oddać (prawda Rafałku? :P)

Jak to się stało, że tu jestem

Był luty 2001. Rozpaczliwie szukałam pracy na wakacje i chodziło mi o coś za granicą. Główny powód był taki, że musiałam się wyprowadzić na całe wakacje z internatu, a praca na zachodzie daje przeważnie możliwość mieszkaniowe. Druga rzecz to oczywiście kasa, wiedziałam ze można naprawdę sporo zarobić na takim dwumiesięcznym wyjeździe.
Rozpoczęłam poszukiwania. Wszędzie. Na dużą skalę. Rozgłosiłam moją potrzebę wśród znajomych i rodziny. Nawet nowo poznane osoby na ircu pytałam czy nie mają jakiś zagranicznych kontaktów.
W marcu było tak, że kilka osób obiecało mi jakieś namiary. To na winobranie we Francji, to na ogórki i szparagi w Niemczech, na porzeczki w Norwegii. Takie zbieractwo to zajebiście ciężka praca, ale cóż z tego, jeśli harówka jest obficie wynagrodzona. Za taką kasę zarobioną w dwa miesiące mogłabym przeżyć cały rok szkolny.
Mija kwiecień i maj a ja nie mam jeszcze żadnego docelowego miejsca pracy. Smucę jednak dalej. Znajomi mają mnie chyba już dosyć, bo ja wciąż o jednym. Jakoś pod koniec maja poddałam się, bo zaczęłam organizować sobie mieszkanie i prace na miejscu, czyli w Gdańsku. Podpisałam umowę na trzy miesiące jako recepcjonistka w hotelu, który mieścił się w budynku mojej szkoły i internatu. Czerwiec był na maxa pracowity, bo dyżury według grafiku na recepcji, miesięczne praktyki w ośrodku resocjalizacyjnym dla młodzieży, ostatnie zaliczenia w szkole no i szukanie mieszkania na najbliższe dwa miesiące.
Moja ówczesna terapeutka Asia znała doskonale mój problem. Przekazała opowieść o moich usilnych poszukiwaniach pracy Ani (którą też znam), ta wykonała chyba telefon do Warszawy do niejakiej Ewy. Wiedziała, że Ewa posiada rodzinę w Austrii, może akurat coś by się tam znalazło. Ewa napisała mejla do Pani Hani (mojej obecnej pracodawczyni), że jest dziewczyna, co to potrafi prowadzić dom, opiekować się dziećmi, uczciwa, można za nią zaręczyć, czy kogoś takiego nie potrzebują w okolicach na dwa miesiące. Okazało się, że Pani Hania sama mnie potrzebowała. Dwa telefony, mejl z moją autoprezentacją i decyzja o tym, że przyjeżdżam. 30 czerwca rozwiązuję umowę o pracę, pakuję wszystkie rzeczy do kartonów i zamykam w jakimś piwnicznym szkolnym schowku, 1 lipca jadę pociągiem do Warszawy, wieczorem wsiadam w pekap do Wiednia i oto 2 lipca 2001 stawiam swoje pierwsze kroki w Salzburgu.

Żaden ze mnie geograf, nawet nie miałam pojęcia gdzie ten Salzburg jest i że to właśnie tu Mozart się urodził. Jedyne, co wiedziałam o tym mieście, to fakt, że jest piękne. Powiedziała mi to chrzestna, była tu przed laty.

Minęły dwa miesiące mojej pracy i wróciłam do kraju bez walizki pieniędzy, ale te szylingi, które ze mną przyjechały i tak stanowiły fajną sumę.

W lipcu 2002 przyjechałam do Salzburga w tym samym celu, do tej samej rodziny, z tym, że nie tylko na wakacje. Bowiem, jestem tutaj do dzisiaj z przerwami na urlopy w .pl.
Kończą się moje czwarte wakacje w Austrii.
Za 3 tygodnie jadę do Polski.
I tym razem, jeszcze, nie na stałe.

Torba

Ale sobie fajową torebkę kupiłam. Kiedyś widziałam takie w Salzburgu, ale kasy nie miałam, więc się tylko na ochocie jej posiadania skończyło.
A dzisiaj chodzę ja po tym Monachium w poszukiwaniu sklepu CECIL z pomarańczowymi kamizelkami, co to się skończyły w .at. Nie znajduję żadnego, a podobno ma ich być w tym ogromnym mieście 6, za to natrafiam na tą torebusię.
Tak naprawdę to ja nie lubię torebek, zdecydowanie wolę plecaki. Niestety to tak jak z butami na wysokim obcasie. Wypada i trzeba…

P.S. Poszukiwany tak mocno CECIL znalzałam, jeden tylko, ale kamizelek ani śladu:(